Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Wspomnienia

Kartki z pamiętnika pisanego w Lidzie

 

15 lipca. Chodziły głuche wieści o nieszczęściu, a dzisiaj dostałam gazetkę. Tak jest, generał Sikorski zginął w katastrofie lotniczej nad Gibraltarem. Stało się to 4 lipca. Co za straszny cios. Po prostu czuje się, że ziemia usuwa się spod nóg. Zginął człowiek, w którym pokładaliśmy tyle nadziei.

20 lipca. Wczoraj wieczorem była u mnie matka Romka Sadowskiego. Ledwie poznałam tę młodą i inteligentną kobietę, tak była zmieniona. Powiedziała mi, że Romek poległ w walkach partyzanckich (zginął w Siemiagach k. Mociewczuków nad Niemnem, pseudonim - "Remus" - red.). Odniosła książki, które ode mnie pożyczył. Uścisnęłam ser­decznie jej ręce, bo nie znalazłam słów, które można by powiedzieć matce w takiej chwili. Nie przeczuwa­łam wtedy, że i nasz syn polegnie w walce partyzanckiej, a stało się to 21 sierpnia 1944 roku.

23 lipca. Zawiadomiłam chłopców z kompletu Rom­ka o bohaterskiej śmierci kolegi.

27 lipca. Nieczęsto kontaktujemy się z Leną Jod­kówną i Wandą Lewkowicz; brak nam czasu i mu­simy być ostrożne. Z wielką przyjemnością zachodzę do Leny. Czasem, gdy Lena jest jeszcze zajęta lekcja­mi, przysiadam na zydelku i rozmawiam z panią Jodkową - matką Leny. Obie patrzymy na zgrab­niutką i energiczną postać Leny, która z zapałem wykłada lub mocno egzekwuje wiadomości. Widzę, że matka z rozczuleniem i tajoną trwoga patrzy na ukochaną córkę.

Lekcja się kończy, uczniowie ostrożnie, po jednym, opuszczają mieszkanie. W tym czasie zamieniam kilka słów z Leną, zostawiam gazetki, a oto nadchodzą nowi uczniowie. Pani Jodkowa wdraża im zamiłowanie do porządku :

- Nie, kochanieńki, z takimi zabłoconymi butami to ty na lekcje nie pójdziesz. I brzydko, i wstyd. Wróć do sieni, tam szmata i szczotka jest dla was. O czystości trzeba pamiętać.

W taki oto sposób dzielna i kochana kobieta poma­ga nam w wychowywaniu młodzieży.

28 lipca. Matka Wandy Lewkowicz w czasie lekcji prawie zawsze jest w kuchni i to nie tylko dlatego, żeby ze skromnych zapasów wojennych przyrządzić jak najlepsze potrawy dla swej jedynaczki, ale i dlatego, że z okien kuchenki widać, co dzieje się na ulicy. Dom jest narożny, wejście od ruchliwej ulicy Kolejowej, trzeba więc bardzo uważać. Pani Lewkowiczowa często wychodzi przed dom, niby to coś robi w ogródku, niby to coś robi przy płocie, a oczy jej bystro patrzą dokoła.

Matka Wandy jest bardzo ciekawą nowin politycz­nych, pilnie czytuje gazetki i ma zawsze najświeższe

wiadomości z agencji JPP ("Jedna pani powiedziała"). Pani Lewkowiczowa drży o bezpieczeństwo Wandy i nieraz zwierza mi się ze swych obaw: "Moja pani kochana, czy tez Wandzia zanadto się nie naraża?" Boi się o swe dziecko, ale zdaje sobie sprawę, że nasza praca jest konieczna. Być może, mój stateczny wiek (47 lat) daje pani Lewkowiczowej pewne gwarancje, że to, co robimy nie jest młodzieńczą brawurą. Jestem dużo starszą od Wandy i od Leny, ale w pracy nie odczuwa się tej różnicy wieku. Ostrożność pani Lewkowiczowej przyniosła zbawienne skutki. Pewnego razu dostrzegła jakiś podejrzany ruch na ulicy, czym prędzej więc wysłała Wandzię do Leny. W tym czasie omawiałyśmy z Leną sprawy związane z promowaniem uczniów i z rozłożeniem ferii dla poszczególnych kompletów. Ucieszone, że jesteśmy wszystkie razem, zaczęłyśmy omawiać nasze zadania na najbliższy okres. Po godzinie przybiegł Gucio, przysłany przez panią Lewkowiczową, z wiadomością, że u Wandy była rewizja, dom jest otoczony, nie można wracać. Po upływie godziny ja także ze swego domu otrzymałam podobny meldunek. Niebezpiecznie było zostawać u Leny. Wiadomości o rewizji szybko dotarły do naszych uczniów. Do mnie przyszedł Bogdan Pilecki z wiadomością, że rodzice jego zapraszają mnie do Sukurcz, furmanka czeka za miastem. Lena i Wanda też wyjechały na wieś. Razem ze mną jedzie Cezia Mickiewiczówna i Bogdan Pilecki.

Na wsi życie płynie spokojnie, tylko dręczy mnie niepokój, co się dzieje w Lidzie. Pół dnia zabierają mi lekcje z Bogdanem i Cezią. Oboje są zdolni, Cezia ma umyśl ścisły, logiczny, celuje w matematyce i ma zamiłowanie do geograf. Bogdan interesuje się literaturą, chętnie czytuje Krasińskiego, a zwłaszcza młodociany utwór: Sen Elżbiety Pileckiej, która zalicza do swych antenatów. Czytuje też Staffa, Iłłakowi­czównę, no i sam pisze wiersze. Ciekawe to zjawisko, że tyle młodzieży obecnie pisuje wiersze, mniej lub bardziej udane. Myślę, że te poetyckie zapały potęguje brak rozrywek.

Po południu odbywam dłuższe spacery. Na śniadanie i na kolację dostaję mleko, co wydaje mi się wielkim luksusem, bo w domu mleko miałam tylko dla dzieci.

Poznałam pracującą w polu radziecką dziewczynę Pole, wzięta przez Niemców na roboty. Po kilkudniowej znajomości, gdy pozyskuję zaufanie Poli, dowia­duję się, że jest ona traktorzystką, ale nie zdradza przed nikim swych umiejętności, bo nie chce służyć Niemcom swymi fachowymi umiejętnościami. To także forma walki.

10 sierpnia. Po powrocie do Lidy życie potoczyło się zwykłym trybem. Pewnego dnia wieczorem, gdy poprawiałam zeszyty, wpadło do mieszkania kilku hitlerowców, przetrząsnęli wszystkie rzeczy i poszli. Trzeba było dużo czasu stracić na uporządkowanie.

15 sierpnia. Nie mamy wyraźnie ustalonego początku i końca roku szkolnego. Gdy który komplet przerobi materiał czterech klas gimnazjum, robimy re­petycje czy egzamin i zaczynamy kurs klas licealnych. Jeśli ktoś nie nadąża, przesyłamy go do młodszego kompletu i traci nie cały rok, lecz kilka miesięcy. Na ogól nasi uczniowie nie lubią zmiany kolegiów i dlatego pomagają sobie nawzajem, byle tylko nie dopuścić do rozbicia zespołu.

Bardzo mi przykro, że przedmioty mojej specjalności - biologię i geografię - musze traktować pobieżnie. Na lekcjach wyjaśniam węzłowe zagadnienia, resztę muszą uczniowie opracować sami. Z prawdziwym żalem myślę o pomocach, w jakie wyposażona była nasza szkoła. Najbardziej jednak brak mi tablicy. Cała nasza praca jest nie tyle nauczaniem, ile pomocą w samokształceniu. Zdolniejsi i dociekliwsi ucz­niowie dobrze na tym wychodzą, wykazują wiele samodzielności, umieją korzystać z książek. Wielkie i szybkie postępy robią: Stanisław Barszczewski, Jurek Opuchowski, Cezia Mickiewiczówna, Irka Stasiewicz.

W miarę możliwości tworzymy grupy z bardziej uzdolnionych i z nimi szybciej, a zwłaszcza obszerniej, przerabiamy materiał. Uczniowie mniej samodzielni robią wolniejsze postępy. W nauczaniu historii staramy się, by młodzież nie tylko opanowała wiadomości przewidziane w programie, a podane w podręczniku, ale by przeczytała dzieła literackie odtwarzające życie w danej epoce.

Uczniowie, którzy przerabiają historie starożytna, dostają do przeczytania Ferenikę i Pejsidoros Rydla, Dysk Olimpijski Parandowskiego. Dla pogłębienia i utrwalenia wiadomości daję wypracowanie na temat: "Kilka dni z życia chłopca ateńskiego". Po po­prawieniu wypracowań odczytuję na lekcji najlepsze i omawiamy je. Ilustracją historii starożytnego Rzy­mu jest Quo vadis Sienkiewicza, wojny krzyżowe ilustrują Krzyżowcy Kossak-Szczuckiej, wojny napoleońskie odtwarzają nam Popiły Żeromskiego i Koniec epopei Tetmajera. Nie wiem dlaczego ta piękna książka nie figurowała w spisie lektury szkolnej. Zdaję sobie sprawę, że fachowiec historyk czytając o tym, jak biolog uczył historii, uśmiechnie się z po­litowaniem. Na pytanie, dlaczego te, a nie inne książki wybrałam dla rozszerzenia wiadomości uczniów, odpowiem po prostu: te właśnie książki miałam w swo­jej bibliotece.

Na zakończenie materiału o wojnach napoleońskich żądałam wypracowanie pt. Losy żołnierza z Legionów Dąbrowskiego. Na wypracowanie daję uczniom miesiąc czasu, a nawet dłużej. Uczniowie starają się w tym okresie możliwie dużo przeczytać, zbierają materiał, często powracają myślą do danej epoki. Niektórzy piszą obszerne prace, a poprawienie ich zabiera dużo czasu.

Lusia Wiśniewska napisała na ten temat bardzo ładne opowiadanie. Przedstawiła wspomnienie legionisty przebywającego na San Domingo. Ładnie i dźwięcznie zaczęła swe opowiadanie: "San Domingo. San Do­mingo. Spienione fale Atlantyku rozbijają się o ska­listy brzeg wyspy i śpiewają odwieczną pieśń o potędze..."

12 września. Była rewizja u państwa Laskowiczów. Niemcy aresztowali pana Juliana Laskowicza, jego żonę Halinę, córkę Dosię i kuzynkę Wercię. Tadzika wówczas nie było w domu. Jest godzina, o której Do­sia i Tadzik przychodzili na lekcje. Pusta godzina... Czekam, ale wiem, że Tadzik nie nadejdzie. Myślę, jakby mu pomóc. Jednocześnie myślami towarzysze Dosi: co się z tobą dzieje, moja uśmiechnięta dziew­czynko?

Jakim potwornym ciężarem lęgła na nas okupa­cja. Rozmyślania przerywa mi wnuczka Krysia, która wchodzi mi na kolana i prosi: "Opowiedz bajkę".

"Oto tu przed wami stoi

Podróżniczek Janek mały,

Co się wprawdzie boćka boi,

Lecz jest zresztą bardzo śmiały".

Płynie opowieść Konopnickiej - O Janku wędrow­niczku. Mówią usta ku uciesze małej, a myśli towarzyszą moim uczniom w ich ciężkiej doli.

Jak ciężka była ich dola - dowiedziałam się wie­le lat później. Rodzina Laskowiczów została osadzo­na w obozie oświęcimskim. Tylko Dosia wyszła stamtąd żywa.

5 października. Moja wnuczka Ilonka skończyła rok. Jest miła i wesoła, ale szczuplutka. Irka z dzieckiem zamieszkała u nas. Edek - mąż jej - poszedł do par­tyzantki. Obie moje wnuczki są pozbawione opieki ojcowskiej. Ojciec Krysi był w wojsku w 1939 roku i nic o nim nie wiemy. Poległ w 1939 roku. Teraz oj­ciec Ilonki w partyzantce. Ciężka jest młodość moich córek...

Ira wzięła łacinę na kilku kompletach. Jest to duża pomoc. Na starszych kompletach łacinę prowadzą Wanda Lewkowicz i Juliusz Kleindienst (mój mąż).

10 grudnia. Czasami dostaję od kolegi Kaleciń­skiego konspiracyjne gazetki, drukowane na cienkiej bibułce w tajnych drukarniach w Warszawie. Przywożą je do nas łącznicy, narażając swe życie. Z gazetek dowiadujemy się, co dzieje się w kraju i na świecie. Grozą przejmują nas bestialstwa hitlerowców. Na ulicach Warszawy odbywają się egzekucje. Niemcy rozstrzeliwują ludzi, zalepiwszy im uprzednio usta gipsem. Skazani ubrani byli w papierowe worki. Słyszę, jak te milczące usta krzyczą na cały świat i po wszystkie czasy: "Jeszcze Polska nie zginęła...". Gazetkę czytamy z całą rodziną. Następnie składam ją i kładę na dno pudełka z zapałkami i odnoszę do Leny, Wandy lub do domów, gdzie mam lekcje. Tych ludzi jestem pewna.

12 grudnia. Do późnej nocy siedzieliśmy z Julkiem nad zeszytami. Nagle poderwał nas warkot samolotów, następnie błysk i potężne detonacje. Nalot! Drżącymi rękoma zgarniam zeszyty, ubieram się i wychodzę na podwórko. Wanda klęka przy łóżeczku Krysi, obej­muje dziecko rękoma i wiem, że nie ruszy się z miejsca. Julek spokojnie podkreśla czerwonym ołówkiem błędy w zeszytach uczniów. Bombardowanie trwało kilkanaście minut. Widać luny pożarów. Od sąsiadów dowiadujemy się, że bomby spadły na ulicę Rajską. Mieszka tam kilkoro moich uczniów.

13 grudnia. Nie oddalam już zeszytu Marysi M. Zginęła wraz z matką i rodzeństwem pod gruzami domu. Pozostał tylko jej ojciec - kolejarz, który miał wtedy nocną służbę. Cezia Mickiewiczówna i jej mat­ka ocalały, chociaż bomba zniszczyła im połowę do­mu i zabiła sześć osób.

18 grudnia. Zmniejsza się liczba uczniów. Jurek Stogniew musi jechać do babci. Niemcy aresztowali jego rodziców.

1 stycznia 1944 roku. Witamy ten Nowy Rok z na­dzieją w sercu. Kruszy się złowroga moc okupanta pod uderzeniami ZSRR.

Na Sylwestra mięliśmy niespodziankę. Późnym wieczorem, już po godzinie policyjnej, przyszedł Edek (mąż Irki), partyzant. Wielkie to ryzyko, tym bardziej że w mieszkaniu są Niemcy, niedawno zajęli nam jeden pokój. Ale Edek - ufny w swa szczęśliwa gwiazdę - uśmiecha się beztrosko.

19 stycznia. Chłopcy powitali mnie na lekcji uradowanymi twarzami. Jeden przez drugiego starają się poinformować mnie o przebiegu wypadków ubiegłej nocy.

Oto partyzanci zdołali uwolnić z wiezienia lidzkie­go 70 więźniów politycznych. Przebrali się za białoruskich policjantów i weszli do wartowni, jako zmiana warty. Tam bardzo szybko i sprawnie obezwładnili wartowników, zakneblowali im usta, dostali się do więzienia, oswobodzili 70 więźniów i wyprowadzili ich z miasta.

Wszyscy odczuwamy to jako nasze zwycięstwo i czu­jemy się podniesieni na duchu.

5 lutego. O zmierzchu przyszła do mnie Tereska Harniewicz. Na jej jasnych włosach skrzyły się płatki śniegu, w kącikach oczu taiły się łzy. "Ostatni raz przyniosłam mleko (za lekcje płaciła mlekiem), już nie będę mogła chodzić na lekcje - mówi cicho­ mamusia się boi.

Podobno w Żołudku Niemcy rozstrzelali nauczycielkę i całą jej rodzinę. Mamusia radzi, żeby pani w ogóle przerwała naukę."

Pożyczyłam Tereni kilka książek i proszę, aby sa­ma uczyła się dalej. Wiem, że jest zdolna, inteligen­tna. Stawiam jej za przykład Stanisława Barszczew­skiego, który tyle zrobił w drodze samouctwa.

Po kilku miesiącach Terenia wróciła na komplety i przy pomocy koleżanek - Lusi Wiśniewskiej, Jan­ki Stępniówny i Danusi Olechnowicz - nadrobiła bra­ki. Dziewczynki dokładały wszystkich sił, byle tylko Terenia nie musiała przejść do młodszego kom­pletu.

27 kwietnia. Z dziewczynkami z młodszego kom­pletu miałam przerabiać z botaniki temat o budowie nasienia. Poprosiłam, aby przyniosły na lekcje trochę fasoli. Żenia przyniosła całą kolekcję rozmaitych od­mian fasoli.

Dziewczynki ze starszego kompletu również zainteresowały się nasionami. Praktyczna Janka Stępniówna spytała mnie, gdzie mam zamiar je zasiać. Odpowiedziałam, że nie mam ogródka, więc nie wyko­rzystam tych nasion. Następnego dnia przyszedł do mnie ojciec Janki i zaproponował, bym w ich ogro­dzie wzięła grządkę i zasiała, co mi będzie trzeba. Z radością przyjęłam tę propozycję, będę mogła mięć rzodkiewkę i sałatę dla rodziny.

Grządka na "Roślakach" (dzielnica Lidy) ofiarowa­na mi przez pana Stępnia przeszła wszelkie oczekiwania. Był to świetnie uprawiony zagon o szerokości 1,20 i długości 300 metrów. W moim dniu, przeładowanym pracą, niewiele mogłam znaleźć czasu na zajęcia w ogródku. Udało mi się ułożyć lekcje na starszym komplecie, gdzie uczyła się Janka, na godzinę 8.00 rano. Wychodziłam z domu o godzinie 6.00 i do 8.00 mogłam pracować. Dużą pomoc udzielała mi Janka, która jako córka rolnika doskonale znała się na pracach w ogrodzie.

14 czerwca. Jaś sprzedał swoją mandolinę, cyrkle i narty. Rozstaje się widać z tym, co najbardziej ukochał - z muzyką, matematyką i sportem.

Kupił buty nieprzemakalne na grubej podeszwie i dobre, mocne sukno koloru khaki. Znajomy kra­wiec szyje mu "ubranie" (czytaj : mundur). Pewnego wieczoru Jasiek poprosił mnie, bym podarowała mu mój wycieczkowy mapnik i kompas. Serce przestało mi bić, jakby ściśnięte żelaznymi kleszczami. Nogi stały się ciężkie, jak z ołowiu, z trudem przeszłam kilka kroków, by wyjąc mapnik z biurka. Oparłam się o ścianę. Patrzę na Jasia siedzącego przy stole. Na ręku trzyma Ilonkę, która jedną rączką wichrzy jego jasną czuprynę, a w drugiej trzyma gotowany karto­fel, ulubiony przysmak. Krysia usiadła Jasiowi na ko­lana i bada skrupulatnie zawartość kieszeni wujka, który czasem kupuje im w aptece cukierki ślazowe, jedyne dostępne słodycze. Cały pokój rozbrzmiewa śmiechem. Ostry blask karbidowej lampki oświetla ich wesołe twarze.

Patrzę na nich i nie mogę ruszyć z miejsca. Jaś spostrzega, że ze mną dzieje się cos niedobrego. Sa­dza dziewczynki na otomanie, podchodzi do mnie, kładzie mi ręce na ramionach. Przytulam się do niego, przez cienką koszulę wyczuwam mocny, równy rytm jego serca i silne mięśnie ramion. Jasiek całuje mnie i mówi : "Tak trzeba". .

W kilka dni później nastąpiło rozstanie. W piękne niedzielne popołudnie wyszliśmy za miasto. Ojciec i syn szli zwykłym spacerowym krokiem. Ja wlokłam się za nimi w dużej odległości. Przez ramię miałam przewieszony worek, w którym ukryty był plecak Jaśka. A w sercu ciężar stokroć większy. Jaś nie może nieść plecaka przez miasto, gdyż zwraca to uwagę. Julek też nie może mi pomóc, ze względu na słabe serce.

Patrzę na nich jak idą przede mną. W słońcu sreb­rzy się krótko obcięta na jeża czupryna Julka, złotawymi odblaskami mienią się płowe włosy Jaśka. Oj­ciec i syn - tak podobni do siebie i tak różni.

Jeden na pochylonych barkach dźwiga ciężar 60 lat pracowitego życia, drugi - smukły i zręczny ­lekkim krokiem idzie naprzeciw przeznaczeniu w pełnej krasie swych 18 lat. Na skraju lasu Jaś odbiera ode mnie plecak. Trzeba się rozstać.

22 czerwca. Nadzieja wstępuje w serce. Niemcy ponoszą klęski w Związku Radzieckim. "Wycofują się na z góry upatrzone pozycje" - jak podają gazety. Nocą słychać często huk armat. Zapewne słynne "Katiusze". Pewnego czerwcowego dnia zjawili się w na­szym mieszkaniu Niemcy i kazali opuścić je w ciągu czterech godzin. Nie przeraża mnie to już zupełnie. Wiem, że pomogą mi uczniowie i ich rodzice. Nie udaje mi się znaleźć mieszkania w Lidzie. Rodzice Bogdana Pileckiego proponują nam przeniesienie się do Sukurcz, mogą nam odstąpić tam jeden pokój. Przysyłają furmankę po rzeczy, rodzice innych uczniów śpieszą z pomocą. Jedni dają konie, inni pomagają przy pakowaniu rzeczy.

Na pierwszą furę zabieram chorą Hankę, wnuczki, pościel, ubrania i prowiant. Jadę, by urządzić mieszkanie na nowym miejscu. Mąż zajął się wysyłaniem pozostałych rzeczy. W Sukurczach oczekuję na wóz, w którym powinny być naczynia kuchenne, by ugotować obiad. Przyjeżdża jeden wóz pełen książek, drugi tak samo. Słyszę, jak woźnica mówi po białorusku do drugiego: "Zdureł prafiesor, knihi ciahaje, a dobryje wieszczy ostawlaje". ("Zgłupiał profesor, książki ciągnie, a dobre rzeczy zostawia"). Ostatnim wozem przyjeżdża mąż, przywozi trochę mebli, resztę rzeczy złożyli w stodółce. Mamy po nie pojechać na­zajutrz.

W nocy budzą nas silne światła, jest jasno jak w dzień. Na niebie zawieszone są jakieś bardzo mocne światła, jak żyrandole. Słyszymy ogłuszający huk wybuchów. To radzieccy lotnicy bombardują Lidę.

Na drugi dzień raniutko wybrałam się z Bogdanem do Lidy. W mieście był wielki ruch. Przemarsze wojsk niemieckich. W wielu miejscach pożary. Ledwie wjechaliśmy do miasta, Niemcy zabrali nam wóz i konia. Poszłam więc z plecakiem, by zabrać niektóre dro­biazgi. Dom, w którym mieszkaliśmy, był zdruzgo­tany przez bombę, a stodółka z naszymi rzeczami spa­lona.

Stoję na pogorzelisku, widzę miejsce, gdzie stał kredens, leżą tam wszystkie metalowe części: zawiasy, zamki, a w popiele mienia się barwami tęczy sople stopniałego kryształu. Stoję i myślę: jak dziwnie składa się w życiu. Przez całe trzy lata, prowadząc tajne nauczanie, myślałam, że narażam swoich i siebie. Teraz widzę, że praca na kompletach dała mi nie tylko poczucie walki z wrogą przemocą i poczucie spełnionego obowiązku, ale zjednała mi niezawod­nych przyjaciół, którym zawdzięczam życie moich najbliższych. Lekki wiatr podnosi mgiełkę popiołu u mych stóp, nade mną mocno świeci czerwcowe słońce. W sercu narasta pewność: zwycięstwo będzie nasze!

 

Jakie były rezultaty naszej pracy? Przede wszy­stkim podtrzymywanie ducha oporu w dzieciach i rodzicach. Codzienne lekcje umacniały w nas przeko­nanie, że okupacja musi się skończyć. Ucząc się ­mimo zakazów i prześladowań wroga - walczymy z nim i zwyciężamy. Młodzież, która uczyła się na kompletach, była przygotowana do dalszej nauki w li­ceum i na wyższych uczelniach.

Wielu z nich ukończyło wyższe studia. Terenia Harniewicz ukończyła chemię w Lodzi, Irka Stasie­wicz - polonistykę, Danusia Olechnowicz - historię, Janka Stępniówna - ekonomię, Bogdan Pilecki i Kry­sia Michniewska - medycynę, Jurek Opuchowski, Przemek Michniewski, Rysiek Kazubowski - politechnikę, Gustaw Jodko i Witek Jodko - prawo, Jerzy Krajewski - dyplomację, Zbigniew Wiśniewski - fizykę, Rajmund Kraszewski jest oficerem Wojska Polskiego, Stanisław Barszczewski został księdzem, Lolo Laskowski skończył matematykę, a Cezia Mickie­wiczówna - geografię. Nic nie wiem o Lusi Wiśniew­skiej, a zdolności jej rokowały tak wielkie nadzieje. Polegli w walkach partyzanckich: Romek Sadowski , Jurek Koleciński, Zygmunt Koleciński, Jaś Kleindienst, Tadek Wolny, Mietek Szeputowski (oprócz Romka Sadowskiego, - wszyscy zginęli w Surkontach. - red.) i wielu, wielu in­nych.

Drodzy, kochani chłopcy.

Józefa Kleindienst