Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Moja wojenka

 

Ostrożnie dobierali się oni do nas, bojąc się zasadzki. Aż nareszcie dopadli i nie znalazłszy nic przy nas, zaczęli się znęcać, kopać i kłuć bagnetami. Ja drażniłem się z nimi żeby dobili, jeden chciał to zrobić, ale w tym czasie jakiś starszy krzyknął, zostawić trzeba żywych świadków, a nie martwych; wziąć ze wsi konia z wozem i powieźć ich na posterunek. Póki przygnali tego konia z wozem, przejaśniło się i zaczęło wschodzić słońce. Spojrzałem jak przez mgłę i pomyślałem, że ostatni raz mi wschodzi. W tym czasie krew z rozwalonej nogi zeszła, leżałem w kałuży, gorączka zaczęła mnie palić, i chciało się prędzej umrzeć. Nareszcie pojawił się koń z wozem i kobietą-woźnicą i z szyderstwem rozkazano, żeby położyć nas na wóz. Kobieta spojrzała i zaczęła ocierać oczy, a oprawcy bez żadnej ceremonii powrzucali nas jak popadło, jeden na drugiego i pod eskortą ruszyli w drogę, na szczuczyński posterunek.

Wozem na wybojach targało, co sprawiało większy ból. Słońce zaczęło przypiekać, gorączka paliła, że językiem poruszyć nie można było i chciało się pić. Gdy przejeżdżali koło jednego domu kobieta-woźnica litując się nad nami, chciała przynieść nam wody, ale straż zabroniła - niech zdychają. Gdzieś w obiad dowieźli nas do Szczuczyna i dopiero tam felczer pozrywał z nas skrwawione ubranie, obmył rany, okręcił w czyste szmaty i rozebranych do naga wrzucił do zimnej piwnicy, na gołe deski, jak martwych do truperni, gdzie i chłód zaczął dokuczać.

Gdzieś wieczorem łączniczka nasza z dziewczętami ze Sczuczyna podkupiły straż wódką, aby pozwoliła jednej z nich zajść do nas i podać ubranie, które zebrali i bieliznę. Póki ona nas odziewała, my naprędce opowiedzieliśmy jej, że powiedzieliśmy im, że szliśmy z Białegostoku i byliśmy zatrzymani przez oddział, że nas prowadzili ze sobą pod strażą i w walce nie wiemy kto nas ranił, niech w oddziale będą spokojni, my nie wydamy nikogo, poprosiliśmy ją, żeby naszym rodzicom dała znać o tym i żeby oni mówili to samo. Nazywała się ona Stanisława Malenczyk, obecnie mieszka w Polsce w Żarach. Kiedy naciągnęła na nas bieliznę i jakieś ubranie, a pod głowę po małej poduszeczce rzuciła, naprędce wypiliśmy trochę ciepłej kawy i niby lżej się stało. Na odchodnem powiada: "My was wykradniemy, odbijemy i zabierzemy." Ja koledze mówię, że chyba będziemy żyć, a już prosiłem Boga, żeby skrócił nasze cierpienia.

Chociaż byliśmy ledwo żywi badania robiono bez przerwy, a gdy mówiliśmy, że oddziału nie znamy, leżących zbijali póki nie traciliśmy przytomności, oblewali wodą i dalej swoje. Po trzech dniach, kiedy nic nie wskórali badaniami i biciem, obawiając się, że oddział nas odbije, czwartego dnia, 27 maja wrzucili nas do ciężarówki na gołe deski, naokoło postawili straż z bronią i powieźli do więzienia do Grodna. Droga była wyboista, na uchabach jak podrzucało padaliśmy na gołe deski. Ból, rany zaczęły krwawić. Na nasze jęki straż nogami zaczęła nas kopać, szydząc i plując w oczy. Tak kiedyś tylko Tatarzy obchodzili się z jeńcami. Droga gdzieś z 50 kilometrów była na tyle męcząca i uciążliwa, że wydawało się, że końca jej nie będzie. Prosiliśmy Boga aby dał nam śmierć, i bylibyśmy wdzięczni oprawcom, gdyby dobili nas i skrócili nam cierpienia. Lecz wola Boga była inna i trzeba było cierpieć. Za więzienną bramą złożyli nas na ziemię na kamienia. Po jakimś czasie przyszedł felczer, zobaczył brudne, cuchnące rany, których trzy dni nikt nie opatrywał i umieścił w więziennym szpitalu. Warunki życia - jak i w celi, tylko łóżka były, a w celi nic. Leczenie - raz na tydzień opatrzą ranę. U kolegi było zdruzgotane kolano, to mu amputowali nogę, mnie - zdruzgotane biodro opatrzyli i zostawili bez żadnej nadziei i pomocy.

Zdrowe więźniowie nosili nas na nosiłkach na badania. W rogu celi stały kije: nie zeznajesz tego co oni chcą - kije w robocie póki nie zemdlejesz, odleją wodą i dalej, tym bardziej leżącego, ledwo żywego człowieka. Dzisiaj, gdy wspomnisz to, aż ciarki idą po skórze, żadna dzicz chyba tego nie zrobiłaby. Pomimo tych katuszy przyznania z nas nie wybili. Potem trochę się uspokoili.

Nogę zaatakowała gangrena, od biodra do stopy. Felczer poprzecinał skórę w kilku miejscach, powpychał knoty, żeby ściekał brud i zostawił na pastwę losu, czekając na szybki koniec. Gdzieś po tygodniu, przyszedł lekarz i więzienne naczalstwo, pokazuje moją nogę i powiada, że w życiu pierwszy wypadek, że przy takiej gangrenie, bez żadnej nadziej, poszło na poprawę, chyba tu jakiś cud. Sąsiedzi dziwili się, bo w porównaniu ze mną, oni byli zdrowymi, mogli się poruszać, chodzić, tylko jeszcze jeden leżący był, ranny, ale i on lżej niż ja. Cały miesiąc przeżyłem na wodzie, gdyż gorączka mnie trzymała, byłem wycieńczony, jak we mgle świat dla mnie istniał i mnie on nie interesował, wprost nie chciało mi się żyć na świecie. Po miesiącu zacząłem jeść, jak to małe dziecko. To jedzenie, co nam dawano było gorsze niż my świnie karmimy, to by było prawdziwym delikatesem. Po Nowym Roku przeprowadzono nas do ogólnej celi, chociaż ledwo mogłem ruszać się na kulach, z przesłuchaniami uspokoili się, nie dokuczali.

W marcu ponownie rozpoczęto przesłuchania, stawiano podkupionych świadków. Chociaż siedzieliśmy z kolegą w oddzielnych celach, przed oczną stawką szepnąłem mu, że judaszowi trzeba dać w łeb. Gdy nas wprowadzono, świadek siedział przy stole i palił papierosa, jak u siebie w domu. Rozkazano nam podejść bliżej, by on lepiej widział. Gdy podeszliśmy, ja z rozmachu walnąłem mu kulą w głowę. Kolega zrobił to samo, świadek zwalił się na podłogę. Straż wpadła na nas, bijąc, wyciągnęli na korytarz i tam znęcali się ile chcieli. Następnie wprowadzono nas po jednemu, staliśmy daleko w drzwiach, a świadek z zabandażowaną głową jąkał, bo tak trzeba było śledczemu, my zaś kategorycznie mówiliśmy, że ten człowiek świadczy fałszywie, gdyż jest podkupiony.

27 kwietnia przyprowadzili nas na sąd, na tak zwaną trójkę. Sędzia Wojennego Trybunału spytał, czy przyznajemy się do winy. Odpowiedzieliśmy, że jesteśmy Polakami i swego państwa nie zdradziliśmy. Sędzia od razu przeczytał przygotowany wyrok: 25 lat lagrów dla mnie z konfiskatą majątku, koledze pozbycie praw obywatelskich po odbyciu terminu. Cała ceremonia trwała pięć minut.

Zaczęło się wędrowanie po lagrach. Najpierw powieźli mnie do Oszyma (?) na przesyłkę. Po obu stronach korytarza cele 4 na 6 metrów, w które po 320 osób napychano, jak śledzie w beczce. W każdej celi koło drzwi stała tak zwana "parasza" - 200 litrowa beczka rozcięta na pół z drewnianym przykryciem z desek. To była toaleta dla 320 ludzi, i raz w dzień ją wynoszono opróżnić, robili to więźniowie pod pilnym okiem dozorcy. Jeść dawano przez specjalny lufcik w drzwiach, z rana chleba 350 g., w obiad pochliobka z białych buraków pastewnych lub z kwaszonej śmierdzącej kapusty, a o myciu się lub o jakiejś tam łaźni i mowy nie było. Wszystkie cele i schody tak były zapchane ludźmi, że stąpać nie było miejsca, i zdawało się, że ten gmach nie wytrzyma, rozwali się z natężenia. Młodych i zdrowych szybciej odsyłali, a starych i inwalidów, nikt nie chciał brać i przychodziło miesiącami gnić. Na dworze mróz do 20 stopni, okna bez szyb i tylko para wali z okien. Myślę, że w piekle nie gorsze warunki niż tu na ziemi. Na dodatek w każdej celi grasowały błatnyje (przestępcy kryminalni), grali w karty na ludzką odzież i obuwie, co u kogo lepsze napadają kilkunastu na jednego i rozbierają, oddają dozorcom, a ci w zamian wódkę i jedzenie przynoszą.

Po kilku miesiącach pobytu w przesyłce powieźli do lagru Nowosady koło Borisowa. Trafiliśmy razem z kolegą Janem. Gdy w domu dowiedzieli się, gdzie jesteśmy, do niego przyjechała żona, a do mnie siostra, przekazali nam suchary z chleba i tłuszczu. Spotkać się z nimi nam nie pozwolono, a żeby zabrać te przesyłki, musieliśmy prosić z 20 ludzi obrony aby chronili przed zgrają złodziei, która napadała w drodze do baraku i wszystko zabierała. Z ochroną, która przynosiła te podajanki trzeba było podzielić się. Złodzieje swoich również przysyłają, też musisz coś dać, a nie to dopilnują w toalecie i zatłuką na śmierć. Samemu więc praktycznie nic nie zostaje. Człowiek głodzony miesiącami i latami jest straszniejszy od dziczy jaka tylko może być na świecie.

Po półroku mnie powieźli znowu na przesyłkę, kolega Jan został tam i gdzieś za lat kilka dowiedziałem się od znajomych, że on w rok po moim odjeździe zmarł. Na grobie stawiano kij z numerem sprawy, a gdy zwłoki wrzucali w dół to żołnierz miał obowiązek przebić martwego bagnetem, żeby nie ożył czasem.

Mnie zaś z przesyłki powieźli do Witebska, po pół roku znowu przesyłka w Orszy, a po miesiącu znowu etap do Homla w lagier. Tam była połowa mężczyzn i połowa kobiet. Kobiety szyły bieliznę, watowe spodnie i kurtki "tiełogrejki", mężczyźni pracowali na budowie i stolarnych zakładach. Lagier mieścił się na krańcu miasta nad rzeką Soż. Kobiety żyli w barakach, ogrodzonych drutem kolczastym od mężczyzn. Tylko przez drut mogli z nimi wieczorami potajemnie rozmawiać, ponieważ gdy nadzieraciel zauważył, to mógł posadzić do karceru. Tu przebyłem dwa lata, ostrzyłem noże i nożyce dla szwaczek.

Latem w połowie sierpnia po obiedzie ludzie raptem zaczęli padać jak muchy. Kto szedł - padał, kto stał lub pomagał upadającemu zaraz i sam się łożył. W ciągu jakichś 15 minut wszyscy leżeli pokotem, brzuch wzdęty, oczy zapadłe. Naczalstwo w popłochu: z 4000 więźniów tylko 24 nie zachorowało, ci którzy nie jedli obiadu. Wśród nich byłem i ja, gdyż zupa była taka śmierdząca. Z tej masy ludzi 53 osoby zmarli: starzy i wycieńczeni nie wytrzymali a młodsi i zdrowsi zaczęli powracać do zdrowia. Tak minęły dwa lata w Homlu.

W październiku 49-tego roku zaczęli Polaków zwozić do Mińska na rozbite w czasie wojny zakłady ciągników, poszła pogłoska, że powiozą do Polski. Gdy nazbierali osiem tysięcy, załadowali kilkanaście wagonów i zamiast na Zachód powieźli na Sybir. Wyładowali nas w Komi ASRR, w Workucie. W drodze dawali jeść chleb i słoną, przeważnie zgniłą rybę. Od takiego jedzenia straszne pragnienie, a wody nie dają, tylko na dużych postojach dwa wiadra wody na wagon, którą dzieli się jak lekarstwo.

W Workucie zdrowych i młodych zabrali do kopalń, a starych i inwalidów powieźli w Mordowską ASRR. Przywieźli nas na stację Potma, od której w Mordowską puszczę szła żelazna kolej, i przez każde dwa kilometry z jednej i drugiej strony były lagry na pięć do siedmiu tysięcy ludzi. Było ich w tej puszczy czterdzieści cztery, 45-ty był jako szpital. W lagrach byli ludzie z całego świata i różnej narodowości, ale najwięcej Polaków, Litwinów, Łotyszy, Estończyków, Ukraińców, dużo z Zakaukazia. To były spiec-lagry dla politycznych i ubranie nosiliśmy z numerami, na czapce, plecach i na prawej nodze.

Cześć ludzi jeździło do puszczy na lesopował, inni robili meble lub szyli bieliznę, watne kurtki i spodnie. W zakładach pracowali w dwie zmiany po dwanaście godzin, przeważnie inwalidzi. Wyżywienie słabe, robota ciężka, ludzie padali jak muchy. Ja trafiłem na 14-ty i tu zaznajomiłem się z Czesławem Malinowskim, który pochodził z Wilna. Był on bez prawej ręki i w zonie był zastępcą wolnego komendanta lagru. Przez pół roku trzymał on mnie w zonie, zamiatałem, myłem i stróżowałem w baraku, gdzie żyliśmy. Potem powiadomił, że nie da rady i posyłali mnie na fabrykę do szycia. Namyśliłem się wówczas zachorować na oczy, by posłali do centralnego szpitala żeby dostać sprawkę, że chory i nie mogę pracować. Zacząłem przykładać zioła naokoło oczu, gdzie wkrótce pojawiły się rany, i nasz felczer nie mógł dać rady. Okulista w szpitalu, gdy tylko spojrzał powiedział, że ja sam to zrobiłem. Opowiedziałem mu wszystko i ponieważ sam on był sądzony zgodził się pomóc. Więcej miesiąca przebyłem w szpitalu, nacierpiałem się. Ale gdy odjeżdżałem wypisał poświadczenie, że z powodu choroby oczu w szwalni pracować nie mogę.

Po powrocie poszedłem pracować do księgowości lagrowej. Pracowałem w jedną zmianę dniem, robota czysta i z jedzeniem nie głodowałem, ze stołówką mieliśmy swoje kontakty i zawsze nam lepiej podawali coś do zjedzenia. Czas płynął monotonnie.

Gdzieś jesienią 1952 roku z naszego lagru wysiedlili mężczyzn i na ich miejsce zaraz weszły kobiety. Zostało nas pięciu z księgowości dla załatwienia dokumentów. Pracowałem w magazynie - wydawałem kobietom pościel. Dozorca zawsze miał nas na oku, gdyż każda z nich, tym bardziej te które przyjmowały od nas robotę, starały się o spotkanie z mężczyzną, podbierały moment, zwłaszcza w czasie obiadu. Kobiety żyjące latami w niewoli to dzicz, i gdyby nas pomieścili w baraku między nimi, one by nas zahodowały, ale żyliśmy przy komendanturze, tylko na robotę szliśmy do nich.

Po tygodniu, gdy dokumenty zostały przekazane, odjechaliśmy do innego lagru, gdzie ponownie poszedłem pracować do księgowości. Minęła zima. Tutaj spotkałem księdza z kościoła w Grodnie. Spotkanie to było jakbym spotkał rodzonego ojca na obczyźnie, z którym możesz podzielić się swoim bólem i troską. W tutejszych lagrach często spotykało się księży od nas i z Litwy.

Na początku kwietnia 1953 roku przychodzimy do stołówki na śniadanie i, o dziwo, na stołach leży chleb, czego nigdy nie było. Chleb zawsze rozdawał sam brigadir. Powiadają nam, możecie jeść ile chcecie, lecz ze sobą nie brać, w obiad chleb będzie ponownie na stole.

Franciszek Jancewicz