Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Rok 1919 czyli pieśń o dywizjach litewsko-białoruskich

 

XIII

Biały dworek Kresowy brzmi śmiechem, muzyką

Ciśnie się w niski ganek żołnierzy bez liku

Dziś chwila wypoczynku: tańce, śmiechy, radość,

Poważny nasz gospodarz nie ma gości zadość.

Bo im dalej od miasta, a im bliżej ziemi,

Ňĺm więcej gościnności szczerej między swemi.

Sad pachnący i cichy, śnią olbrzymy drzewa,

Księżyc pomiędzy liście srebrny deszcz rozsiewa.

W seledynowym świetle topi się świat cały,

Jakby ńzarem zaklęty, w tiul spowity biały,

Z dala dwór błyszczy rzędem okien roziskrzonych,

Wrzący życiem po brzegi, jak puchar spieniony.

A po ścieżkach żwirowych suną Oni Młodzi.

Kto? - Ach Ci, w których Miłość Wieczna się odrodzi.

Ci co byli przed nŕmł, Ci - co po nŕs będą

Ci, co wieczne przędziwo snów miłosnych przędą,

Ci, co serca swe łączą ufnie, bez zastrzeżeń,

Co nie wątpią w prawdziwość staroświeckich wierzeń.

W taką noc wysrebrzoną w cichym białym dworze

Z serca w serce przepływa słodkie tchnienie Âîżĺ

Wszystko wkoło jak akord prawdziwej harmonii

Pachną słodko na klombach wysmukłe lewkonie.

Staw migocze tajemnie, a koniki polne

Grają z cicha, lub milkną, jak elfy swawolne

Ciężka rosa lśni skrami na źdźbłach srebrnej trawy

Niby welon dziewiczy radosny, a łzawy;

A serca w młodych piersiach zamierały prawie,

Jak te szmery łagodne w wysrebrzonej trawie.

Usta zaniemówiły, uczuciem zamknięte

Dla wielomównych wyznań zbyt wielkiem, zbyt świętem.

***

Rozwarły się podwoje, na marzący ganek

Runął tłum rozbawiony i barwny jak wianek.

Hej, hej, ułani!

Malowane dzieci!

Mazur tętni w sali,

Ułan tryumf święci.

Hej, hej, ułani!

Chłopcy malowani

Tęczami połysków

Lśnią się oczy Pani.

Gdy zagrzmi muzyka i ruszą w tan pary

Hej, na bok! Hej z drogi - kto słaby, lut stary,

Przecz ściany, przecz pęta, barwnemi zakręty

W szalonym rozpędzie par orszak mknie kręty.

Bo to taniec burz!

Naszej krwi i dusz!

To szaleńczy cwał

Wrzących serc i ciał.

To taniec narodu, co tworząc zamiary

Nie mierzył sił swoich, nie wierzył w koszmary

Tan ludu, co gonił po świecie chimery

Z siał jak brylanty syny - bohatery.

To szaleńczy tan!

Wszystkich tanów pan!

To zwycięstwa śpiew

Tî rycerzy zew!

Grzmi tętent tysięcy, szczęk słychać oręży,

W swych walkach zuch młody umrze lub zwycięży.

I cieszą się duchy tych, co w takt kapeli

Ze śpiewem na ustach, jak w tańcu ginęli.

Zanim serce drży,

Zanim mazur grzmi,

Wierzy polski lud

W świętych szaleństw cud!

 

XIV

Wiosenny dzień, od rana na ulicach tłumy.

Zniknęły z twarzy resztki markotnej zadumy,

Radosny pogwar płynie ulicami miasta

I w szum wezbranej fali zwolna słę rozrasta.

Dzisiaj dzień Stanisława, w kościele Msza Święta.

Przed kościołem żołnierze, jak młode orlęta,

Szykują się na przegląd, tłum pstry i ruchliwy,

Szereg powozów, auta, końskie łby i grzywy.

Wszystko zlewa się w obraz pełen życia, ruchu

Z głębi kościoła organ dźwięczy, tłum Mszy słucha.

Dzisiaj dowódcy frontu święcą imieniny

Co dzielił z nimi trudy, znoje i wawrzyny,

Skończona Ěszŕ. Radośnie zaszemrał tłum lidzki,

Na cmentarz wyszedł zwolna generał Szeptycki.

Postawny i wysoki - istny Podbipięta!

Szczotka wąsów nad wargą króciutko przycięta,

Wzrok bystry i wyniosły, twarz ściągła, rasowa,

I mała siwa dumnie osadzona głowa.

Wśród okrzyków radosnych wsiada do powozu,

Daje znak do odjazdu. Lecz ńóż to o zgrozo?

Woźnica się nie rusza, chytrze uśmiechnięty,

Bunt w wojsku, czy oszalał może, Boże Święty!

Nie powóz ruszył, ale rumaki zostały.

Generała sztab wiezie dziarski i zuchwały,

Wszystkie szarże rwą zgodnie, aż koła furkoczą,

Tylko tumany kurzu w powietrzu się złocą.

Generał coś tam woła, śmieje się i gniewa,

Ale głos z kół terkotem w jeden szum się zlewa

I w ogólnej radości i śmiechu rozpływa.

Tak się cieszyła Lida swobodna, szczęśliwa.

 

XV

Kto widział śmierci grozę, widział śmierci żniwo,

Ten czuł się czasem małą dzieciną rzewliwą,

Kiedy dźwignięty z pola legł w murach szpitalnych

Przeniósł się w świat dziwów, wizji nierealnych.

Spieczone usta szepcą wieść z tamtego świata

Rój widziałek nad łożem w groźny wał się splata

A czoło czeka dobrej słodkiej miękkiej dłoni,

Co te groźne straszydła z nad piersi odgoni.

Tale ciężko dyszą, ciężko, tak mało powietrza

A twarz się robi blada, coraz, coraz bledsza,

Ten tu, obok, mój sąsiad wołał dzisiaj: "Mamo"

I głos mu dźwięczał tkliwych uczuć całą gamą.

Biedak! Brzuch mu rozwalił bolszewik bagnetem,

Nie uściśnie Cię matka żywego, niestety!

***

A potem dni, gdy zwolna świadomość powraca

A więc naprzód wspomnienia - trudna, trudna praca.

... Mglisty dzień, grząskie błoto, zgiełk, spocone twarze

Lepkiej krwi pełne usta, dzikie głosy wraże.

A ty rwiesz naprzód, pędzi Cię nieznana siła,

Aż krwawa mgła twe îczy zwolna zasłoniła.

Z każdym dniem coraz więcej wciąż myśli przybywa.

Zaczyna się rozmowa wesoła i żywa.

Przez okno gałąź liściem zagląda ciekawym

I opowiada dziwy o świecie jaskrawym.

O drzewach ukwieconych, o zielonym żyńłĺ,

O świergotach ptaszęcych w różowym przedświcie.

O tem, jak serce słodko, słodko w piersi mdleje,

Gdy słońce lawą złotą zwolna z góry leje.

Wreszcie pierwszy list od Niej, pierwszy bukiet róży,

On Ci już rozkosz bliską, realną wywróży,

Otoczą Ciebie wkrótce najsłodsze ramiona,

I nad twem łożem twardym nachyli się - Ona.

I Ty, wybraniec losu, Ňó - śmierci wydarty,

Odczujesz urok życia niczem nie przeparty.

Szczęście istnienia, skarbiec bezcennych wydarzeń,

Najgłębszych przeżyć, uczuć , najjaskrawszych wrażeń.

 

Epilog

 

Spadł śnieg puszysty, srebrny i cichy,

Krajobraz stężał, jak stare sztychy

Pokryte wieków białą kurzawą.

Srebrzył się księżyc źrenicą mgławą.

Krzaki jedliny w puszystych piórach,

Czerniały wkoło, jak straż w kapturach,

A hen za lasem w sinej przezroczy

W ciemnych chałupach światło migocze.

I tam w wioskowej spokojnej ciszy

Słyszysz jak wietrzyk wśród krzaków dyszy.

Jak szarak krzewem w skoku poruszy,

Jak pies zawyje wietrząc, że w głuszy

Wilki zbierają się w groźne stada,

By w kniejach sprawiać zbrojne narady.

Pod starą sosną szronem błyszczącą

Żołnierz swą dumę marzył gorącą.

Znikł księżyc w chmurach. Ciemnoścł kłęby

Zakryły niebo po lasów zręby.

Wśród krzewów ciche wszczęły się szmery,

Rosły, wzbierały jak potok szczery,

Aż w szum potężny, straszny złączone,

Groźbą huczały od wschodniej strony.

Serce żołnierza biło złowrogo,

Tak szeđńĺ przyszłość cichą przestrogę.

Gdy dusza okiem swem bezcielesnem

Błądzi w przestworzu wichrów bezkresnem.

"Matko, przed nami biała mogiła,

Srebrzystym szronem słę wyiskrzyła,

Za nami wroga, grobowa ńłszŕ.

Ńzylł zła niemoc Ciebie kołysze.

Ty stoisz tutaj święcie a wiernie,

Jak pierwszy taran przed szturmem czerni.

I duch w nas stężał na stal przekuty,

A w godłach pełno szubienic, knutów,

My Twoje pierwsze, wierne placówki,

Jak pracowite, robocze mrówki.

Idziemy stale praojców szlakiem

Z tą samą wiarą, tym samym znakiem.

Lecz dech ostatni w piersi łomota,

I dziś już nie wiem, czy ta Golgota,

Zabrzmi weselnem zwycięztwa pieniem

Boć my już tylko człowieka cieniem.

Bracia! Wykrzeszcie z piersi płomienie,

Co duch osłabły w stal pozŕmłĺnła.

Boć już u warty dłoń z trudu mdleje

Zaś wróg podważa kraju wierzeje

Bracia! Duch silny, lecz mdłe już ciało!"

Taką rozpaczą serce mu grało

Nie czuł, jak wicher mrozi mu skronie,

Nie czuł, jak czas mu chybko ucieka,

Karabin mocno zacisnął w dłoni

Pośród zasp śnieżnych stoi i czeka.

 

Grodno, 1926 r.

Kamila Emilia Mokrzecka