Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

W walce o przetrwanie

 

Latem i jesienią br. wierni pod kierownictwem proboszcza lidzkiej fary, ks. Józefa Bogdziewicza, przyłożyli niemało starań, aby doprowadzić do porządku stary katolicki cmentarz przy ulicy Engielsa. Rekonstrukcja pomnika lotników oraz jego poświęcenie, a następnie poświęcenie odnowionej kaplicy św. Barbary stanowią swoiste zamknięcie pewnego etapu w walce o ten skrawek naprawdę polskiej ziemi. Przy tej okazji chcielibyśmy przypomnieć sobie ostatnie kilkanaście lat, gdy decydowała się przyszłość tego miejsca.

Jeden z pierwszych artykułów na temat Polaków w Lidzie tak przedstawiał cmentarz katolicki: "Przełazimy przez rdzawe ogrodzenie cmentarza lidzkiego, skręcamy w prawo. Przed nami wyłania się wyso­ka stela - pomnik poległych w Lidzie (kiedy konkretnie - nikt nie wie, jedni twierdzą, ze w latach dwudziestych, in­ni - że później) lotników pol­skich. Jest pozieleniały z poodłupywanymi krawędziami. Nowy jest tylko wydrapany napis: "Cześć ich pamięci!"

Na szczycie dostrzegam cześć ka­miennego skrzydła orlego. Koledzy twierdzą, że jeszcze przed paru laty wznosił się cały, potężny. Próbuję się zbliżyć, żeby to lepiej obejrzeć. Niespodziewanie potykam się o coś.

- To groby. Zbiorowe groby żołnierzy - spieszą mi z wyjaśnieniem koledzy. Rozejrzyj się po krzakach... Rozglądam się. Dostrzegam przycup­nięte szare pomniczki z krzyżami. Niektóre jeszcze równo stoją, inne mają dość widoczne napisy.

- Co z tym wszystkim dalej bę­dzie? - pytam.

- Nie wiadomo. Choć właściwie wiadomo: władze miejskie chcą z cmentarza zrobić park.

- Park na grobach?... Z tym pytaniem idę później do władz.

- Czy to powinno dziwić - mło­da sympatyczna dziewczyna, Łarisa Gorgul, pierwszy sekretarz miejskiego komitetu Komsomołu w Li­dzie, unosi wysoko brwi. - Przecież i Wilno, i Warszawa też są zbudo­wane na kościach ludzkich! - mówi jakby z lekką nutką wyższości w głosie. - Zbyt mało mamy miejsca, by rezygnować z dodatkowego skrawka ziemi. Zresztą, zabytkowe pomniki planujemy przenieść na inny cmentarz... Kto określi ich wartość? Myślę, że powinien zająć się tym nowoutworzony Klub Miłoś­ników Kultury Polskiej. Wystarczy załatwić odpowiednie papiery (...)". Wizyta dziennikarki "Czerwonego Sztandaru" z Wilna, Leokadii Komaiszko, u głównego architekta miasta kontynuuje powyższy temat: "Rozmówca zaczyna przekonywać, że przecież w autentycznym stanie cmentarz nie może pozostać, bo te resztki mówią jedynie o tym, jak nie należy ustosunkowywać się do pamięci zmarłych. Odrestaurować grobów nie sposób. Są, zbyt zniszczone, a i pieniędzy na to brak. Dlatego uważa, że jego projekt w tym przy­padku jest naprawdę zbawczy - Kapliczkę się przerobi na sklep, gdzie można będzie kupić wieńce, kwiaty itd. Historycznie wartościowe groby uporządkuje się (...)".

Stary katolicki cmentarz został zamknięty w 1963 r., a dnia 16.06.1983 r. przeznaczono go do likwidacji. Wówczas to zjawiły się w lokalnej gazecie "Upierad" ogłoszenia wzywające mieszkańców miasta do przeniesienia zwłok swoich krewnych na inne cmentarze, co też wielu uczyniło. Zostały przeniesione również zwłoki księży lidzkiej fary.

Od samego powstania pierwszej polskiej organizacji w Lidzie, Klubu Miłośników Kultury Polskiej im. A. Mickiewicza, przejawialiśmy żywe zainteresowanie sprawami tego polskiego zabytku. Jednak nie myśleliśmy jeszcze wówczas, że władze również mogą nie mieć racji. Na cmentarzu już były prowadzone prace porządkowe przez zakłady pracy, wyniki tych prac możemy oglądać dziś w zachodniej jego części, gdzie nie zostało żadnego grobu i wszystko zostało zrównane z ziemią. Dla nas los cmentarza był przesądzony - miał być zlikwidowany. Przypuszczam, że tak właśnie myśleli członkowie zarządu Klubu, kiedy podejmowali latem 1988 r. decyzję o przeniesieniu zwłok uczestniczki powstania 1863 r. czcigodnej Polki, Walerii Ciechanowicz, na cmentarz słobudzki. Uważaliśmy, że przynajmniej w ten sposób bądziemy mogli zachować dla potomnych imię tej lidzianki. Uzyskanie pozwolenia nie było łatwe, ale mając poparcie Konsulatu Generalnego RP w Mińsku, sprawę udało się załatwić. Na szczęście do ekshumacji nie doszło. Byłem na długiej delegacji i nie uczestniczyłem w tych sprawach. Po powrocie spotkałem się z prezeską Klubu, Teresą Siemionów, ona poinformowała mnie, że nastąpnego dnia ma się odbyć przeniesienie zwłok W. Ciechanowicz, że już została wykupiona maleńka trumienka oraz przyjdą ludzie do kopania. Powiedziałem, że będę. Porozmawialiśmy o innych klubowych sprawach. Wieczorem około godziny dwudziestej pierwszej, gdy pracowałem w ogrodzie, do mnie zawitała kilkuosobowa delegacja z białoruskiego klubu historyczno-oświatowego "Ruń" z propozycją wspólnej walki o cmentarz przy ul. Engielsa. Natychmiast zgodziłem się. Przez kilkanaście minut rozmawialiśmy o planach jego zagospodarowania. I dopiero podczas tej rozmowy uświadomiłem sobie, że jeśli nie wstrzymamy ekshumacji nie będzie o co walczyć. Ten grób był jednym z naszych poważnych atutów. Sowiecka historiografia traktowała powstanie styczniowe jako walkę o demokrację i wyzwolenie ludu pracującego, a my mieliśmy to wykorzystać. Ta mogiła razem z kaplicą, w naszej wspólnej argumentacji, stanowiły jedno.

Nie było innego wyjścia jak tylko udać się do Teresy i przekonywać ją. Umówiliśmy się, że odroczymy przeniesienie zwłok o kilka dni, zorganizujemy spotkanie zarządów i rozważymy następne działania. Spotkanie było dosyć burzliwe. Uważaliśmy za konieczne zadbać również o przyszłość kwatery wojskowej, do czego nie bardzo byli skłonni białorusini, argumentując, że są tam pogrzebani okupanci, legionerzy Piłsudskiego. Udało się jednak ich przekonać ponownie używając sowieckiej historiografii. Otóż, według sowietów, wojna polsko-bolszewicka rozpoczęła się w kwietniu 1920 r., groby natomiast w większości pochodzą z okresu wcześniejszego. Powiedziałem, że polegli nie byli uczestnikami tej wojny. Na tym wspólnym posiedzeniu zarządów zapadła decyzja o wizycie u władz miejskich i próbie ich przekonania do zaniechania prac na cmentarzu.

Wizyta u zastępcy przewodniczącego Miejskiego Komitetu Wykonawczego ds. oświaty i kultury przedłużała się. Na wszystkie nasze argumenty, między innymi, że chcemy zachować historyczny pomnik jakim jest cmentarz, w kółko powtarzano, że Polaków zawrócono ze słusznej drogi, że władze pozwoliły na przeniesienie prochów uczestniczki powstania by w ten sposób zachować jej imię dla potomnych. Trwało to już ponad pół godziny, gdy wyłożyliśmy na stół nasze główne argumenty: podanie o pozwolenie na wiec protestacyjny oraz propozycję zorganizowania okrągłego stołu nt. historycznej i kulturowej wartości cmentarza i kaplicy. Gdy urzędnik zobaczył te dokumenty zaczął nerwowo wykręcać jakiś numer telefonu. Przypuszczam, że było to pierwsze podanie na wiec w historii sowieckiej Lidy. Kilkakrotnie próbował on połączyć się z kimś a następnie wyszedł. Gdy powrócił kilka minut później, nie można go było poznać: zmienił się całkowicie. Grzeczny i uprzejmy: "Tak, oczywiście, wiecie jak u nas robi się sprawy, powoli, na pewno nie ruszymy grobu i kaplicy. Jeżeli jest samochód, możemy natychmiast jechać na cmentarz." Samochód był, pojechaliśmy, prowizorycznie ogrodziliśmy grób Walerii Ciechanowicz, urzędnik biegał po cmentarzu, uprzedzał traktorzystę i robotników, żeby nie rozbijali pomników, uważali na ogrodzenie. Wkrótce prace zaniechano - czasy się zmieniły.

Jednak na nas czekało inne zadanie: uporządkowanie grobów wojskowych, które uważaliśmy i wciąż uważamy za świątynię. Zdecydowaliśmy się ogłosić czyn społeczny, nie udało się jednak przekonać księdza Rojka do odważnego i na głos wypowiedzonego wsparcia tej sprawy (ksiądz dziekan chciał zezwolenia na grzebanie na tym cmentarzu). Rozwieszone po mieście ogłoszenia, zachęcające do pracy na jego terenie, w żadną z siedmiu kolejnych sobot nie zebrały więcej niż dwadziestu osób. Pracowały tylko członkowie Klubu: Czesław-senior, Czesław-junior i Aleksander Kołyszkowie, Teresa i Aleksander Siemionowie, Tadeusz Komincz, Karolina i Czesław Burnos, Kazimiera i Kazimierz Choder, Mieczysław Chwojnicki, Wiktor Nosowicz, Alicja Gołowacz, Grażyna Pacyno, Wacław i Irena Skawińscy, Michał Nowicki ze wsi Biskupce, jako jedyny przedstawiciel lidzkiego rejonu. Podczas tych prac wycięto krzaki i chwasty, wyniesiono śmiecie, na niektórych grobach ustawiono nagrobki. Wówczas po raz pierwszy została zrobiona inwentaryzacja grobów i ułożono plan. W następnych latach w zasadzie tylko podtrzymywano porządek.

W czasie tych prac przyszła do nas pani, która mieszkała przy cmentarzu i przekazała nam drewnianą tablicę z wykazem oficerów i żołnierzy poległych w bitwie o Lidę w kwietniu 1919 r. W okresie międzywojennym tablica ta miała znajdować się w kaplicy cmentarnej. Przez dłuższy czas tablicę przechowywał Mieczysław Chwojnicki, od którego zabrał ją Kazimierz Choder. Co się dalej z nią działo nie wiadomo.

Po I Światowym Zjezdzie Lidzian, w maju 1992 r., Zarząd TKPZL podjął decyzję o przeprowadzeniu prac renowacyjnych własnym kosztem, jednak decyzję odwołano po otrzymaniu wiadomości, że oddział ZPB w Lidzie wspólnie z fundatorami z Polski ma zabrać się wkrótce do pracy. Z dzisiejszej perspektywy odwołanie powyższej decyzji przez TKPZL było błędem, bo opóźniło renowację kwatery wojskowej o kilka lat, nie chcieliśmy jednak wchodzić w drogę. ZPB nie rozpoczął prac, ponieważ nie uzyskał pozwolenia ze strony władz, co było warunkiem udziału fundatorów z Polski (TKPZL zamierzało zrobić wszystko prywatnie). Władze miejskie tak tłumaczyły odmowę pozwolenia na rekonstrukcję kwatery wojskowej. "Lidzki urząd uważał za konieczne odmówić tej prośbie z szeregu powodów, głównymi z nich są następujące:

- Na dzień dzisiejszy nie jest jasne, jakie plany mają nasze organizacje społeczne i państwowe organizacje Republiki Polskiej w stosunku do głównej, cywilnej części cmentarza katolickiego i dlaczego w projekcie renowacji tego cmentarza za główne uważa się cześć wojskowa, która stanowi 1/8 całości i wszystkich pochowanych.

- Dotychczas miejsca pochówku żołnierzy polskiej regularnej armii z lat 1919-20 na ziemi białoruskiej są uznane jako miejsca pochówku żołnierzy armii okupacyjnej (okupacionnoj armii)."

24 maja 1993 r. została przeprowadzona akcja porządkowania cmentarza podczas trwania II Światowego Zjazdu Lidzian. Msza św. przy kaplicy sw. Barbary została odprawiona przez księży dwóch parafii: farnej i słobuckiej. Z okazji święta zmarłych co roku polskie organizacje porządkowały kwaterę wojskową; to tu co roku przyjeżdżała delegacja konsulatu. Takie pojedyńcze działania nie mogły zmienić rzeczywistego stanu rzeczy: cmentarz coraz bardziej przeistaczał się w przytułek narkomanów i miejsce pijackich libacji. Porządkowanie cmentarza stawało coraz większym problemem dla władz miejskich, pieniędzy na wykonanie prac jednak nie było. Organizacje polskie nie mogły poradzić sobie z porządkowaniem całego cmentarza bez pomocy parafii farnej.

Latem 1997 r. zostały przeprowadzone prace renowacyjne w kwaterze wojskowej. Członkowie lidzkiego Klubu Żołnierzy AK przy ZPB odnowili krzyże i nagrobki. W czerwcu 2000 r. młodzież i białoruscy skauci (razem 40 osób) przez 20 dni porządkowali cmentarz w okolicach kaplicy, następnie pełną parą ruszyła praca pod kierownictwem księdza Józefa Bogdziewicza w kaplicy i na cmentarzu. Odnowiona kaplica została poświęcona 2 grudnia 2001 r. przez ks. biskupa Aleksandra Kaszkiewicza. Jesienią 2001 r. odremontowano pomnik lotników, na którego szczycie został ustanowiony orzeł. 23 września pomnik ten został poświęcony przez ks. Józefa Bogdziewicza.

Mamy nadzieję, że kaplica oraz ten skrawek uporządkowanego cmentarza wokół niej będą promieniować swym pięknem do najdalszych zakątków nekropoli. Tym bardziej, że ksiądz Józef Bogdziewicz jest pełen chęci i energii, chce doprowadzić sprawę porządkowania cmentarza do końca.

Aleksander Kołyszko

 

 

Znak zwycięstwa miłości

 

Pierwsza, drewniana kaplica pw. Świętej Barbary na terenie cmentarza zjawiła się w 1800 r. dzięki staraniom księdza Wincentego Narbutta, ówczesnego proboszcza i dziekana lidzkiego. Po powstaniu listopadowym, a następnie po wyprowadzeniu karmelitów z miasta oraz w związku z pożarem kościoła pijarów - krótki czas pełniła ona funkcje kościoła parafialnego. Przy kaplicy była dzwonnica: na dwóch słupach zawieszono 16 i 2 kilogramowe odlewy. W 1885 r. wybudowano porządną, oszalowaną i pokrytą gontem, dzwonnicę. Murowany budynek kaplicy powstał dopiero w odrodzonej Polsce. Wybudował go proboszcz i dziekan lidzki, ks. Hippolit Bojaruniec.

Przez wiele ostatnich lat jego wy­gląd i okalającego go cmentarza świadczył o pogardzie dla Boga i zanikającej pamięci byłych mieszkańców naszego miasta. Przybycie do lidzkiej fary nowego proboszcza, księdza Józefa Bogdziewicza, zmieniło radykalnie stosunek wiernych do tej katolickiej nekropoli. W lipcu 2000 roku zaczęto zabezpieczać kaplicę, a następnie ją odbudowywać. Dziś miejsce to ponownie przekazuje nam prawdę o Bogu, jego zwycięstwie nad barbarzyństwem i pogaństwem.

W pierwszą niedzielę grudnia, na dwa dni przed Barburką, prace zostały uwieńczone uroczy­stym przywróceniem dla kultu odnowionej świątyni.

Na święto przybyli księża z okolicznych parafii, siostry zakonne. Mszę św. koncelebrowali ks. bp Aleksander Kaszkiewicz, ks. prał. Wincenty Lisowski, dziekan lidzki oraz gospodarz farnej parafii, ks. Józef Bogdziewicz. Licznie przybyli wierni lidzianie, wśród których był mer miasta, Włodzimierz Malec.

Homilię wygłosił ks. biskup, w której powiedział: <(...) Miejsce, na którym stoimy jest święte. Tu ziemia matka przy­garnęła prochy naszych bliskich, którzy oczekują na zmartwychwsta­nie w dniu przyjścia w chwale naszego Pana Jezusa Chrystusa. Każdy cmentarz jest świętością parafii.

Tu spoczywają ci, których kochaliśmy i o których pamiętamy w na­szych modlitwach. Tu spoczywają ci parafianie, którzy budowali królestwo Boże na tym kawałku ziemi danej nam przez Opatrzność. To oni uczyli nas wiary, nadali chrześcijański ob­raz tej parafii, oni przekazywali wiarę przodków, od nich nauczy­liśmy się Ewangelii i praw Bożych. Ci, którzy tu spoczywają, uczyli miłości do tej ziemi, dla niej praco­wali, a gdy trzeba było, przelewali także krew za jej wolność. (...) Bogu niech będą dzięki, że lidzki cmen­tarz odzyskuje swe oblicze miejsca świętego i po latach staje się znów relikwiarzem parafii! (...)

W minionych, trudnych i smut­nych czasach, agresywne niedo­wiarstwo pozostawiło bolesne śla­dy swej nienawiści do wszystkie­go co przypominało Boga i Jego zbawczą miłość. Odbudowana kaplica św. Barbary jest dowodem na to, że czasy te odchodzą, należą do przeszłości. Rany zadane kościoło­wi w minionych dziesięcioleciach i wszystkiemu co uważamy za świę­te, dziś leczy wiara i troskliwa opie­ka ludzi, którzy dochowali wierno­ści Bogu.

Niech ta kaplica będzie jeszcze jednym znakiem zwycięstwa miło­ści nad nienawiścią, pragnienia bu­dowania, a nie niszczenia, zwycię­stwa życia nad śmiercią!>

Na zakończenie Mszy św. ks. Józef podziękował wszystkim, którzy przyczynili się do odnowienia świątyni.

(opr. AK)