Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Refleksje pozjazdowe, wspomnienia

 

Na Zjazd Lidzian wybrałem się po raz pierwszy. Urodziłem się w Wilnie, z Lidy pochodzi moja żona Jadwiga. Nasza podróż miała dwa wątki: lidzki oraz 2 dniowy wyjazd na wschód, aż do Połocka, w poszukiwaniu naszych korzeni.

W gościnność Lidzian nie wątpiłem. Zostaliśmy przyjęci serdecznie, po staropolsku, chlebem i solą. Z przyjemnością dowiadywałem się o osiągnięciach Polaków w krzewieniu języka i kultury polskiej, pomimo bardzo skromnych środków materialnych, braku sprzętu dydaktycznego, który w Polsce jest sprawą normalną. Najbardziej wzruszały dzieci recytujące po polsku. Byłem instruktorem harcerskim, naturalnie, więc poszedłem na spotkanie z harcerkami. Miło było stwierdzić, że duch harcerski i metody wychowawcze są wszędzie takie same. Wspólnie śpiewane piosenki harcerskie miały tu jednak szczególną wagę.

Dużym przeżyciem dla mnie była obserwacja zachowania Lidzian, przybyłych tu po wielu latach. O! Tu mieszkałem, a tu jest dom mojej cioci, a tu był ... Lały się łzy wzruszenia, radości ze spotkań krewnych i przyjaciół, smutku po tym, czego już nie ma.

Szukanie własnych korzeni, miejsc wiecznego spoczynku Przodków, to szczególne przeżycia. Rodzice, którzy opuścili Ojcowiznę nie z własnej woli, stworzyli legendę o ukochanych miejscach. W mojej wyobraźni były to miejsca bardzo odległe, nierealne, utracone na zawsze. Teraz okazało się, że są one w zasięgu moich możliwości, że mogę je znaleźć, spotkać ludzi, którzy znali moich rodziców, dziadków i serdecznie ich wspominają. Widać "polskie pany" żyły w zgodzie z otoczeniem, nie robiły mu krzywdy, jak to usiłowała nam wmówić sowiecka propaganda, a wprost przeciwnie. Spotkałem ludzi, którzy z rozrzewnieniem wspominali, jak mój dziadek ich leczył. Inny wspominał, że woził doktora a jego siostra służyła we dworze i była zaprzyjaźniona z córkami doktora, a moimi ciotkami. Kuzyn mojej żony znalazł dom, w rejonie Dzisny, budowany własnoręcznie przez swego ojca. Mieszkający tam obecnie Białorusini byli z ojcem zaprzyjaź nieni i przyjmowali nas ze łzami wzruszenia, jak własna rodzinę.

Zobaczyłem Białoruś zupełnie inną niż ją sobie przedtem wyobrażałem. Wszyscy spotkani ludzie byli nam bardzo życzliwi. Ulice spokojne, nie widziałem żadnego pijanego człowieka, żadnych awantur, o co w Polsce nie trudno. Miłym zaskoczeniem było dobre współżycie wielu narodowości i religii. Polacy, Białorusini, Litwini, Żydzi i Tatarzy - wszyscy witali nas serdecznie w swojej ukochanej Lidzie i zapraszali na przyszłość. Słowa

Wa imia Ojca i Syna, to nasza malitwa

Tak jak Trójca nam jadyny Polsza, Ruś i Litwa

recytowane przez Irenę Kołyszko miały tu szczególne znaczenie.

Jestem bardzo wdzięczny Towarzystwu Kultury Polskiej Ziemi Lidzkiej za zorganizowanie zjazdu, dzięki któremu mogłem doznać tylu wspaniałych przeżyć i pomodlić się w miejscu wiecznego spoczynku swych Przodków. Jeśli Bóg pozwoli na następny Zjazd Lidzian przyjadę na pewno.

Andrzej Kopeć, Gdańsk


 

Szanowny Panie Aleksandrze

Przede wszystkim dziękuję za goszczenie mnie z siostrą w domu pana Mamy. Dziękuję również za podarowane nam egzemplarze "Ziemia Lidzka", które z ciekawością przeczytałem i przyszły mi wspomnienia z lat dziecinnych. W szczególności chcę tu nawiązać do artykułu w "ZŁ" nr 1/41, autorem którego jest Pan Kazimierz Krajewski pt. "VI batalion 77 PPAK". Otóż w tym czasie mieszkałem wraz z rodziną w majątku Żemłosław gdzie ojczym mój był kierownikiem gorzelni. Wypadki podane w tym artykule stanęły mi przed oczyma. Pamiętam jak partyzanci zabrali dość duży transport spirytusu, następnie pamiętam jak rozbroili posterunek policji. Nie zgadza mi się stwierdzenie "Rozbrojono 4 zarządców". Wg mojej pamięci był tylko jeden zarządca majątku Pan Stasiewicz. Dowódcą tego posterunku był oficer niemiecki Porucznik o nazwisku Paul Szpiler, pochodzący prawdopodobnie ze Śląska. Mówił trochę po polsku. Posterunek mieścił się w pałacu Umiastowskich na I piętrze. Zarządca majątku Pan Stasiewicz z rodziną mieszkali na parterze w prawej części pałacu. Jeśli chodzi o rozbrojenie, to wyglądało to tak : podoficer "czarnej policji" jak myśmy ich nazywali poszedł na urlop czy też zdezerterował z bronią, tego nie pamiętam, a wrócił z partyzantami. Rozbrojenie odbyło się bez jednego strzału. Wszyscy policjanci poszli razem z partyzantami. Na drugi lub na trzeci dzień przyszedł do nas w/w Paul Szpiler z wielkim żalem, że jego "chlopcików zabrali wais bandytki".

W jakiś czas później, tego nie pamiętam, Niemcy wysłali go na front wschodni. Jakie były jego dalsze losy tego nie wiem. Nadmienić tu trzeba, że Niemiec ten był dobrym człowiekiem. Pewnego razu, nie pamiętam kiedy to było, czy przed, czy też po rozbrojeniu posterunku, przyszedł do nas i mówi "Tatuś ty uciekaj bo będziesz aresztowany. Ja przyjdę z innymi Niemcami i zrobię rewizję". Faktycznie przyszedł na drugi albo na trzeci dzień, pozaglądał do szafy, poszperał w bieliźnie i nic podejrzanego nie znaleźli. Ojczym mój dostał się wówczas do Juraciszek, a następnie pociągiem do Lidy. Z Lidy poszedł do swojego brata, który mieszkał we wsi Mejry. Z tego też okresu wiąże się moja przygoda w partyzantce. Miałem wówczas 11 lat i zapoznałem się z partyzantami, którzy przyjeżdżali dosyć często do Żemłosławia, a w tym wypadku do warsztatu stolarskiego, który mieścił się bliski gorzelni. Byli to chłopcy bardzo młodzi 18-20-letni. Ja z nimi pojechałem tam, gdzie oni stacjonowali. Pamiętam, że w nocy pojechaliśmy furmanką, którą ja powoziłem do Subotnik na pogrzeb partyzanta, prawdopodobnie oficera, który został zastrzelony w czasie akcji na torach kolejowych. Pogrzeb odbył się w nocy, gdyż w Subotnikach był posterunek niemiecki. Niemcy w nocy siedzieli jak trusie. Na drugi dzień rano ja jeszcze spałem w stodole, przyszła moja mama i mnie zabrała. Kończę i jeszcze raz dziękuję za umożliwienie nam zobaczenia naszych rodzinnych stron.

Ponadto chciałbym zaprenumerować "ZŁ". Proszę o podanie warunków względnie konta, na które mógłbym wpłacić pieniądze za prenumeratę.

Mirosław Paprzycł

 

 


 

 

Swoje wspomnienia o Lidzie zawsze kojarzę najpierw z koszarami 77 pp. gdzie spędziłam 8 pierwszych lat życia. Stare bloki usytuowane wśród krzewów jaśminu i bzu - to część mieszkalna rodzin wojskowych ... za płotem rozciągały się tereny wojska - 77 pułku piechoty i 19 pułku artylerii lekkiej. Nie wiem dlaczego, ale do dzisiaj słyszę wieczorem pieśń "Wszystkie nasze dzienne sprawy" rozlegającą się z aresztu dla żołnierzy - chyba dlatego, że był najbliżej usytuowany bloków mieszkalnych. Nieprzyjemnym wspomnieniem z dzieciństwa był duży wypchany niedźwiedź stojący przy kasynie oficerskim, którego bałam się potwornie. Przechodząc tamtędy zaciskałam oczy i przyśpieszonym krokiem starałam się groźnie wyglądającą bestię.

W tych koszarach w stopniu starszego ogniomistrza służył mój ojciec - Marceli Szyca oraz wujek Władysław Rytczak. Ojciec mojej mamy Władysław Plisew, również zawodowy żołnierz z Nowowilejki odchodząc na emeryturę w pożegnalnym słowie powiedział, że więzi z wojskiem nie zerwał, ponieważ zostawia armii dwóch zięciów.

Z koszar wędrowałam codziennie do szkoły nr 1 gdzie moją wychowawczynią była ogólnie szanowana pani Kornetowa. Tak było do wybuchu wojny. Ojca odchodzącego na front nie mogłyśmy z mamą pożegnać, ponieważ tuż przed wybuchem wojny został przeniesiony do Stryja do I pułku artylerii zmotoryzowanej. Mama przygotowywała cały nasz dobytek do przeprowadzki do Stryja, kiedy rozeszła się wieść o wybuchu wojny. Rodziny wojskowe opuściły koszary a wtargnęły bandy złodziei grabiąc wszystko co się dało z magazynów wojskowych i mieszkań prywatnych. Od ojca pierwsze wiadomości nadeszły z niewoli niemieckiej.

Cały czas do wyjazdu z Lidy zamieszkiwaliśmy na ul. Skorupki u pp. Bohdziewiczów bądź u pp. Pujdaków. Ta część miasta jest mi najbliższa. Nie wiem jak to się stało, że uniknęliśmy wywózki na Sybir. Może kobiety samotne z małymi dziećmi były wyznaczane na późniejszy termin, w każdym razie jako rodzina wojskowa, mama była na taką ewentualność przygotowana i w kącie mieszkania stały przygotowane tobołki z zapasem żywności i zmianą odzieży. Mama podjęła pracę w "cechu pierożkowym", gdzie już na 6.00 rano musiały być gorące pierożki, zatem do pracy wychodziła o 4 rano. Ja i siostra (9 i 6 lat) pozostawałyśmy w domu same na cały długi dzień. Musiałyśmy sobie radzić z posiłkami , które mama przygotowywała poprzedniego dnia wieczorem, z ubieraniem się, z odrabianiem lekcji i opieką nad mieszkaniem. Mama otrzymała zezwolenie, że raz dziennie możemy przyjść do jej zakładu aby zjeść po 1 gorącym pierożku. Nieraz wpadałyśmy częściej jakby to był zawsze ten pierwszy raz. Pierożki były pyszne, gorące, pachnące gorącym olejem, nadziewane farszem mięsnym, kapuścianym bądź marmoladą.

Wybuch wojny niemiecko-sowieckiej wszyscy dorośli przyjęli z radością. Skończyła się wywózka na Sybir. Co będzie dalej nikt nie mógł przewidzieć. Wrócił ojciec z niewoli, podjął pracę, mama zajęła się handlem miasto-wieś. Z siostrą uczęszczałam do szkoły białoruskiej mieszczącej się na ulicy Falkowskiego. W tym czasie zaczęły powstawać komplety tajnego nauczania. Rodzice niezwłocznie posłali nas do panny Jodkówny, która współpracowała z drugą nauczycielką, której nazwiska nie pamiętam, na imię miała Wanda. Materiał szkoły podstawowej przerabiało się u panny Jodkówny, natomiast program szkoły średniej panie dzieliły między sobą - pani Wanda przedmioty humanistyczne, p. Jodkówna - ścisłe. Za naukę płaciło się tłuszczem lub gotówką równoważną 1 kg masła lub słoniny. Jakże często zjadłoby się kromkę chleba z pachnącą słoniną, którą niosło się "pod pazuchą" za naukę w czasie minionego miesiąca. Dla bezpieczeństwa nosiłyśmy w rękach kłębki nici i druty lub szydełka dla dziergania, aby w razie kontroli powiedzieć, że idziemy na naukę robót ręcznych. Dla bezpieczeństwa do mieszkań nauczycielek nie mogłyśmy przyjść ani minuty wcześniej ani minuty później. Panie bardzo rygorystycznie przestrzegały tego nakazu. Nie zawsze było to dla nas zrozumiałe.

Bombardowanie miasta odbywało się zawsze nad ranem. Z tego powodu odbywaliśmy codzienne marsze do okolicznych wsi aby spędzić tam noc i rano wrócić do domu i podjąć codzienne obowiązki. My mieliśmy znajomych w Dajnowie. Jeżeli dobrze pamiętam było to około 7 km Jak na dzieci 14 km dziennie było wielkim wysiłkiem. Później zamieniliśmy Dajnowę na Smugi. Tam mieliśmy znajomą rodzinę - również wojskową - która dawała schronienie dla wielu Lidzian. Któregoś majowego dnia po powrocie ze Srugów przeżyliśmy szok. Tego dnia od wczesnych godzin rannych do późnych popołudniowych kolumny Żydów maszerowały za koszary na strzelnicę wojskową aby tam pozostać na zawsze. Wszyscy Lidzianie pamiętają ten straszny majowy dzień. Ulica Syrokomli powinna nosić nazwę Alei Pamięci. Tędy na śmierć przeszło jednego dnia około 5 tysięcy ludzkich istnień. Jako dziecko tego dnia zobaczyłam po raz pierwszy zwłoki rozstrzelanych ludzi, którzy starali się ratować się ucieczką. Nic nie jest w stanie wymazać tego obrazu z pamięci. Przed Żydami tę trasę przeszli Cyganie, ale w mniej licznej grupie.

Pamiętam równie, że w pewnym ... w naszym domu zjawił się niemiecki młody żołnierz pachnący charakterystycznym szpitalnym zapachem. Nazywał się Bogusław Klaser i nosił grube szkła okularów. Był sanitariuszem w pobliskiej "garnizonówce" (szpital wojskowy). Był Słowakiem i nienawidził swego ojczyma. Później już wiedziałam, że ojczym - Niemiec sprawił iż Bogusia (tak go nazywaliśmy) zabrano do niemieckiego wojska i zły wzrok był wynikiem wkrapianych kropli do oczu aby nie iść na front. Jako sanitariusz miał dostęp do lekarstw, środków opatrunkowych, koców, prześcieradeł, i innego bogactwa szpitalnego. Widziałam jak często paczki przynoszone do nas przez Bogusia wywożono później na wieś. A później już wiedziałam jak cennym majątkiem dla rannych żołnierzy oddziałów AK była zawartość tych paczek. Tak trwało kilkanaście miesięcy aż Boguś mimo złego wzroku został jednak wysłany na front.

Jest letni wczesny poranek. Mama wysyła mnie i siostrę pod opieką znajomej gdzieś na wieś pod Żołudkiem, gdzie stacjonuje oddział Ragnera aby odwiedzić ojca., który już wówczas był na stale w oddziale łączności. Znajoma miała w tym oddziale syna. Przeżycie niesamowite. W Lidzie Niemcy, a tutaj ... niedaleko wojsko polskie umundurowane, uzbrojone, poruszające się z pełną swobodą. Na komendę oddział formuje się do wymarszu na niedzielną Mszę św. do pobliskiego kościoła. Wchodzą do kościoła dwójkami z pewnością siebie. Duma rozsadzała moją dziewczęcą pierś, że tu, wśród tych żołnierzy jest mój ojciec. Bardzo żałowałam wówczas, że jestem dziewczyną, bo chłopcy w moim wieku byli już żołnierzami. Dziewcząt w tym wieku nie przyjmowano. Pociąg powrotny z Żołudka miałyśmy na jutro rano. Zezwolono nam przenocować na kwaterze. Przed odjazdem poczęstowano nas żołnierskim śniadaniem. Smak tego śniadania zostanie mi do końca życia w pamięci. Dwie kromki czarnego razowego chleba ze świeżym masłem i dwa jajka gotowane na miękko. Niezwykłość tego śniadania polegała na tym, że to było śniadanie z partyzanckiej kuchni. Wyruszyłyśmy w drogę powrotną, ale na stacji w Żołudku dowiedziałyśmy się, że pociągu nie będzie, ponieważ oddział partyzancki wysadził w powietrze transport niemiecki i tory są zniszczone. Do Lidy wracaliśmy piechotą. Dotarliśmy resztkami sił nieludzko zmęczenie, ale szczęśliwi, że widzieliśmy ojca i ... wojsko polskie. Następny raz ojca spotkałyśmy, kiedy uciekając przed bombardowaniem i przed ... oddziałem własowców dotarliśmy nad Dzitwę. Tutaj drogą na rozległym polu szła długa kolumna żołnierzy. Byli w różnych mundurach. Najpierw wystraszone kobiety wpadły w panikę, później okazało się, że to oddział partyzancki manewruje pod Wilno. Wśród oddziału łączności był nasz ojciec. Pożegnaliśmy się i długo patrzyłyśmy za oddalającym się oddziałem. Później już ojciec wynędzniały, wychudzony, w odartym ruskim szynelu wrócił z Kaługi. Rodzina nie rokowała nadziei, że będzie żył. Mama odkarmiła go ... i stopniowo, stopniowo wrócił do sił na tyle, aby uciec przed ponownym aresztowaniem. Udało się. Takich jak ojciec było przecież setki. W Białymstoku wstąpił do II Armii Wojska Polskiego i z nią ... do Drezna. Z wolności cieszył się krótko. W lutym 1947 r. zmarł na zawał serca. Został pochowany w mundurze, który tak bardzo ukochał. Miał 46 lat. Spoczywa w Policach. Akt zgonu nosi numer 1.

Kochaliśmy Lidę, nie chcieliśmy jej opuszczać, ale Polska była wartością nadrzędną. Jechaliśmy do Niej z nadzieją, że za kilka miesięcy będziemy wracać z powrotem. Dalecy byliśmy w swoim rozumowaniu od machinacji politycznych.

Z Lidy wyjechaliśmy w maju 1946 r. w wagonach towarowych radośnie udekorowanych polskimi flagami. W naszym wagonie było pięć rodzin wojskowych - same kobiety z dziećmi. Nie muszę pisać jako radość sprawiało nam wszystko co polskie. W Olsztynie podcięto nam skrzydła: na dworcu głównym wisiał ogromny portret Stalina. Zdawało się to wówczas jakimś nieporozumieniem. Późniejsze życie dostarczyło nam mnóstwo innych niespodzianek, ale wówczas ważne dla nas było to, że jesteśmy w już w Polsce.

Irena Szyca