Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

"Jednak szok"

 

Pani Anna Grotkowska jest młodą dziewczyną, absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego, która przyjechała z Polski, żeby poświęcić 2 lata swego życia dla rozwoju kultury i języka polskiego w Lidzie. Przez 2 lata uczyła dzieci i młodzież języka polskiego przy Centrum Twórczości Dzieci i Młodzieży w Lidzie.

 

Jak się stało, że Pani znalazła się w Lidzie?

Wydawać się mogło, że trafiłam tu przypadkowo, ale chyba tak nie jest, jeśli się wierzy, że wszystko, co spotka człowieka w życiu ma jakiś sens. Miałam znaleźć się w zupełnie innej stronie świata bawiąc cudze dzieci. Nie wyszło. Nadszedł czas w moim życiu, kiedy w końcu trzeba było wyjść spod opiekuńczych skrzydeł rodziców i zrobić coś samodzielnego, żyć naprawdę na własny koszt. Po studiach przez dwa lata pracowałam w szkole średniej, z której musiałam zrezygnować ze względu na nieporównywalnie niskie zarobki z ilością wysiłku, jaki wkładałam i co robiłam. Pewnego dnia przeglądałam "Gazetę Wyborczą", gdzie znalazłam artykuł o CODN-ie i o nauczycielach, którzy wyjeżdżają do pracy na Wschód. Pomyślałam sobie - uczyć umiem, mogłabym zdobyć nowe doświadczenia i zobaczyć prawdziwe życie, o którym nie miałam do tej pory żadnego pojęcia. No i tak w ciągu 10 dni zebrałam wszystkie niezbędne dokumenty i nawet nie zdążyłam dobrze się zastanowić, a już znalazłam się w Lidzie.

Jak wyobrażają sobie Polacy Białoruś?

Wiele osób w Polsce nie rozumie jak można chcieć przyjechać dobrowolnie do pracy właśnie do tego kraju. Polacy mają stereotypowe wyobrażenie o Białorusi, w którym choć jest nieco prawdy, dużo jest przesady. Najgorzej jest z przyjechaniem tutaj, bo wszyscy sądzą, że to państwo milicyjne. Może w jakimś sensie tak i jest, ale do przeciętnego turysty tutejsi straże prawa nic nie mają, nie wyłudzają łapówek, jak głoszą mity, a ilość mundurów jest elementem białoruskiego krajobrazu.

Wiele jest takich mitów. Niektórym wydaje się, że jest tu aż taka bieda, że aż piszczy i robią ze mnie męczennicę albo siłaczkę na miarę Stasi Bozowskiej z noweli Stefana Żeromskiego. No i jeszcze te plotki o prześladowaniu Polaków, nie tyle kreowane przez polską telewizję co przez wypowiedzi prezydenta Białorusi.

Jakie było pierwsze wrażenie po przekroczeniu granicy polsko-białoruskiej?

Jednak szok. Nigdy wcześniej nie byłam po tej stronie Europy. W ogóle rzadko wyjeżdżałam zagranicę, ale tam, gdzie byłam wcześniej było lepiej niż w Polsce, a teraz...

Gdy wysiadłam rano z pociągu, a potem czekałam na autobus do Lidy od razu zobaczyłam dużo, jak mi się wtedy wydało smutnych ludzi, wśród których dużą część stanowili pijani mężczyźni, ale nie wiem co sprawiło, że ten smutek wydawał mi się wszechobecny. Brak kolorów - to kolejny rzucający się w oczy element białoruskiego krajobrazu miast i dróg do nich prowadzących, wszechobecna szarość przemieszana z podupadłymi, czasem sypiącymi się budynkami i chodnikami pełnymi dziur. Sprawia to ogólne wrażenie bałaganu. Jeszcze przykuło moją uwagę to, że na budynkach mało plakatów, ogłoszeń, reklamowych bilbordów. Są gdzieniegdzie hasła w rodzaju: "Szanuj swoje miasto" czy przestrzegające przed AIDS ale w tak wyszarzałych kolorach, że aż zlewają się z tłem budynku i sprawiają przygnębiające wrażenie ogólne.

Mimo tego wszystkiego miasta są czyste, na ulicach nie ma śmieci, papierów, reklamówek...

Znalazła się Pani w białoruskiej rzeczywistości...

Były takie chwile, kiedy zastanawiałam się, co ja tu robię. Pamiętam jeden jesienny dzień w Lidzie, kiedy szłam po coś na rynek przy Domu Byta i to co zobaczyłam na moment wytrąciło mnie z równowagi. Ujrzałam mianowicie milicjanta prowadzącego za ucho, dosłownie za ucho, jak sądzę przestępcę, jakiegoś może 17-letniego chłopaka. Pokazywał wszystkim sprzedawcom, że to ten niedobry, żeby uważali, bo kradnie... nie wiem, po co to robił, zamiast zabrać go i zamknąć. Wokół panowała cisza. Ja ich wyminęłam i poszłam dalej, ale poczułam się przez moment jak w innym świecie.

Spotkałam tutaj rzeczywistość, którą znałam tylko z filmów - mleko w butelkach, papierosy, sprzedawane na sztuki (sama nie palę, ale to zauważyłam), alkohol w cenie 2 butelek coca-coli i dużo innych rzeczy.

Początki są zawsze trudne.

Rzeczywiście muszę przyznać, że na początku było trudno, ale przez nie przeszłam - myślę - zwycięsko. Najgorzej było z pieniędzmi. W ogóle nie mogłam się w nich połapać, a tu akurat wtedy, jesienią była denominacja i problem stanowiły dla mnie nie tylko białoruskie "podwójne" banknoty, ale także przelicznik dolarowy. Zajęło mi to trochę czasu, a zanim się zdążyłam zorientować o co chodzi - wycofali już jeden rodzaj pieniędzy.

Kolejny problem na początku stanowił język, bo choć rosyjskiego uczyłam się przez 8 lat w szkole, to nie tylko nie potrafiłam mówić, ale nie rozumiałam, co dziś z kolei wydaje się niesamowicie śmieszne.

Na szczęście w przezwyciężaniu tych wszystkich trudności pomagali mi tutejsi ludzie, między innymi Pani Janiny Maciuk, bez których to pomocy zapewne byłoby mi dużo trudniej.

 

Rozmawiała Irena Dowlaszewicz

 

Od redakcji: Niestety w czerwcu br. pani Ania wróciła do rodzimego Łochowa. Dziękujemy za serce, które włożyła w pracę z naszymi dziećmi, za pomoc w redagowaniu naszego pisma. Drzwi nasze są zawsze dla niej otwarte.