Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

ZAPISKI O OJCU

Doctor medicinae universae Witold Stasiewicz (1900 - 1975)

 

Jan Stasiewicz

 

Informacja o autorze: prof. dr hab. Jan Stasiewicz, syn Witolda Stasiewicza, urodzony w Lidzie w 1936 roku, jest ordynatorem III Oddzialu Chorób Wewnętrznych i Gastroenterologii Szpitala Wojewódzkiego im. Jędrzeja Śniadeckiego w Białymstoku oraz profesorem w Akademii Medycznej w Białymstoku; pełni funkcję przewodniczącego Okręgowej Rady Lekarskiej w Białymstoku i członka Naczelnej Rady Lekarskiej w Warszawie.

 

Ojca wspominam często, a nawet bardzo często. Mieszkaliśmy wspólnie przez 39 lat, po Nim "odziedziczyłem" zawód i biurko Witold Stasiewicz - Lida 1938 r.w domowym gabinecie. Biurko służyło Ojcu jeszcze przed wojną i przebyło razem z nami drogę repatriacji. W ostatnich dniach marca 1945 roku zostaliśmy, wraz z biurkiem, wyrzuceni z towarowego wagonu, którym jechaliśmy z Lidy do Krakowa. Wagon stał się nagle potrzebny "dla celów wojennych", wskutek czego przez dwie doby koczowaliśmy na białostockim peronie. Okazało się, że przedwojenna politura biurka przetrzymała i taką próbę. W ten oto przypadkowy sposób rodzina nasza pozostała na stałe w Białymstoku. Początkowo miał to być tylko przystanek przed dalszą wędrówką do Kra­kowa; czekało tam na nas mieszkanie. Jednak już po kilku godzinach pobytu w Białymstoku Ojciec odnalazł przyjaciół z lat uniwersyteckich, wpadł też wkrótce w wir pracy i o dalszej podróży mówiliśmy coraz rza­dziej.

O Ojcu często też myślę. W moich wyobrażeniach stał się trudnym do naśladowania wzorem, być może wyidealizowanym, łączenia niezachwia­nych zasad uczciwości z koniecznością codziennych kompromisów, tole­rancją i ogromną życzliwością do otoczenia. Cechy charakteru dziedziczy­my z genami, jednak dopiero okoliczności, które stwarza życie, tworzą ostateczny kształt osoby. Na osobowość mojego Ojca, doświadczenia zdo­bywane w ciągu życia musiały mieć wpływ zasadniczy.

 

Morgi

 

W większości kresowych polskich rodzin, patriotyzm i religia były zawsze tak oczywiste, że na co dzień nie wypadało nawet o nich mówić. Te wartości wyniósł też Ojciec z rodzinnego domu na Morgach w Lidzie. Dziadkowie, z szóstką dzieci, byli lidzkimi gospodarzami. Mieli sporo hektarów, wśród nich dominowały jednak podmokłe łąki nad Dzitwą, dopływem Niemna. Ojciec wielokrotnie opowiadał o wyjazdach po siano. Były to konne wyprawy gospodarzy i parobków, z zapasami żywności na kilkanaście dni, w czasie których koszono i suszono trawę, ustawiano stogi, a po części przywożono siano do Lidy. W gospodarstwie dziadków nie było dobrobytu, panował jednak ustalony porządek oparty o codzienną systematyczną pracę. Głos dominujący miała chyba babcia Stefania. Ona też była zawsze za kształceniem dzieci, nawet kosztem sprzedawanych od czasu do czasu hektarów.

Niezwykle ważnym epizodem w życiu Ojca był wyjazd w 1914 roku do Jarosławia, w głąb Rosji, nad Wołgę. Wyjechał tam pod opieką starszego brata Bolesława, kapitana w służbie rosyjskiej. Wybuch wojny spowodował, że Bolesław musiał wkrótce ruszyć na front walczyć z Niemcami, a później bolszewikami, zaś 14-letni wówczas Witold pozostał zupełnie sam w Jaro­sławiu. Nastąpiła wtedy, trwająca przez cztery lata, niełatwa próba chara­kteru i zaradności.

Pozostawione przez Bolesława ruble wyczerpały się szybko i czternasto­latek musiał zarabiać na życie. Znalazł pracę "przepisywacza" na kolei. Mieszkał przy rodzinie kolejarskiej, płacił za mieszkanie i wyżywienie. Równocześnie chodził do gimnazjum; ukończył je około 1918 roku, zdo­bywając rosyjską maturę. A osiągnął to podczas wojny, w czasie jednej z najbardziej krwawych rewolucji, sam w centrum rozpadającego się imperium.

Do Lidy, na Morgi, Ojciec wrócił po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. Pomagał w gospodarstwie i szykował się do dalszej nauki. Rosyjska matura stwarzała duże trudności w rozpoczęciu studiów uniwersyteckich. Zainteresowania wahały się między historią i biologią. Ideę kształcenia popierała babcia Stefania, zaś dziadek Franciszek chętnej widziałby Wi­tolda jako gospodarza na Morgach. Rozstrzygnięcie przyniósł rok 1920.

Była to następna próba i dalsze zdobywanie doświadczeń. Bez wahania, Ojciec "wytargował" z domu konia i jako ochotnik zaciągnął się do uła­nów. Zachowała się książeczka wojskowa ułana Witolda Stasiewicza z wpisanym szlakiem bojowym 5 pułku strzelców konnych: Warszawa-Modlin-Płońsk-Mława-Ciechanów-Chełm-Kowel-Janów Poleski-Pińsk-Kamieniec-Łuck-Kolki. Ojciec wspominał później szarże na wroga; narzekał, że jako syn gospodarski dobrze obeznany z końmi, nierzadko był pozostawia­ny, by je pilnować, podczas gdy koledzy ze szwadronu zamieniali się w piechotę i walczyli. Po wojnie wystąpił z wojska i jako były ochotnik - z maturą mógł być w pierwszej kolejności przyjęty na Uniwersytet Stefana Batorego w Wilnie.

Egzamin wstępny polegał na dwukrotnej rozmowie z ówczesnym rekto­rem Uniwersytetu, profesorem Michałem Siedleckim. W czasie pierwsze­go spotkania Jego Magnificencja szybko zorientował się, że głównym problemem u rosyjskiego maturzysty będzie język polski i rodzima histo­ria, stąd też polecił do przeczytania listę ponad 50 książek, głównie pol­skiej klasyki. Drugie spotkanie - to następna lista kilkudziesięciu dzieł, ale też i decyzja, że może już od nowego roku akademickiego rozpocząć naukę na wydziale botaniki. Po pierwszym semestrze Ojciec przeniósł się na wydział lekarski.

Studia przebiegały gładko. Były trudności pieniężne, bowiem pomoc z domu na Morgach nie mogła być wystarczająca. Ojciec musiał więc zarabiać. Wspominał o jednej skutecznej metodzie zarobkowania. Był mianowicie "zaufanym" kurierem lidzkich jubilerów, głównie pochodzenia żydo­wskiego, którym przewoził złoto i wyroby jubilerskie na trasie Lida-Wilno-Lida. Dzięki otrzymywanym prowizjom mógł wynajmować w Wilnie mieszkanie i jadać obiady, często nawet w restauracji Sztrala. Później, od czwartego roku, pracował jako młodszy asystent w Klinice Psychiatrii u profesora Rafała Radziwiłłowicza. Wtedy miał już mieszkanie przy klinice, na Letniej. Tak się złożyło, że po opuszczeniu przez Ojca kliniki, to samo mieszkanie przy Letniej, zajmował po kilku latach mój późniejszy Teść, profesor Zygmunt Kanigowski. Obaj z Ojcem ustalili ten fakt dopie­ro po wielu latach, już w Białymstoku.

Pod kierunkiem profesora Radziwiłłowicza Ojciec napisał pracę do­ktorską, której tytuł brzmiał: "Zabobon na Litwie". Codzienny kontakt z wielkim lekarzem, jakim był Rafał Radziwiłłowicz, wywarł duży wpływ na Ojca, zaś kilkuletnia praca w klinice pozwoliła mu patrzeć na ludzi z charakterystycznym dla psychiatrów dystansem i wyrozumiałością. Wkrótce po dyplomie Ojciec zrezygnował z pracy w klinice, wyjechał z Wilna i objął stanowisko lekarza powiatowego w Mołodecznie. Powo­dem była być może śmierć profesora Radziwiłłowicza, który zmarł nagle w dorożce jadąc do kliniki. W tym też czasie Ojciec ożenił się, posada zaś lekarza powiatowego w porównaniu z asystenturą stanowiła zasadniczą zmianę w sytuacji materialnej.

Mołodeczno było krótkim epizodem uczenia się medycyny praktycznej. Po dwu latach Ojciec urzędował już jako lekarz powiatowy w rodzinnej Lidzie. W tym czasie pracował niesłychanie ciężko. Poza stanowiskiem w starostwie, związanym z ciągłymi jazdami do miasteczek i wsi powiatu, był lekarzem ogólnie praktykującym, a więc zatrudnionym w ubezpieczalni, w sejmiku samorządowym, w poradni dla pracowników państwowych. Oczywiście, przyjmował też chorych w gabinecie prywatnym. W dodatku był lekarzem sądowym, wykonywał sekcje sądowe - przeszedł w tym zakre­sie przeszkolenie w Warszawie.

Pamiętam wyposażenie torby lekarskiej Ojca, które dziwnym trafem przetrwało wojnę. Wśród narzędzi, poza słuchawkami i aparatem rtęciowym do mierzenia ciśnienia krwi, były tam wzierniki do nosa i uszu, przyrząd do odwracania powiek, młotek neurologiczny, lusterko laryn­gologiczne, palnik na spirytus, skalpele, imadło chirurgiczne, igły i nici, gruszka do lewatyw, kleszcze położnicze, a nawet nożyce do cięcia gipsu. Z tym ekwipunkiem, ubrany w zimie w kożuch, walonki i burkę, musiał często w nocy jechać saniami nawet i 50 kilometrów do chorego na wsi. W dzień przyjmował pacjentów prywatnych od piątej po południu, zwykle do dziesiątej wieczorem. W ciągu pięciu lat mieli więc Rodzice już dwa domy w Lidzie; jeden przetrwał wojnę służąc na "dom dla generalskich wdów" w czasach republiki radzieckiej. Kupili też samochód, ośmioosobowego Fiata. W związku z tym Ojciec zatrudnił szofera. Nigdy jednak nie był zwolennikiem motoryzacji, do chorych nadal jeździł dorożką lub sania­mi. Samochód służył wycieczkom za miasto, najczęściej nad jezioro w Zalesiu.

 

Wojna

 

W czasie pierwszej okupacji sowieckiej, zajęcia Ojca niewiele różniły się od przedwojennych. Doskonała znajomość języka rosyjskiego ułatwiała życie. Część naszego domu zajął wówczas major z pobliskiego lotniska, wraz z rodziną. Okazało się, że poglądy teściowej majora są dalekie od oficjalnych, zaś pod nieobecność zięcia często wymykała się do cerkwi lub nawet do kościoła.

Stale jednak istniało zagrożenie "wywózką" na wschód, byliśmy bowiem na liście do wywiezienia. Tylko zapotrzebowanie na lekarzy w Lidzie odwlekało termin. W czerwcu 1941 roku zostali wywiezieni dziadkowie z Morgów oraz stryj Bolesław z rodziną. W momencie "wywózki" dziadek Franciszek miał już ponad 70 lat i objawy mocznicy. Został też pochowany w Ałtajskim Kraju, natomiast reszta Rodziny wróciła po wojnie do Polski, różnymi drogami. My byliśmy już spakowani, ale ostatnie dni czerwca 1941 roku przyniosły w Lidzie zmianę okupanta.

Przedtem jednak Lida została zbombardowana przez Niemców, spaliła się wówczas prawie cała ulica Suwalska, przy której stał dom babci Pauliny. W tych dniach mieszkaliśmy z Mamą i Siostrą na Suwalskiej, bowiem Rodzice jeszcze obawiali się "wywózki", jak też bombardowań bardziej centralnej dzielnicy, gdzie znajdowało się nasze mieszkanie. Ojciec z ko­nieczności stał się chirurgiem w szpitalu polowym zorganizowanym naprędce w lidzkim gimnazjum. I oto podczas zaopatrywania rannych i poparzonych w czasie wspomnianego bombardowania, przepchał się do Ojca jakiś uczynny lidzianin i bardzo grzecznie poinformował: "niech się Pan Doktor tylko nie denerwuje, ale w mieście mówią, że Pana córka spaliła się na Suwalskiej". O wyjściu ze szpitala nie mogło być mowy, dopiero więc po kilku godzinach Ojciec dowiedział się, że rzeczywiście byliśmy w centrum pożaru, ale szczęśliwie wszyscy zdołaliśmy uciec.

Pierwszy kontakt z Niemcami miał również przebieg dramatyczny. Żołnierze z czołówki Wehrmachtu zatrzymali się w naszym domu przy 11 Listopada i znaleźli w garażu jakieś resztki posowieckiej amunicji. Po jej wykryciu zaczęli już Ojca ustawiać pod ścianą. I gdyby nie obecność wuja Wilhelma, który akurat przebywał u nas i biegle władał językiem niemieckim, doszłoby do tragedii. Wuj zdołał przekonać Niemców, że mieszkali tu sowieccy lotnicy i amunicja pozostała po nich. Dalsze "układy" z Niemca­mi były już lepsze. Ojciec pełnił wówczas obowiązki ordynatora oddziału chorób zakaźnych w lidzkim szpitalu, stwarzało to korzystną pozycję w stosunkach z Niemcami. Znana jest powszechnie ich obawa przed częstym wówczas tyfusem plamistym, jak i brzusznym, oraz innymi chorobami zakaźnymi. Ojciec bywał proszony także do chorych Niemców, o ile zachodziło podejrzenie o lyfus. Jeździł nawet na wyjątkowo ściśle strzeżo­ne lidzkie lotnisko do każdego gorączkującego. Nigdy nie zgadzał się jechać niemieckim samochodem, zawsze udawał się tam swoją dorożką. Chroniło to przed ostrzelaniem przez partyzantów, zarówno "czerwonych", jak i "białych".

Pomocy lekarskiej Ojciec udzielał wszystkim - chłopom z pobliskich i dalszych wiosek (w ramach autentycznej wdzięczności zapewniono nam stałe dostawy masła, jaj, słoniny), ziemianom (z majątku nad Gawią regu­larnie dostarczano nam worek mąki), różnym nieznanym ofiarom wojny wędrującym przez Lidę, oraz wreszcie partyzantom różnych formacji. Z AKowcami nie było problemu. Większość z nich stanowili bliżsi lub dalsi znajomi, osoby mieszkające lub ukrywające się w znajomych domach; właściwie prawie wszyscy Polacy w okolicach Lidy byli mniej lub bardziej związani z AK. W ostatnim roku okupacji coraz częściej nawet w samej Lidzie można było spotkać partyzantów ubranych w przedwojenne woj­skowe mundury. Zdarzało się Ojcu jechać w środku nocy do lasu, zawsze z nieodłączną torbą lekarską. Mniej częste były kontakty z "czerwonymi", ale i one miały miejsce. Polegały zwykle na założeniu opatrunku, zszyciu rany lub też przyjęciu do szpitala, zawsze z rozpoznaniem "tyfus plamisty do obserwacji".

W domu od czasu do czasu nocowali u nas "brodacze". Byli to różni ludzie, przejeżdżający przez Lidę, których należało przenocować i zaopa­trzyć w chleb oraz słoninę przed dalszą drogą. Przychodzili po zmierzchu i wychodzili, gdy jeszcze spaliśmy. Z Siostrą nazwaliśmy ich "brodaczami", bowiem pierwszy z nich miał bujną czarną brodę. Ojciec nigdy nie chciał wiedzieć kim są i dokąd idą. Nasz dom dawał poczucie pewnego bez­pieczeństwa, sąsiadował bowiem z willami zajmowanymi przez Niemców. Ojciec zaś, lekarz od chorób zakaźnych, był przez sąsiadów traktowany ze zrozumiała rezerwą, ale względnie uprzejmie. W ostatnim roku Okupacji wizyty "brodaczy" skończyły się. Zostaliśmy wykwaterowani do małego dwupokojowego mieszkania, w którym bez przerwy wojowaliśmy z kara­luchami.

Przejście frontu przez Lidę w 1944 roku przeczekaliśmy w pobliskiej Tołokowszczyźnie, u kuzyna Kazimierza Sehenia. Ojciec, jeszcze przez miesiąc po przejściu frontu chodził codziennie pieszo ok. 15 km do szpi­tala do Lidy. Po wkroczeniu Sowietów zastaliśmy mieszkanie zajęte, pora­dzono nam, by nie rozmawiać ani o odzyskaniu mieszkania, ani o meblach, bowiem nowy lokator to pracownik NKWD. Na początku 1945 roku Ojciec został aresztowany. Tej samej nocy trafili do więzienia także inni lidzcy lekarze, wśród nich Ojca przyjaciel dr Bolesław Dziczkaniec, póź­niej wieloletni ordynator oddziału chorób wewnętrznych w Grajewie. Powód aresztowania nie był znany, przez kilka tygodni codzienne przesłu­chania i wielokrotne pisanie życiorysu. Dość niespodziewanie Ojciec został zwolniony. Przyczynił się do tego jeden z "brodaczy" nocujących w naszym domu podczas okupacji niemieckiej, zajmujący w tym czasie wysokie stanowisko w Mińsku. Jego interwencja okazała się skuteczna, natomiast dr Dziczkaniec i inni lekarze zostali wywiezieni za Ural. Po wyjściu z więzienia Ojciec natychmiast zgłosił chęć repatriacji. Po dwu tygodniach różnych legalnych i mniej legalnych zabiegów udało się otrzy­mać ćwierć towarowego wagonu w "eszałonie" do Polski i wyjechać w kierunku Krakowa, który miał być stacją docelową.

 

Po wojnie

 

Żołnierze sowieccy, którzy kazali nam wyładować się w ciągu "pół czasa" na białostockim dworcu, zadecydowali w praktyce, gdzie będziemy miesz­kać do końca życia. Padał deszcz. Ojciec ulokował nas we wrakach znisz­czonych samochodów stojących w pobliżu peronu, a sam udał się do miasta. Tu szybko odnalazł kolegów z Uniwersytetu - dr Włodzimierza Zankiewicza oraz dr Jerzego Gołońskiego, szefa Ubezpieczalni. Po paru dniach już pracował, jako lekarz rejonowy i nieco później - kierownik przychodni specjalistycznej w nie istniejącym już budynku przy ulicy Le­gionowej. Dostaliśmy też tymczasowe mieszkanie w sierocińcu przy ulicy Orzeszkowej.

W ten sposób zaczął się dalszy pracowity ciąg życia mego Ojca. Zawsze miał kilka posad, nigdy nie stracił bezpośredniego kontaktu z chorym. Jako lekarz rejonowy jeździł, oczywiście dorożką, na wizyty domowe. Rano przyjmował chorych internistycznych przy Legionowej, były tam zawsze tłumy pacjentów. Po wyjeździe dr Anisimowicza do Gdańska, został lekarzem wojewódzkim (naczelnikiem Wydziału Zdrowia w Urzę­dzie Wojewódzkim). Od tego czasu dwa razy w tygodniu jeździł do miast powiatowych, pomagał od podstaw organizować lecznictwo. Doświadcze­nie lekarza powiatowego sprzed wojny okazało się bezcenne. W dużym województwie, z Suwałkami i Łomżą, Ojciec znał wkrótce wszystkie ośrod­ki zdrowia, przychodnie, jak też położenie każdej sali chorych w szpitalu. Szybko też nie tylko poznał, ale i zaprzyjaźnił się z większością lekarzy w terenie. Równocześnie, by nie zrywać kontaktu z chorymi, kilka razy w tygodniu przyjmował chorych w Fabryce Pluszu jako lekarz fabryczny. Prowadził też praktykę prywatną w domu. Tej formy zarobkowania nie lubił. Pieniądze były jednak bardzo potrzebne, szczególnie że Siostra rozpoczęła właśnie studia na Uniwersytecie Warszawskim, zaś zarobki lekarza wojewódzkiego były śmiesznie niskie.

W tym czasie w białostockim lecznictwie działo się wiele. Prawie w każdym powiecie budowano lub odbudowywano szpitale i przychodnie, zaś entuzjazm garstki lekarzy, którzy przetrwali wojnę, był autentyczny. Działalnością tą zarządzał Wydział Zdrowia, liczący mniej niż 10 osób, łącznie z kierowcami kilku samochodów. Obsadę Wydziału pamiętam dokładnie, bo Ojciec zawsze urządzał w domu imieniny, na które zapraszał wszystkich pracowników. Mieścili się przy jednym stole. Był zawsze zwo­lennikiem nielicznej, ale prężnej administracji. W zarządzaniu wolał me­tody logicznej perswazji, a nie zakazu. Osiągnięto też szereg sukcesów, sieć odbudowanych szpitali i przychodni działała w miarę sprawnie. Dla­tego też pogląd, niekiedy wygłaszany, że przed powstaniem Akademii na Białostocczyźnie była pustynia medyczna, nie jest w pełni prawdziwy i stanowi duże uproszczenie. Liczba pracujących wówczas lekarzy była natomiast prawic 80 razy mniejsza niż obecnie!

Pytanie, kto pierwszy rzucił hasło budowy Akademii Medycznej w Białymstoku chyba nigdy nie znajdzie odpowiedzi. Mogła to być inicja­tywa grupy białostockich lekarzy; rektor Kielanowski w swoich wspomnie­niach nazywa mego Ojca "kreatorem" idei powstania Akademii. Bez wątpienia jednak podstawą przedsięwzięcia było aktywne poparcie tej idei przez ówczesnego ministra zdrowia dr Jerzego Sztachelskiego, białostoczanina z pochodzenia. Akademia mogła powstać dzięki wykazaniu ogromnych potrzeb północno-wchodniej Polski, jak też zaangażowaniu białostockiego środowiska lekarskiego. Później decydujące znaczenie miał entuzjazm pierwszych pracowników dydaktycznych Uczelni. Ojciec całkowicie oddał się budowie Akademii, starał się jak mógł najlepiej pomagać pierwszemu rektorowi AMB, prof. Tadeuszowi Kielanowskiemu. Pierwszy pokoik z szyldem "Akademia Medyczna w Białymstoku" mieścił się w Wojewódzkim Wydziale Zdrowia przy ulicy Mickiewicza, zaś pierwszym "ryczałtowym" pracownikiem administracyjnym, prowadzącym głównie korespondencję, była moja Mama, mgr Maria Stasiewiczowa, absolwentka Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, później wieloletni kustosz Biblioteki Naukowej AMB.

W pierwszych latach działalności Akademii Ojciec kilkakrotnie miał propozycje zmiany pracy, połączone z przejściem do Ministerstwa Zdro­wia. Zawsze dawał grzeczną, aczkolwiek zdecydowaną odmowę, mówiąc z wileńska: "Jestem zaszczycony i zachwycony Pana propozycją, ale jako człowiek przedwojenny, bezpartyjny i odmawiający codziennie pacierz, będę zupełnie nieprzydatny na tym stanowisku". Ojciec nie chciał przeno­sić się z Białegostoku, do którego zdążył przywiązać się. Miał tu licznych przyjaciół, wśród których do najbliższych należeli dr Antoni Tółłóczko, doc. Włodzimierz Zankiewicz; w naszym domu bywali też prof. Witold Sławiński, asystent z botaniki mojej mamy w czasach wileńskich, prof. Tadeusz Kielanowski, prof. Tadeusz Dzierżykraj-Rogalski oraz prof. Ta­deusz Jankowski. Po wielu staraniach udało się Ojcu zwolnić z Wydziału Zdrowia; związał się wówczas z Akademią Medyczną pracując jako ad­iunkt w II Klinice Chorób Wewnętrznych u prof. Jakuba Chlebowskiego. Był jednocześnie zastępcą dyrektora ds. lecznictwa w Wojewódzkim Szpitalu im. Jędrzeja Śniadeckiego. Większość klinik akademickich mieściła się wtedy w tym szpitalu, kierowanym przez doktora, a później docenta Ada­ma Dowgirda, którego Ojciec, wyjątkowo wysoko cenił i lubił, a przed kilku laty namówił do objęcia tego stanowiska. Dzieląc z dyrektorem wspólne biurko, Ojciec zawsze pełnił rolę mediatora w licznych sporach miedzy kierownikami klinik a dyrekcją szpitala. Nawet w sytuacjach pozornie beznadziejnych potrafił zawsze znaleźć kompromis. Ze wszystkimi pozostawał w dobrych stosunkach pomimo odmiennego często stanowi­ska w różnych sprawach konfliktowych.

W czasie pracy w klinice został ekspertem Ministerstwa Zdrowia do spraw organizacji ochrony zdrowia, pełniąc przez parę lat funkcję specja­listy krajowego. Dwa dni w tygodniu przebywał w Warszawie, wykładając na kursach kształcenia podyplomowego i pracując w Gdańsku; województwo gdańskie miało być modelowym. Z tego okresu anegdotycznie brzmi reakcja Ojca na próbę, uhonorowania Go talonem na samochód. Odpo­wiedź Ojca była następująca: "Proszę Pana, dwa razy byłem przed wojną szczęśliwy - kupując i sprzedając samochód, a ponadto - za mało teraz zarabiam, by utrzymać szofera". Po powrocie do domu komentował: "Raz wezmę talon na samochód i już uzależnię się do końca życia".

Łączenie przez dłuższy czas pracy w klinice i szpitalu z prowadzeniem działalności "eksperta" z ciągłymi wyjazdami do Warszawy było niemożli­we. Z tych względów Ojciec skorzystał z propozycji rektora i przystąpił do tworzenia Zakładu Organizacji Ochrony Zdrowia w Akademii. Został mianowany zastępcą profesora oraz kierownikiem Zakładu. Pełnił nadal swoje obowiązki w Szpitalu uważając, że tylko codzienny kontakt z lecz­nictwem upoważnia do zajmowania się zagadnieniami teoretycznymi z zakresu organizacji i zarządzania. Współpracownikami w Zakładzie zostali dr Stanisława Karpińska oraz dr med. Jan Karbowski. Szczególną aktywność wykazywał Ojciec w pierwszych latach istnienia Zakładu. Opracował program szkolenia studentów, który z niewielkimi zmianami został przyjęty także przez inne Akademie Medyczne. Prowadził dydaktykę podyplomową; duża grupa lekarzy w oparciu o Zakład uzyskała specjalizację I i II stopnia z organizacji ochrony zdrowia. Blisko współpracował z analogicznym Zakładem w Warszawie oraz Instytutem Medycyny Wsi w Lublinie, należał do Rady Naukowej Instytutu. Opublikował w tym czasie kilkanaście prac naukowych. Dwie z nich wspólnie z prof. Stanisławem Legeżyńskim.

Z czasem prowadzenie Zakładu stało się rutyną. Czas miał podzielony między Szpitalem, wykładami i ćwiczeniami, wyjazdami na różne posie­dzenia, sympozja, szkolenia. Pamiętam swój egzamin z organizacji ochro­ny zdrowia. Gdy zapytałem Ojca, czy nie muszę zdawać u jednego z asystentów, usłyszałem: "Nie będziemy robić komedii". Zdawałem więc u Ojca razem z dwójką kolegów, otrzymałem czwórkę.

W okresie przedemerytalnym Ojciec wydawał się znużony zajęciami i mniej niż poprzednio pasjonował się pracą. Być może wpływ miało wieloletnie nadciśnienie. Ponadto Ojciec wielokrotnie narzekał na zbyt wielkie upo­litycznienie Uczelni, a także dziedziny, którą reprezentował. Sceptycznie też oceniał coraz większą rzeszę specjalizujących się lekarzy w zakresie organizacji ochrony zdrowia. Uważał, że znaczna część z nich traktuje tę specjalizację instrumentalnie, jako stopień do kariery. Stąd też więcej energii poświęcał zajęciom społecznym, np. prezesował zarządowi Czer­wonego Krzyża, był jednym z założycieli kilku oddziałów białostockich Towarzystw Naukowych, np. Kierownictwa i Organizacji, Higieny i innych.

Po przejściu na emeryturę prowadził bardzo uregulowany tryb życia. Dużo czytał, a głównie swoją ulubioną klasykę polską i rosyjską. "Wojnę i pokój" oraz "Zmartwychwstanie" - chyba kilkanaście razy, zawsze w rosyjskim oryginale. Bardzo też lubił powtarzanie Wiktora Hugo oraz Sienkiewicza i Prusa. Do końca też czytał podręczniki interny, w miarę jak się ukazywały. Chodził na spacery, zawsze z parasolem, który służył za laskę. Starał się zachować "fason". Gdy musiał zatrzymywać się z powodu chromania przestankowego, stawał przed wystawą, udając, że z zaintere­sowaniem ją ogląda. Zawsze twierdził, że lekarzowi nigdy nie wolno oka­zywać własnych słabości. W domu trzymał "sztamę" z synową Anią (chyba większa niż ze mną), zaś wnuczka Asia była towarzyszką spacerów. Zdążył też zawrzeć przyjaźń z trzyletnim wnukiem Jackiem.

Schyłek życia przyniósł cierpienie. Kilka ostatnich miesięcy musiał spędzić w łóżku, po złamaniu szyjki kości udowej. Znosił mężnie napady potwornego bólu oraz kolejne kryzy nadciśnieniowe. Do odwiedzających zawsze uśmiechał się. Przed każdą wizytą prosił o świeżą pidżamę. Całkowitą opiekę nad Ojcem pełniła Mama, była wspaniała; nawet bardzo doświadczona pielęgniarka nie robiłaby tego lepiej. O śmierci Ojciec nigdy nie rozmawiał. Myślę, że chciał nam tego oszczędzić. Zmarł w pogodny październikowy poranek.