Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Pokolenie trzecie

 

Po nocy matka wstała bardzo nieswojo. Śniło się jej, że jakieś dzieci przymierzały na niej czarną suknię. W sny wierzyła, była niespokojna, przeczuwając jakieś nieszczęście, chyba zachoruję mówiła. Rzeczywiście pod wieczór chwyciła ją okropna kolka, sądziliśmy, że do rana nie przetrzyma. przyszły sąsiadki zaczęli kurację, jak kiedyś babce: wylewanie wosku nad chorą i kadzenie, specjalnym gatunkiem ostu. Nie pomogła domowa kuracja, nie było rady, rano ojciec musiał odwieźć do szpitala. Do domu wróciła po tygodniu, lecz zdrowia już nie miała. Czując krótki żywot, martwiła się moim losem, wiedząc, że ojciec zaraz by ożenił się. Prosiła i nalegała na ojca oddać mnie do nauki rzemiosła. Ojciec usłuchał, wybrałem ślusarstwo.

Rodzice umówili się z majstrem ślusarzem, płacąc mu dwieście złotych za mój dwuletni termin. Była to spora suma, można było kupić najlepszą krowę. Nauka ślusarstwa specjalnie mnie nie porwała, ale postępy czyniłem. Majster wyrażał się o mnie dobrze, rodzice byli zadowoleni.

Miałem prawie rok terminu poza sobą, gdy zmarła moja matka. Skromna, cicha i dobra dla wszystkich, sama wycierpiała bardzo wiele. Z uznaniem i synowską miłością skłaniam przed nią głowę! Na krótko przed śmiercią poprosiła mnie, żebym w życiu wiele nie pił, nie wdawał się w hulanki, gdy ożenię się szanował żonę, nie oglądając się za innymi.

Wkrótce w naszym kościele odbywały się rekolekcje święte pod hasłem zupełnej trzeźwości. Wódki wtedy prawie nie piłem, chyba czasem ojciec poczęstował kieliszkiem czy dwoma, gdy z jakiejś okazji pili wódkę w domu. Rekolekcjami przejąłem się bardzo, będąc pod wrażeniem niedawnej śmierci matki. Uważałem każdy wypity kieliszek wódki za ciężki grzech. Ze skruchą wyznawałem klęcząc u stóp konfesjonału, że piłem alkohol. Słysząc to ksiądz staruszek przerwał mi: chłopcze przysięgnij, że wódki pić nie będziesz przez całe życie. Alkohol mnie nie pociągał, zresztą, jakby to powiedzieć, nie poznałem właściwego jego uroku, dlatego mogłem swobodnie przysiąc, że nie będę pił aż do śmierci. Jednak, raczej duch pokory niż rozsądku, podszepnął mi: jesteś jeszcze młody, czy wiesz jak ułoży się twoje życie, czy wytrzymasz, czy nie zapomnisz? Powiedziałem to spowiednikowi, dodając jeszcze, że przysięgnę, że będę starał się nie pić, a choćby nie upijać się. Ksiądz był nieprzejednany, przysięgnij - rzekł stanowczo, że nie wypijesz, ani kropelki wódki przez całe życie. Tłumaczyłem się, przecie nie chcę być pijakiem, ale przysięgnąć boję się. To zdenerwowało spowiednika - idź precz, szatanie - krzyknął prawie na głos. Krew uderzyła mi do głowy, poczułem dzwonienie w uszach, zdawało mi się kościół przewraca się razem ze mną - nie pamiętam jak odszedłem od konfesjonału.

W Zarzeczu przysięgę nie picia alkoholu złożyło bardzo wielu, zwłaszcza kobiet, niestety, aż wstyd powiedzieć nie wytrzymała ani jedna osoba, jak pili tak pili dalej. Nieprawdopodobnie głęboko tkwią korzenie alkoholizmu na wsi, jakaś moc i czar trącanego kieliszka porywa wszystkich.

Ojciec ożenił się z drugą, na szczęście z osobą starszą, w jego wieku, bezdzietną i samotną. Za jej poradą zabrał mnie z terminu u ślusarza, a korzystając z jej znajomości z kierownikiem warsztatów lotniczych, oddał mnie do 5-go Pułku Lotniczego w Lidzie. Rozumie się na tym skorzystałem, bliżej domu, lepsza praca, w przyszłości dobrze płatna jako montera płatowcowego. Tak zacząłem się od nowa uczyć jako uczeń montera. Z samolotami zżyłem się od dziecka, widząc przecie co dzień w powietrzu nad swoją wioską, albo gdy podchodził do lądowania nisko nad chałupą, pociągały mnie zawsze. Oczywiście czułem się bardzo szczęśliwym i dumnym, gdy mogłem koło niego grzebać, rozbierać i od nowa składać. W przerwie obiadowej nie szedłem z innymi, ale wchodziłem do maszyny i przyglądałem się ciekawie częściom, które do czego służą. Lubił mnie majster, mając dobrą pomoc, a ja dostałem płacone za godzinę 30 groszy.

Po roku otrzymałem dwutygodniowy urlop. Co tu robić? Postanowiłem zwiedzić Wilno i okolicę idąc pieszo ( 105 km). Jesienny poranek dosyć pogodny i ciepły zapowiadał ładny dzień. Wyszedłem z domu lekko ubrany o godzinie 6.30, zadowolony, ciekawie rozglądając się po okolicy. Wieczorem, gdy chciałem zajść na wieś przenocować, z przerażeniem przekonałem się, że nie mam dokumentów, w pośpiechu zostawiłem w domu. Na nocleg nikt by mnie nie przyjął, nie było innej rady musiałem iść dalej, choć nogi zaczęły mocno boleć, raczej kłóć jak szpilkami. Mżył drobny deszczyk, postanowiłem zajść do lasu i przespać się trochę. Niestety poczułem dokuczliwy chłód, musiałem iść dalej. Przechodziłem przez tak duży las, że w ciemnościach widziałem tylko wąski pasek szarego nieba, wpadłem nieraz do rowu, z trudnością orientowałem się jak iść. Przyszło mi na myśl, jak to dobrze, że minęły czasy, gdy jeszcze niedawno stada wilków napadały na wioski. Przez las samotnie przejść nie można było. Zrobiło mi się trochę nieswojo, ale dodając sobie odwagi szedłem dalej. Osiemdziesiąt km zrobiłem bez większego zmęczenia, za to pozostałe dwadzieścia km szedłem całą noc, musiałem co chwila odpoczywać.

Nareszcie przed czwartą ukazało mi się Wilno, to mnie pokrzepiło, zapomniałem o zmęczeniu. Po drodze na przedmieściu zwiedziłem wileńską radiostację nadawczą, choć mnie nie chcieli wpuścić, tłumacząc się, że zwiedzać mogą tylko zbiorowe wycieczki. Prosiłem tłumacząc, że idę pieszo aż z Lidy i bez odpoczynku - popatrzyli na mnie z ciekawością i wpuścili, uprzejmie oprowadzając i objaśniając. W Wilnie jeszcze nie byłem, kupiłem więc "Przewodnika" i czytając z planu wybrałem się na zwiedzanie miasta. Gdzie nie byłem! Zwiedziłem muzeum, katedrę, wdrapałem się na Górę Trzech Krzyży, z której patrząc na panoramę poczułem się jakimś wielkim, prawie bohaterem. Wieczorem byłem w teatrze na "Róży" Żeromskiego, wyszedłem głęboko wstrząśnięty dramatyczną akcją i piękną grą aktorów. W teatrze byłem pierwszy raz, przeżywając niezapomniane uczucia: od prawie ekstazy do zdumienia. Rano okropnie bolały mnie nogi, nie miałem sił wracać pieszo, a pieniędzy zaś już nie miałem, nie posiadając wiele, zabawiłem się trochę, jak mówią ponad stan, zaryzykowałem wracać do domu na "gapę". Konduktor przyłapał, spisano protokół, skierowany później do sądu, narażając mnie na niepotrzebne koszta i nieprzyjemności.

Praca w Parku układała mi się pomyślnie, sądzę, że byłem dobrym monterem płatowcowym. Nastał rok 1929 ogólnokrajowego kryzysu. W Parku przyszła redukcja pracowników i w pierwszej kolejności zwolniono między innymi mnie po blisko dwuletniej nauce, motywując tym, że byłem kawalerem i jedynakiem u ojca posiadającego gospodarstwo rolne. Powróciłem do ojca, który widząc, że z mojej nauki nic nie będzie, nalegał abym żenił się i brał się do gospodarstwa.

W życiu młodzieży zarzeckiej nastąpił zupełny przełom, gdy do naszej wioski przyszły dwie nauczycielki, panny: Helena Waszkiewicz i Pelagia Bednarska. One to cierpliwie rozsadzały jak skały stare nawyki, budząc do kulturalniejszego życia. W wiosce nie było ani jednego nie umiejącego czytać i pisać. Jednak z Zarzecza nie wyszedł w świat tak zwany inteligent. Nikt nie ukończył wyższych studiów, ani nawet średnich. Początkowo było kilku w niższych klasach gimnazjum, ale trudności materialne, opłata za naukę i utrudnienie dzieciom chłopskim zniechęciło wszystkich. Urobiła się opinia: jaki ojciec - taki musiał być jego syn. Ojciec chłop, dziecko jego musi pozostać na wsi i pilnować się pługa. Ojciec robotnik, jego dziecko może być najwyżej rzemieślnikiem. Inteligenta dziecko musi być inteligentem.

Oprócz ogólnego przekonania, ze chłopa do nauki nie dopuszczą, w Zarzeczu były jeszcze inne względy. Przede wszystkim łatwość zarobku dla każdego, nawet podrostka, sprawiało, że wszyscy gonili za zarobkiem. Po co mówili dla chłopa nauka, wystarczy, jeżeli umie czytać i pisać - to było już konieczne. Za to czytelnictwo w Zarzeczu było bardzo upowszechnione. Młodzież przepadała za powieściami o tematyce kryminalno-sensacyjnej. Bardzo rozpowszechnione tak zwane powieści groszowe po 5 groszy zeszyt i "Co Tydzień Powieść". Sądzę, że taką "beletrystyką", przeważnie karmiła się młodzież małomiasteczkowa i wiejska. Książki dobrej, arcydzieł literatury spotykało się na wsi rzadko, wysoka cena książek wartościowych nie pozwalała zawitać pod strzechy. Nie można powiedzieć, żeby młodzież zarzecka była zła i głupia, raczej niesforna i bezukładna. Dopiero wspomniane nauczycielki z wielkim trudem skleciły Koło Młodzieży Wiejskiej potrafiły tak zachęcić i urobić, że nasza młodzież zmieniła się gruntownie.

Bójek już nie było, ustało szukanie rozrywek przy kieliszku. Nie było już dzikich potańcówek, ale zabawy zorganizowane, na których dla swoich pilnie postrzegano hasła: wypić w miarę, zaś dla gości byli bardzo wyrozumiali, starano się unikać awantur. Jednak gdy kto za dużo bruździł, nie obejrzał się nawet jak go poskromili i uspokajali. Młodzieży męskiej było dużo, przy takiej organizacji nikt nie odważył się wszczynać awantur.

Co za kapitalne przedstawienie dawali swoimi siłami, nawet wyjeżdżali z gościnnymi występami do innych miejscowości. Niemniejszy sukces odniósł chór, zdobywając II miejsce w powiecie.

Te artystyczne przeżycia dały naszej młodzieży możliwość prawdziwego wyżycia się. Ja do pracy w Kole włączyłem się bardzo aktywnie, zostałem wybrany sekretarzem. Z tej racji często bywałem u nauczycielek, które niejedną myśl mnie podsunęły: mogłem korzystać z bibliotek ich własnej i szkolnej. Nie potrzebowałem czytać byle czego, miałem dosyć dzieł znanych pisarzy.

Polityka mnie mocno pociągała, chociaż naprawdę nie orientowałem się w szczegółach, nie mając gruntowniejszych podstaw ponad to co mogłem zdobyć czytając przygodnie gazety, jakie wpadły mnie w ręce. Mimo tego stałem zdecydowanie przy sprawie chłopskiej, kierując się sercem. Życie wsi i jej troski, radości stały się teraz dla mnie bliskie. Chociaż do gospodarstwa zabrałem się szczerze, jednak między mną a ojcem zapanowała niezgoda. Wyszukał dla mnie dziewuchę posażną, o to mu najbardziej chodziło, stanowczo nalegał abym żenił się z nią. Panna do gustu mi nie przypadła, zbuntowałem się, nie wiedząc jak z tego wybrnąć. Żeby nas młodych do siebie zbliżyć, nasi rodzice, jej i moi, korzystając z okazji chrzcin u jej krewnych, zaproszono nas w kumy.

Bawiliśmy się tak samo wesoło, jak nasi dziadowie, nawet babkę woziliśmy na bronie, gdzieś spod ściany wydobytą. W Zarzeczu nie używali już ani soch, ani drewnianych bron i wozów na drewnianych osiach.

Zaś niemowlę uciszano gumowym smoczkiem z kolorowym kółkiem, zamiast, jak tyle pokoleń wychowano, tak zwanej "susły". Dzieci kapryśnych nie pojono wywarem z makówek, raczej troskliwi rodzice częściej udawali się po poradę do lekarzy.

Do domu wybraliśmy się około północy. Ojciec pijany nie był, ale przy pożegnaniu marudził, ociągał się, co zniecierpliwiło moją macochę, pójdziemy do domu - rzekła, niech sobie zostanie.

W domu czekaliśmy długo, a ojca jak nie ma tak nie ma, zaczęliśmy niepokoić się, musiałem iść go szukać. Dowiedziałem się, że wyszedł i szedł w kierunku domu. Nie wiedziałem gdzie szukać, głowiliśmy się co mogło stać się, przecież pijany nie był. Do domu wrócił sam prawie nad ranem, cały mokry i zziębnięty, aż zębami szczękał. Okazało się do domu wyszedł normalnie i w dobrym kierunku, ale dom przeszedł, idąc dalej minął wioskę, znalazł się na błocie w przekonaniu, że idzie szosą z miasta do domu. Dziwił się, że szosa taka nierówna, potykając się co krok. Jak długo szedł nie zdawał sobie sprawy, aż poczuł, że leci w dół, wpadając do rzeki w pobliżu "Górki". Jezus, Maria - krzyknął całkowicie wytrzeźwiony zimną kąpielą, było to w kwietniu. Od razu poznał gdzie się znajduje, zobaczył młyn wodny i swoją wioskę. Po tej przygodzie nie chorował, po paru godzinach snu wstał, jakby nic nie było, szczerze przekonany, że go szatan wodził.

Chociaż swoją kumę asystowałem, jednak serce do niej było nieprzychylne. Raziło mnie jej zupełna nieokrzesaność i przyziemność, gdy mnie zaczęły porastać piórka do lotu ku górze.

Nie wiedząc jak wybrnąć z kłopotliwej dla mnie sytuacji, postanowiłem pójść do szkoły rolniczej, uważając, że przeciągnie się w ten sposób zawarcie małżeństwa, a po roku jakoś tam będzie. Z trudnością, używając różnych sposobów przekonałem ojca aż zgodził się na mój wyjazd do jedenastomiesięcznej szkoły rolniczej w Berdówce. Ten sam majątek, którym dorobił się Petrykiewicz. Carski generał, właściciel kupionego majątku zaginął gdzieś wojną, dobra więc przeszły na własność powiatu. Starostwo wydzieliło piękny pałac i około 30 ha ziemi zakładając niższą szkołę rolniczą. Gdy odjeżdżałem do szkoły rolniczej ojciec patrzył na mnie niełaskawym okiem, ale gdy wróciłem na parę dni świąt Bożego Narodzenia był wesoły i zadowolony. Zabrałem się z zapałem do pracy wyręczając go zupełnie, chciałem aby był ze mnie zadowolony. W Wigilię do tradycyjnej "kuci" zasiedliśmy w nastrojach wzajemnego zrozumienia. Matka już nie starała się podać koniecznie dwunastu potraw, ale jak dawniej bardzo dbała, żeby nie wstać od stołu przed końcem kolacji, mocno wierzyła, że kury będą wcześnie na jajkach siedziały.

Niepostrzeżenie zaginął zwyczaj wróżby panien: pukanie do okien. Nie wiem co ojciec myślał i jakie miał plany ułożone podczas tych jedenastu miesięcy mego pobytu w szkole. Ale widziałem, gdy był razem z innymi rodzicami przy rozdaniu świadectw, że był ze mnie dumny. Świadectwo otrzymałem z wynikiem bardzo dobrym. Żegnano nas bardzo uroczyście, były płomienne przemówienia dyrektora szkoły i starosty, jako gospodarza. Nazywali nas szermierzami kultury, niosącymi postęp na zacofane wioski kresowe. Starosta obiecał nam pomoc w każdej potrzebie. Wszystko to, niestety tak długo jak nas żegnano. Później nikt wychowankiem szkoły rolniczej nie interesował się, zostawiając go samego, borykającego się nieraz z poważnymi trudnościami.

Ze szkoły rolniczej skorzystałem bardzo wiele, nauczyłem patrzeć się na gospodarstwo jako na warsztat pracy, ale to nie wszystko, Berdówce zawdzięczam zainteresowanie się nauką w ogóle, dzięki osobistemu wpływowi nauczyciela przedmiotów ogólnokształcących pana Felbura. Dzięki Berdówce dalsze moje życie stało się bardzo powikłane, czasem niespokojne choć bogatsze w treść.

Oczywiście wróciłem z głową nabitą teoriami i ideałami, bez zastanowienia się jednak jak wprowadzić w czyn. Z miejsca napotkałem dwie poważne przeszkody. Pierwsza to brak nawet drobnej sumy na najniezbędniejsze, choćby na początek. Drugą, bodaj ważniejszą stanowił ojciec, który o jakichkolwiek zmianach nie chciał słyszeć, mówiąc: "zawsze tak się robiło i było dobrze", będąc głęboko przekonanym, że w gospodarskiej robocie niczego więcej nauczyć się nie można. Uważał, że szkoły rolnicze są po to, aby szukać głupich ludzi, żeby mieli dobre posady nauczyciele. Zresztą sam "oparzył się", kupując kiedyś azotniak, po którym wyrosła sama miotła zamiast żyta. Nie mogłem przekonać, że sam temu winien, bo gleby nie doprawił. Mówił swoje i na to nie było rady.

W takich warunkach mój zapał poważnie ostygł, z rezygnacją zacząłem gospodarować tak jak czynili inni. Właściwie pewien postęp zrobiłem, bo orząc nie orałem po staremu w zagony po 6-8. Swoje pole zaorałem w jeden, dwa, a najwyżej w trzy zagony, w zależności od jego szerokości. Bardzo to nie podobało się ojcu, bał się, że zboże wymoknie i było mu niewygodnie siać ziarno ręką, przyzwyczajony do wąskich zagonów. Na szczęście zboże nie wymokło, było lepsze niż na wąskich zagonach, do siewu zaś ojciec przyzwyczaił się i tak już zostało.

Drugim postępem było wprowadzenie właściwej podorywki, chociaż nie na całym polu. Zaraz po sprzęcie, na dwóch kawałkach najbardziej zapuszczonych i zaperzonych, podorałem jak mogłem najpłycej. Gdy perz zaczął wytykać "noski", puścił bronę i czekałem aż perz znowu zacznie wybijać się na wierzch, wtedy jechałem broną sprężynową dokładnie drapiąc i tak zostawiłem lecz niedługo, bo był czas na zimowe orki. Zaorałem głęboko na zimę. Wiosną powłóczyłem do góry wywróconą broną, na to nawoziłem gnoju i zasadziłem ziemniaki, które udały mi się nad podziw, perzu i zielska nie było nawet na lekarstwo.

Mimo tego nie mogłem przekonać ojca, żeby ziemię uprawiać lepiej, wolał uprawiać byle jak, a w swobodnym czasie kazał jechać na zarobek, bez którego bał się żyć.

Z wielkim trudem zdobyłem się na założenie trzech okien inspektów. Gdy wczesny siew zaczął kiełkować ktoś bardzo zawistny potłukł w nocy wszystkie szyby i cała praca poszła na nic. To zniechęciło jeszcze bardziej ojca i mnie.

Jan Szot