Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

Pokolenie trzecie

 

Rozbudzona w szkole rolniczej chęć do samokształcenia nie dawała mi spokoju, naprawdę łaknąłem wiedzy ogólnej. Zapisałem się do miejskiej biblioteki w Lidzie, dokąd chodziłem wieczorami po pracy. Wyszukiwałem i inne źródła, tak, że książka stała się nieodłącznym moim towarzyszem. Uczyłem się w każdą wolną chwilę, brałem książkę z sobą na pole, brałem do stodoły gdy młóciłem.

Zacząłem poznawać część wiedzy i życie człowieka w perspektywie wieków, upadki i szlachetne zrywy do wszelkiego piękna.

Zacząłem wyrabiać swój własny światopogląd. Nagle zobaczyłem niskość, prawie zwierzęcość tych wszystkich hulanek i pijatyk w których nieraz brałem czynny udział. Wypić parę kieliszków wódki nie uważałem za grzech, ale upić się traktowałem jako grzech ciężki. Przecie rozumiałem, człowiek rozumem, wyróżniającym go od wszystkich istot w świecie, w stanie pijanym traci rozum i to szlachetne człowieczeństwo, a upodobnienie się do bezmyślnego zwierzęcia. Gdzie podziewa się godność ludzka? Postanowiłem pić niewiele i to przy okazjach, jak wtedy uważałem, prawie koniecznych. Tak samo skrystalizował się mój ideał panny, którą pragnąłem kochać. Nie pożądałem nadzwyczajnych piękności, gardziłem łatwą zdobyczą, tym wszystkim co dać może samica, pragnąłem serca wzniosłego i szlachetnego.

Na tym tle nie mogliśmy nigdy pogodzić się z ojcem, który stanowczo sprzeciwiał się, szukając, jak mówił synowej nie jakiejś tam uczonej, ale pracowitej i bogatej, "żeby mieć za co ręce zaczepić". Czas uciekał a ja nie żeniłem się, choć młoda gospodyni w gospodarstwie była bardzo potrzebna. Tak przeszło dwa lata.

Gdy rozważam to co w życiu przeszedłem, przeraża mnie chaotyczność i to nie liczenie się z własnymi siłami w podejmowaniu decyzji. Niewątpliwie krew przodków moich: zabijaków, buntowników, marzycieli szukających wiecznie coś nowego, określiła i mój charakter. Nawet później gdy zrozumiałem wiele prawd naukowych, poznałem mądre przysłowie łacińskie: "Cokolwiek czynisz czyń roztropnie i patrz na koniec". Ja nie czyniłem roztropnie choć na koniec zwracałem uwagę prawie zawsze. Dlatego naraziłem się w życiu na bardzo wiele kłopotów, trudów i przykrości - to wszystko pokonując musiałem zużyć wiele sił i wysiłku. Trochę za późno zrozumiałem prawdziwy sens tego przysłowia.

Czytając raz gazetę zwróciłem uwagę na ogłoszenie maturalnych kursów korespondencyjnych "Wiedza" w Krakowie. Nie wiem co mnie skusiło do tego, raczej bez zastanowienia się, zdecydowałem zapisać się na te kursy i zdobyć maturę. Dziś tamten krok usprawiedliwiam sobie tym, że błądziłem po omacku zapuszczając się na nieznane sobie drogi, nie miałem nikogo, żeby mi wskazać i na ubitą drogę naprowadzić.

Nie zastanawiałem się, pragnąłem wiedzy, nie zwracałem uwagi na trudności, które mogłem napotkać. Zapisałem się na te kursy typu humanistycznego, przerabiając klasy V-VI. Okazało się, że z łaciną nie mogłem sobie poradzić, trudność nie do pokonania. Na szczęście poznałem pana Mokrzeckiego, człowieka inteligentnego, z wyższym wykształceniem, który zupełnie bezinteresownie pomógł mi tak z łaciny jak i z innych przedmiotów. Za to byłem i jestem mu głęboko wdzięczny. Inne przedmioty nie przedstawiały dla mnie poważniejszych trudności, przynajmniej takich, których pokonać bym nie mógł. Nad skryptem z matematyki, w którym był wzór na wyciągnięcie pierwiastku drugiego stopnia, ale bez wyjaśnienia, biedziłem się od świtu do zmroku, letniego dnia, aż znalazłem klucz do jego rozwiązania, zrozumiałem w czym rzecz i nie zapomnę tego do śmierci.

Na egzamin trzeba było stawić się w gimnazjum Zygmunta Augusta w Wilnie. a złożyło się że nie miałem pieniędzy, wybrałem się w podróż pieszo, nocując w połowie drogi. Choć byłem bardzo zmęczony, egzamin złożyłem szczęśliwie. Zabrałem się do klasy VII-VIII starego typu. Pracując i ucząc się, pokonując nieraz tak wielkie dla mnie trudności i z takim wysiłkiem, że często brakło mi sił, byłem chwilami bliski załamania się, ale szczęśliwie przebrnąłem i do celu doszedłem. Maturę złożyłem w 1934 roku, starego jeszcze typu 8-klasowego.

W jakże szczęśliwym położeniu znajduje się młodzież niezamożna w dużych miastach, która zawsze ma możliwości uczęszczania do szkół, ma wszelkie ułatwienia do samokształcenia się. Gdy na wsi nie mało zapaleńców, który często bez żadnej pomocy muszą torować sobie drogę, błądząc nieraz poważnie marnują dużo czasu i zdrowia.

***

Po maturze stałem się bardzo zarozumiałym, wydawało mi się, że wszystkie mądrości zjadłem. Nie zastanowiło mnie mądre powiedzonko Sokratesa: "Ja wiem, że nic nie wiem", które i dziś po tylu, tylu wiekach może powtórzyć każdy uczony nawet o światowej sławie wobec niezgłębionych problemów wszechświata. Skromność jest, powiadają cechą ludzi mądrych i wielkich - ja nie byłem ani jednym, ani drugim.

Mając kult dla materii, przestałem wierzyć w istnienie Boga. Skoro, myślałem, człowiek potrafi ingerować w przyrodzie, stwarzać sztucznie choćby tak życiodajną wodę i odwrotnie rozkładać ją na składowe pierwiastki, to gdzie tu może być Bóg!

Aby uspokoić sumienie szperałem szukając dowodów, że Boga nie ma. Choć pewnego, albo nawet dosyć pewnego dowodu nie znalazłem, jednak wierzyć przestałem. Ojciec na starość bardzo bogobojny, widząc, że nie chodzę do kościoła i nie modlę się, był na mnie bardzo wzburzony. Ja zaś ze swej strony uważałem go za "naiwniaka", nie znającego nawet prymitywnych zasad przyrody.

Niedługo cieszyłem się świadectwem dojrzałości. Wyczerpany organizm ciężką pracą fizyczną i wielkim wysiłkiem umysłowym przy lichym odżywianiu się musiał załamać się. Którejś nocy obudziłem się czując jak lecę gdzieś w dół, przykre wrażenie zawrotów głowy. Serce waliło jak młotem, wystąpił zimny pot, wydawało mi się że umieram. Matka nie wiedząc co robić, przyłożyła na serce zimny kompres. Chwycił mnie dreszcz, przywalony czymkolwiek tylko dało się po pewnym czasie zgrzałem się i zasnąłem. Rano pojechałem do lekarza, który przepisał mi zastrzyki, bez żadnego skutku. Zaczęło się chodzenie po lekarzach. Przypisywali mi różne leki, niestety wszystko na próżno. Czułem silny ból głowy, jakiś ucisk na czole jak rogi, dokuczało serce, no i te tak przykre zawroty głowy.

Ojciec denerwował się, twierdząc, że to kara na bezbożnika, straciłem nadzieję. Zrozumiałem, że muszę umrzeć. Bunt targał moją duszę, buntowałem się przeciw wszystkiemu, przeciw całemu światowi. Jak to mam umrzeć, teraz, gdy wydałem z siebie tyle wysiłku, poświęcając jakże często wesołe zabawy i różne przyjemności uganiania się za dziewczętami, jak to czynili moi rówieśnicy ze wsi. To wszystko ma iść na marne, czy nie szkoda czasu i trudu?

Po gwałtownym buncie na szczęście przyszło odprężenie. Nasunęło mi się takie porównanie: gdy amator wspinaczki górskiej idzie na karkołomną nieraz wyprawę na skaliste szczyty gór, nie patrzy, że czeka go ogromny wysiłek, choć o tym nie wie. Nie zważa, że z takiej wyprawy może nie wrócić, bo wystarczy lekka nieostrożność z jego strony, albo w ogóle nieprzewidziany wypadek, a runie w przepaść i straci życie. Kto zadaje pytania po co mu to było? Przecie żadnych korzyści by nie miał, życie zaś stracił.

Czy nie byłem jak alpinista, wydając z siebie wiele wysiłku wspinałem się na wysokie szczyty myśli ludzkiej. Cóż, mogę teraz umrzeć, postanowiony cel osiągnąłem, przecie dziury w niebie nie będzie!

Pochlebiało mi, że ja w Zarzeczu pierwszy tą drogą szedłem, później na pewno pójdą inni, może już po gościńcu ubitym. Byłem ze spokojem przygotowany na śmierć, niewątpliwie by przyszła, gdyby nie pomoc niejakiego pana Żółtowskiego, homeopaty z Bydgoszczy o którym dowiedziałem się z gazety. Podawał, że leczy różne choroby, nawet takie na które inni lekarze są bezradni. Napisałem do niego podając jak się czuję, co mnie boli. Wkrótce otrzymałem odpowiedź, że zobowiązuje się mnie uleczyć, ale kuracja będzie długa, żądał za każdy miesiąc leczenia 15 zł., wliczając w to leki.

Posłałem pieniądze, po paru dniach otrzymałem jakieś drobne pigułki, które po rozpuszczeniu w wodzie zażyłem po raz pierwszy. Było ze mną bardzo źle, ale po tym lekarstwie uczułem skutek natychmiastowy. Choroba moja trwała długo, w gospodarstwie nie było komu robić, stary ojciec nie miał sił. Nie było innej rady, trzeba było gospodarstwo oddać w dzierżawę, zwłaszcza, że my obaj z ojcem byliśmy pewni, że z tej choroby nie wyjdę, koniec mego życia rychły.

Po czterech miesiącach homeopatycznej kuracji byłem już na tyle zdrowy, że mogłem pracować, a myśl o śmierci całkiem uleciała. Niespodzianie dla siebie i innych powróciłem do zdrowia, w domu nie było co robić zanim gospodarstwo było w dzierżawie. Siedzieć bezczynnie nie chciałem, iść na cegielnię nie miałem tyle sił, w mieście zaś o robotę było trudno. Byłem jak to się mówi w kropce, gdy przypadkowo zapoznałem się z mierniczym przysięgłym, scalającym grunta w sąsiedniej wiosce, szukał pomocnika i mnie chętnie do pracy przyjął.

Tak zacząłem nowe życie, o którym przedtem nie myślałem pracy umysłowej, nieraz o chłodzie i głodzie, bo źle płatnej, wyzyskiwanej. Dopiero gdy nabrałem dużej wprawy, awans mój był widoczny, zarabiałem dosyć dużo.

 

Jan Szot.