Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Pokolenie trzecie

Jan Szot.

Przykro mi wspominać o początkach mojej pracy u mierniczego przysięgłego w charakterze pomocnika. Prawie od świtu do zmroku, na wpół głodny, hasałem po polu za kilkanaście złotych.

Za to miło mi wspominać czasy nowogródzkie, gdy posiadając już pewną praktykę zgodziłem się u mierniczego w Nowogródku, z pensją na początku 100 zł., a trochę później 120 zł. miesięcznie.

Szef był człowiekiem rzetelnym i wyrozumiałym. Starałem się, żeby nie zrobić mu zawodu, żeby zdobyć zaufanie, dlatego byliśmy z siebie zadowoleni. Nareszcie odetchnąłem swobodnie, czując się materialnie niezależnym. Żyłem właściwie skromnie, hulanki mnie nie interesowały, alkoholu prawie nie piłem. Z oszczędności starałem się uzupełnić dotychczas nędzną garderobę. Trochę posyłałem ojcu, chcąc sprawić mu radość, żeby zapomniał o tych trudach, które naprawdę z powodu mnie wycierpiał. W niedługim czasie byłem elegancko ubranym i zadowolonym z życia.

Szedłem do biura, na ulicy spotkałem młodą dziewczynę z trudem dźwigającą dużą walizkę. Szła z dworca autobusowego. Przeprosiłem ofiarując swoją pomoc. Zgodziła się chętnie. Urodą nie wyróżniała się, nie była ani ładna, ani brzydka, taka jak tysiące innych, nie zwróciłem na nią żadnej uwagi. Po drodze nie rozmawialiśmy wiele, zamieniając kilka zdawkowych pytań i odpowiedzi.

W niedzielę wychodząc z kościoła spotkałem ją przypadkowo, obdarzyła mnie życzliwym spojrzeniem i miłym uśmiechem. Ukłoniłem się. Nie myślałem o niej, ani o żadnej innej. Chociaż w chwilach wolnych od pracy samotność wyganiała mnie na Kopiec Mickiewicza, czy Górkę Zamkową, tam patrząc w siną dal, jakaś tęsknota targała moją duszę za czymś dalekim i nieuchwytnym.

Tego dnia byłem w błogim nastroju, koło obiadu wróciłem ze wsi po skończonej pracy, szef pochwalił mnie, nie spodziewał się tak szybkiego załatwienia powierzonego mi zadania. Czułem się jak sztubak z dobrej przygotowanej lekcji. W mieszkaniu usiedzieć nie mogłem, wyszedłem na miasto bez żadnego celu. Chciało mi się biec, krzyczeć, radować się, ani spostrzegłem się, jak spinałem się serpentyną wąskiej ścieżki na szczyt Kopca Mickiewicza. Nie byłem sam, wsparta na balustradzie stała moja przygodna znajoma, czy nieznajoma, nie wiem jak powiedzieć? Ukłoniłem się, przepraszając może przerwałem jej marzenie w samotności. Odpowiedziała z uśmiechem, że właściwie nie, lubi tam popatrzeć, hen - pokazała ręką horyzont, gubiący się jakby we mgle. Znajdowaliśmy się w sytuacji pełnej poetyckiego uroku, we dwoje zbliżeni do siebie szczupłością miejsca. Zaczęliśmy na wyrywki recytować inwokację z "Pana Tadeusza". Patrząc z góry na rzucony pod nami krajobraz nowogródzki, zachwycaliśmy się pięknem poetyckiego opisu, powstałego z wizji nadludzkiego natchnienia poety, jego "utęsknionej duszy". Wieczorny chłód przerwał nam nastrój, byliśmy z sobą jak dobrzy znajomi, odprowadziłem ją. potem spotkaliśmy się jeszcze kilka razy, choć nie umawiając się wzajemnie.

Nareszcie Zosia bo tak się nazywała, zaprosiła mnie do domu, przedstawiając matce wdowie po urzędniku. Dowiedziałem się, że Zosia jest nauczycielką, ale z braku p[osady pracuje dorywczo w biurze. Od tego czasu byłem u nich częstym gościem, zwłaszcza w długie wieczory późnej jesieni i zimy.

Z nastanie wiosny otrzymałem poważny awans, szef powiedział, że ma do mnie zaufanie, dlatego powierza w jego imieniu prace pomiarowe parcelacji prywatnego majątku. Oczywiście ucieszyłem się bardzo, było to dla mnie wielkie wyróżnienie, dawało znacznie większy zarobek, pewnego rodzaju swobodę w działaniu i pewniejszą pozycję życiową.

Majątek ten znajdował się przeszło 30 km od Nowogródka, to właśnie mnie bardzo smuciło, musiałem rozstać się z Zosią. Spostrzegłem się, że stała się ona dla mnie bardzo droga, nieoceniona, całym sercem tęskniłem za nią i pożądałem, choć zachwyciłem się wobec niej nienagannie. Postanowiłem żenić się, przecie dla mnie był czas wielki, a sytuacja materialna dobra. Oświadczyłem się , prosząc aby została moją żoną, zgodziła się bez namysłu. Matka lubiła mnie także, zostałem więc oficjalnie narzeczonym Zosi. Ustaliliśmy wspólnie ślubować latem, przez tych parę miesięcy przygotować się do nowego życia.

Dowiedziałem się później, że w naszej harmonii była poważna skaza: moja niewierna w Boga. matka i córka były głęboko religijnymi, dlatego Zosia czuła się nieraz na rozdrożu, choć mi o tym wyraźnie nie mówiła. Nie gniewała się na mnie za to, ale modliła się i cierpliwie dyskretnie obalała moje materialistyczne poglądy, aż zdziwiłem się sam siebie, że mogłem myśleć inaczej niż on, jeszcze tego dnia klęczeliśmy we dwoje z pokorą u stóp konfesjonału.

Napisałem do ojca list, powiedziałem z kim żeniąc się, prosząc go o błogosławieństwo. Odpowiedzi nie otrzymałem, byłem ciekawy czy nie odpisuje tak sobie, jak się mówi z braku czasu, czy gniewa się?

Postanowiliśmy na Wielkanoc pojechać do ojca razem. Zosia bardzo była ciekawa jak przyjmie ją staruszek, może będzie niezadowolony z takiej synowej?

Zarzecze Zosi podobało się. Wieś jeszcze bardziej zmieniła się. Domy widne o dużych oknach, zawieszone firanami, pełno kwiatów. W każdym mieszkaniu czysty pokój, wszędzie podłoga. Ze ścian znikły rzędy obrazów świętych, zostawiono zaledwie parę, no i prawie w każdym domu portret ślubny gospodarzy, zrobiony ze zdjęcia. Mieli tanie meble, łóżka słano "po nowemu", nie układali stosu poduszek, jak dawniej aż pod sufit, ale dyskretnie chowali w pościeli, po wojskowemu, jak pudełko od zapałek, przykrywając z wierzchu wzorzystą kapą swojej roboty. Już nie przędły i nie tkali na przyodziewek, w odzieniu swojej roboty nie chodzili, wieś nasza upodabniała się do miasta. Kobiety zimą nie próżnowały przędły len, na osnowę kupowali bawełniane nici i tkali piękne obrusy i dywany. Praca była bardzo żmudna, ale robota artystyczna, o tak pomysłowo dobranej kompozycji, aż wierzyć się nie chciało, że stworzyły ręce naszych kobiet, do niedawna jeszcze nawykłych do roboty prostej. Takiego dywanu można nie powstydzić się nawet w bogatym domu.

Ojciec przyjął nas bardzo grzecznie, ale w cztery oczy wyrażał swoje wielkie niezadowolenie, co prawda panny nie ganił, podobała mu się, najgorzej, że była biedna. Marzył dla mnie najchętniej z dużym gospodarstwem, lub domem w mieście, był więc bardzo rozczarowany.

Powiada do mnie ironicznie: "żeńcie się, goły z bosą, zapowiedź pierwsza!". Jego ambicji pochlebiało to, iż była nauczycielką, ale żenić się z nią tak bez posagu nie mieściło się w jego głowie.

W pierwsze święto, o świcie wybraliśmy się z Zosią do kościoła na rezurekcję. Uprzedziłem ją, żeby nie czesała się grzebieniem w obecności ojca. Nie znosił tego, ostro przestrzegając, żeby w naszym domu nikt nie czesał się w pierwsze święto Bożego Narodzenia i Wielkanocy, żeby kury w ogrodach nie grzebały.

Olbrzymia niegdyś parafia rozpadła się z biegiem czasu na szereg mniejszych. Mimo tego, duży kościół nie mógł pomieścić wiernych.

Nie szliśmy sami, z naszej wsi szli gromadnie, nie było domu z którego choć jeden by nie był w kościele. Zarzecze wytrzymało ciężką próbę prześladowań wiary za caratu, do końca pozostało przy kościele katolickim, ale wiara poważnie osłabła, spowszedniała. Gorliwie modlili się, starzy przyzwyczajeni do bezkrytycznego, powiedziałbym po dziecinnemu pojmowaniu wiary. Młodzi byli katolikami raczej z nazwy nie gorąco - nie zimno, choć tradycji w niczym nie uchybiali. Czemu to przypisać? Wydaje mi się, że największą winę za to ponoszą lidzccy księża parafialni, bo nie nadążali za wprost żywiołowym rozwojem świadomości na wsi. Trzymali się starych zasad zastraszania ludzi piekłem, jak dzieci kominiarzem. Wioskowi stali się niewiernymi Tomaszami, wymagali przykładu i rzeczowego dowodu.

Już znalazło się we wsi jeden bezbożnik i dwóch odszczepieńców, prawdziwe zakały wioski, jak nazywali ich księża, wypominając nieraz z ambony. Zupełnie niewierzącym był mój wuj Jan, komunista, tak go nazywali wszyscy. Odszczepieńcem od wiary był niedaleki nasz sąsiad Apanas, który wyprawiwszy syna na wojnę światową był całkiem spokojny o jego los, codziennie odmawiając nowennę do Boskiej Opatrzności. Był przekonany, że synowi włos z głowy nie spadnie. Jakież było jego przerażenie, gdy otrzymał wiadomość o śmierci jedynaka. Od tego dnia jakby kto na niego urok rzucił - stracił zupełnie wiarę. Do kościoła zupełnie nie chodził, a księży nienawidził, z Boga bluźnił. Później stał się gorliwym wyznawcą sekty Babtystów. Zmusił także żonę do tej wiary, zaś, gdy umierając prosiła go o księdza katolickiego, aż zgrzytnął zębami. Ja, ci tu dam księdza - rzekł grożąc pięścią. Umarła bez spowiedzi.

Drugim odszczepieńcem był zapalony wyznawca sekty Badaczy Pisma Świętego, który rozczytany w swoich bibliach, chyba by życie oddał za sektę, ale żony i dzieci nie zmuszał, więc chodzili jak wszyscy do kościoła

W serdecznym nastroju dzieliliśmy się jajkiem święconym ojciec trochę się na mnie boczył, ale widziałem, że przyszła synowa przypadła mu do gustu.

Zaczęli zbierać się do nas sąsiedzi i młodzież, ciekawi chcąc przyjrzeć się mojej narzeczonej. Każdy miał w kieszeni po kilka jajek, niebawem cała uwaga zebranych skupiła się na przyglądaniu się tradycyjnej grze , czyje jajko mocniejsze. Jeden trzyma jajko noskiem do góry, drugi swoim uderzył z góry, czyje wpierw potłukło się ten odwracał jajko drugim końcem. Jeżeli potłukł się i ten koniec, to potłuczone jajko stawało się własnością przeciwnika. W ten sposób niektórzy kombinatorzy wygrywali całe dziesiątki jaj, mając swoje odpowiednio zawczasu przygotowane, często sfałszowane. Na długo przed świętami dawali kurom wapno, opiłki miedziane i.t.p. Fałszowali tak precyzyjnie, że trzeba było dobrze przyjrzeć się, aby poznać. W mieszkaniu zrobiło się duszno i ciemno od dymu tytoniowego. Ktoś krzyknął, chodźcie kulać jajka. Była to druga gra wielkanocna bardzo lubiana. Polegała na tym, że w mieszkaniu lub na podwórku, jeżeli była ładna pogoda, ustawiano specjalne korytko lekko nachylone. Po kolei każdy puszczał swoje jajko korytkiem, starając się, aby jego jajko trafiło inne. Właściciel trąconego jajka płacił umówioną monetę. Wiadomo jajka kulają się różnie, w zależności od kształtu noska i z jakiej wysokości w korytku puszczone, chcąc trafić porozrzucane jajka, trzeba mieć w zapasie kilka sztuk różnego kształtu. W ten sposób bawiono się też w Lidzie. Niedaleko kościoła na Placu Wolności kulano jajka w kilku miejscach.

Pod wieczór zbierali się kilkunastu mężczyzn, biorąc nieraz do siebie muzykanta i szli od chaty do chaty, pukając w okno pytali się czy można dom poweselić. Zwykle nikt nie odmawiał, otwierali okno. Przodownik składał życzenia świąteczne, potem śpiewali "Wesoły nam dzień dziś nastał". Jeżeli w domu była panna (nawet podrastająca) to śpiewali jej "Zielone wino": że wyjdzie niedługo za mąż , bo do niej jedzie panicz młody nietutejszy z zagranicy. Gospodarz i panna dawali śpiewakom: pieniądze, najczęściej jaja i pieroga. Śpiewy słychać było wszędzie przez cała noc, Było tak, że ledwo odejdą jedni, to za chatą pukają inni, chodzili przecie i z innych wiosek. Taka rozśpiewana noc trwała do świtu, kiedy powracali do domów pomęczeni, ochrypnięci, ale z koszami pełnymi jaj, pieroga i niemało pieniędzy. Tej nocy śpiewali pod naszym oknem cztery razy. Z naszej wsi dwie grupy: starzy i podrostki, uparli się, że znajduje się w naszym domu panna, no i śpiewali dla mojej narzeczonej "Zielone wino". Dwie grupy przyszły z innych wiosek.

Gościliśmy u ojca parę dni, ponieważ rodzice świętowali jeszcze w każdą środę po większym święcie, tak środę gradową. Dawniej unikano wszelkich robót, miało to ochraniać od klęski gradowej, później nie robili tylko robót związanych z polem, a w końcu obserwowali tylko starzy.

Na drugi dzień mieliśmy z Zosią wracać, na pożegnanie trochę wypiliśmy, ale staruszek czuł się jakoś "niewyraźnie", musiał położyć się do łóżka. Zaszła potrzeba zaprowadzić krowę do stadnika do majątku. Przebrałem się w ojca ubranie i poprowadziłem krowę sam. hrabinę zastałem odpoczywającą na werandzie. Dzień dobry, powiedziałem, grzecznie uchylając czapkę, już chciałem mówić po co przyszedłem, ale spostrzegłem, nastroszyła się jak kokoszka.

Co to za dureń, powiedziała do służącej, nawet przywitać nie umie? Właściwie uchybiłem ściśle przestrzeganego zwyczaju całowania hrabiny w rękę. Wiedziałem że każdy czy to ze służby, czy interesant, a nawet przechodząc koło niej, musiał pozdrowić i pocałować ją w rękę. Wiedziałem o tym, ale od małych prawie lat nic z dworem nie miałem, zresztą zapomniałem nawet bo nie byłem z tym zżyty. Słysząc jak powiedziała "ten dureń" krew zawrzała we mnie, wprost nie wiem dlaczego, spytałem naprawdę spokojnie i grzecznie: a poczym łaskawa pani poznała durnia? Widocznie mój spokój zirytował ją jeszcze bardziej, bo zerwała i krzyknęła: - Nie wiesz kto ja jestem, jestem hrabina Zarzecka! Ochłonąłem już z pierwszego gniewu i śmiech cisnął się mi na usta z jej uniesienia i fałszywej dumy. Postanowiłem spokojem zadrwić z jej pustoty. - Jestem wdzięczny łaskawej pani, powiedziałem, za przedstawienie się, bardzo mi miło, pozwoli pani, że ja też się przedstawię, zrobiłem przerwę dla wywołania wrażenia. Przedstawić się nie potrzebowałem, mnie znała. Ty chamie, krzyknęła, wynosisz się z mego majątku, hej ludzie wyrzućcie go! Ale do wyrzucenia nikogo nie było, a ja zaraz nie uciekłem. Precz, precz krzyczała jak opętana. Dobyła pistoletu (stale przy sobie nosiła) precz, bo zabiję. Byłem zły, ale strachu nie odczuwałem, sądząc, że chce mnie nastraszyć. Przyklęknąłem zwyczajem średniowiecznych rycerzy i spokojnie pokazując pierś powiedziałem; pani, o to moje serce, miło mi będzie umrzeć od rączki szanownej damy. Jak bardzo ryzykowałem opowiadano mi później, wszyscy co widzieli byli pewni, że mnie zabije. Przecie niedawno jak miesiąc przedtem rozzłoszczona na fornala strzelała za nim, gdy skrył się długo szukała go z pistoletem w ręku. Przestraszony fornal wrócił do domu po kilku dniach, gdy upewnił się, że złość jaśnie hrabiny minęła. Na szczęście nie strzeliła, nie wiem co przeżyła w sercu, może zaskoczyła ją moja śmiała postawa, spokój, a może iskierka rozsądku przebłysnęła w głowie? Wpadła do pokoju z hałasem zatrzaskując drzwi i płakała.

Przypadek zrządził, że w parę lat później przyszła do mnie z prośbą czy nie wiem o losie jej syna, bo dowiedziała się, że przechodziliśmy razem niedolę. Chociaż zemsta jest rozkoszą bogów, ale widząc okropnie zmęczoną i zgarbioną z oczyma podpuchniętymi od płaczu osiwiała, prawie nieprzytomna z niepewności o losie jedynaka, litość mnie brała patrząc na nią. Znając ją dumną, hardą, że zdawało się wszystkie uczucia ludzkie są dla niej obce, aż zadziwiłem się tej szlacheckiej miłości matczynej, która teraz wybuchła gwałtownym płomieniem za syna zgodziłaby się na wszystkie tortury.