Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Na zamku Sapiehów, czyli w więzieniu centralnym w Mińsku

Joanna Januszczak

 

W tym czasie byłyśmy ze dwa razy na progułce (spacerze). Warunki spacerowe są tu jeszcze gorsze niż w Baranowiczach. Mamy klitki po jakieś pięć metrów kwadratowych, a idzie nas na spacer po dwadzieścia kobiet lub więcej. Poza tym spacer trwa tylko dziesięć minut, licząc od chwili wyjścia z celi do powrotu do niej. Ale i taka przyjemność spotyka nas nie częściej niż dwa razy w miesiącu.

Na prima aprilis mamy niespodziankę - 1 kwietnia 1941 roku przepro­wadzają nas do celi nr 46 w głównym korpusie. Warunki w tej celi są o wiele lepsze niż w bloku trzecim: cela większa, okno niżej i też większe, ale najważniejsze jest to, że nie ma wilgoci. Rozlokowujemy się. Ja chcę spać z Grażyną Lipińską, ale ona kładzie się z Leontyną Borkowską. Mam spać z Iwonką Grabowską z Białegostoku, Rosjanką z Baranowicz i Anną (podobno kuzynką Marychny Jurewicz z Nowogródka, ale do tej ostatniej zupełnie niepodobną). Jestem zła i nie chcę tam spać. Teraz jest mi wszystko jedno, gdzie i z kim będę spała. Kładę się więc przy drzwiach z Julka Paszkiewicz spod Radoszkowic - straszną komunistką. Iwonka jest tym bardzo dotknięta i kładzie się również przy drzwiach, ale w dość dwuznacznym towarzystwie. Znów płynie życie szare, jednostajne, przerywane takimi "wydarzeniami o światowym dla nas znaczeniu", jak nieprzyjęcie zupy, karcer i temu podobne.

3 kwietnia 1941 roku poszłyśmy do ubornej i Ania Kalinowska zaczęła krzyczeć do mężczyzn z celi 166, w trzecim korpusie. Skutki jak zwykle. Dyżurny nie tylko ją usłyszał, ale i zobaczył, więc zabrał natychmiast bez płaszcza do karceru. My - poczuwając się do solidarności - twierdziłyśmy, że nikto nie pierekrikiwałsia, a tylko my wszystkie hałasowałyśmy, bo jedna odkręciła nie ten co trzeba kran i woda nas opryskała. Nasze tłumaczenia jednak nie pomogły. Ania została w karcerze. Zyskałyśmy tylko tyle, że dano jej płaszcz.

Nazajutrz miał służbę nasz najlepszy dyżurny, Ukrainiec. Przyniósł nam chleb, a my - chociaż nie chciałyśmy się z nim kłócić - nie wzięłyśmy. Przyniósł cukier i namawiał nas do przyjęcia, ale my uparcie odmawiałyśmy. Na obiad przyniósł nam "pyszną" zupę, jaką tylko raz w więzieniach widziałam, a mianowicie pęczak z prawdziwymi czerwonymi pomidorami i zaczął kusić. My jednak wytrzymałyśmy i nie wzięłyśmy (czego bardzo żałowałyśmy, ale po czasie). Przyniósł ją potem po raz drugi i trzeci, prosząc, strasząc, grożąc. Ale nic nie pomagało. Byłyśmy nieugięte, uparte w swej urażonej dumie i bezwzględnie żądałyśmy powrotu Ani do celi.

W końcu stało się to, co nam przepowiadał dyżurny. Przyszedł naczalnik korpusa Gardienko i oświadczył, że dostajemy za bunt sześć dni karcernego położenija. Karcer i karcernoje położenije to tak jak grip i gripoznoje sostojanije - niewiele się od siebie różnią. Grypa i stan grypowy są łatwo zrozumiałe, ale nie umiem znaleźć polskiego dobrego odpowiednika dla terminu karcernoje położenije. Polega ono na tym, że zamiast w karcerze siedzimy wszystkie w swojej celi, ale stosuje się do nas wszystkie pozostałe ograniczenia mające miejsce w karcerze. Najgorszym jest chyba zakaz wychodzenia do ubornej. Ma ono zastosowanie wtedy, gdy ukarana jest cała cela, a nie poszczególne jednostki.

Oznacza to, że przez sześć dni nie mamy prawa wychodzić do ubornej i że będziemy otrzymywać tylko dwadzieścia deko chleba rano oraz jeden litr gorącej i dwa litry zimnej wody dziennie. Ale nie było nam tak źle, jakby się wydawać mogło i jak być powinno. W okresie kary przyszły bowiem do naszej celi dwie nowe więźniarki i im należała się normalna zupa, jako że nie brały udziału w naszym wybryku. Nasz dobry dyżurny daje nam zamiast dwóch porcji - aż czternaście, a więc trochę podjadamy. Ania natomiast siedziała w karcerze całe trzy dni i wróciła rozpromieniona. Flirtowała tam z jakimiś bandytami czy złodziejami. Dostawała od nich papierosy i cukierki. Naturalnie flirt był bardzo, bardzo platoniczny, bo przez ścianę lub drzwi. A my przez nią prawie głodowałyśmy!

Teraz wracam do dwóch nowych. Jedna z nich to jakaś samozwańcza akuszerka spod Trab w powiecie wołożyńskim - niejaka Uss. Kładą ją koło mnie na łóżku, bo jest w ciąży Druga jest bardzo ciekawym typem Wtedy wydawała mi się głupią wieśniaczką, wierzącą jedynie w męża, dzieci i sny. Dziś jednak patrzę na nią inaczej. Kim była, trudno określić.

Weszła do naszej celi z płaczem i ogromną paczką jedzenia, które podtrzymywało nas na ciele i duchu w czasie przymusowego postu. Katia Michniuk to typ, jakiego nie spotkałam ani w życiu, ani w książkach. Pozornie jej dusza jest otwarta, pusta i prosta jak dusza białoruskiego chłopa, ale w rzeczywistości tak nie jest. Ona ma w sobie cos więcej. To, czym inni chwalą się, ona skrzętnie ukrywa. Chce być - nawet dla nas najbardziej zaufanych - prostą chłopką i niczym więcej i udaje jej się to doskonale. Jest dla nas prostą, głupią chłopką prawie do końca.

Ciekawe były historyjki, które nam opowiadała. Charakterystyczny jest jej opis przybycia do więzienia w Mińsku. Przywieziono ją zamkniętym autem (pewnie sobacznikiem), więc myślała, ze ją wiozą na śmierć. Potem dyżurny otworzył izbę i kazał wejść do lezących szeregiem pozabijanych, nagich kobiet, więc ona padła na kolana i zaczęła błagać, żeby pozwolił jej jeszcze przed śmiercią trochę się pomodlić. W końcu dyżurny zrozumiał, o co jej chodzi (pewnie był to jakiś ludzki dyżurny), i zbudził "pozabijane" kobiety. Okazało się, że z uwagi na panujący w celi upał spały one tylko w staniczkach i maj­teczkach (przeważnie różowych), co powodowało, ze robiły wrażenie trupów. Wrażenie to potęgował jeszcze fakt, ze leżały obok siebie ściśnięte jak śledzie w beczkach lub sardynki w puszkach. Nie potrafię tego tak barwnie powtórzyć, jak ona to opowiadała, używając mińskiej gwary.

Inny przykład to jej relacja ze śledztwa. Kiedyś sledowatiel musiał wyjść i zostawił ją na chwilę samą w gabinecie, a po powrocie zapytał, czy nie wie czegoś o harmanizacji. Nie, panoczek - odpowiada Katia - Iszczytie! I sniała ja wopratku, ale jon każe: Dumają ty. Harmanizacja eto gdie mnoha ludziej sobierałasia i pro szto wy tam hutaryli. Zastanawia się przez chwilę babina, a w końcu odpowiada - Nu tak, panoczku, my wsie chodyli na końce wioski i w krinku karftoczki kidali. Chodziło jej naturalnie o głosowanie i tak też śledczy to odebrał. Rozzłoszczony, ze nic mu się z nią nie udaje, odesłał babę do celi. Zaczęłam ją uczyć polskiego. Od razu nauczyła się wyrażenia: "Bendzie śfietnie", a jaki z tego zrobiła użytek opowiem później.