Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Pokolenie trzecie

 

Jan Szot

 

W wiosce o wojnie mówiono od samej wiosny, krążyły nie wiadomo skąd czerpane wiadomości o szeregu potyczkach naszego wojska z Niemcami na Zaolziu, o poważnej bitwie z niemieckim atakiem na Bogumin. Wszystkie te potyczki kończyły się naszym zwycięstwem, zauważono nawet w masie niemieckich czołgów dużo było z dykty, puszczonych dla postrachu. Śmiano się z Hitlera i jego pogróżek, wierząc patriotycznie we własne siły. Jakże nie wierzyć, wystarczy zobaczyć choćby w Lidzie, jak na defiladzie dziarsko maszerują nasze chłopaki "Niedźwiadki" z 77 pułku piechoty. Albo lidzkich orłów - pilotów brawurowo wywijających pod niebem różne esy-floresy? Cóż mówić o Warszawie! Nie damy się mówili, wierząc, że Hitler będzie bał się zaatakować nas, tym bardziej, że zawarliśmy pakt wzajemnej pomocy z Francją i Anglią. W waleczność Francuzów wierzono, mając dowód z czternastego roku, a w potęgę militarną Anglii - królowej mórz nikt nie wątpił.

 

***

 

Dziwna rzecz wieści o wojnie, o potyczkach z Niemcami krążyły takie same i po wsiach i w powiecie nowogródzkim, gdzie wtedy pracowałem. Ani ja ani żona nie braliśmy tych wieści poważnie do serca, byliśmy młodzi i jak się mówi zakochani, zajęci sobą, nie zauważyliśmy coraz bardziej nadciągającej chmury, zwiastującej bliską burzę, wojnę. Byliśmy spokojni, szczerze przekonani o skutecznej obronie naszych granic zagwarantowanych przecie przez potęgi jak Wielka Brytania i Francja. Żyliśmy życiem spokojnym, sielskim, ja pracowałem starając się w terminie wykonać pomiary, a żona uzupełniła zapasy na zimę.

Obudziłem się o świcie mając dziwny sen, którego wtedy i później wytłumaczyć nie umiem. Śniło mi się: że szedłem brzegiem rzeki, nagle zauważyłem całe stosy ryb nieświeżych, okropnie cuchnących, poczułem obrzydliwy wstręt, aż obudziłem się. Sen był tak wyraźny, że przez chwilę nie mogłem zorientować się, że to nierzeczywistość. Nadrabiałem miną udając wesołość, ale przykrego wrażenia nie udało mi się ukryć, na pytanie zaniepokojonej żony musiałem powiedzieć prawdę. Słyszała to nasza gosposia, u której mieszkaliśmy.

Zaraz zobaczę do sennika, powiedziała. Niedługo przyszła, widziałem z miną bardzo niewyraźną.

Proszę pana, zaczęła z zakłopotaniem, sen pana jest niedobry, w senniku stoi: - śnić zgniłe ryby, nagła śmierć w rodzinie.

To niepodobne, udałem zdziwienie, przecie my zdrowi, młodzi. Żeby rozerwać nieprzyjemną rozmowę, spytałem może napisano tam w jakim czasie to będzie, może za sto lat, wtedy obojętnie mnie będzie jak będę umierał. W sny nie wierzyliśmy ani ja, ani żona, dlatego przy śniadaniu zapomnieliśmy o drobnostce, wszystko było normalne, ostatni dzień sierpnia złocił pola po czystym jak kryształ niebem.

Pierwszy września. Wiadomość o wybuchu wojny zaskoczyła nas, uważaliśmy, że Hitler zaryzykował wojnę nie mając innego wyjścia z ciężkiej sytuacji polityczno-gospodarczej. Twierdziliśmy w jakimś zaślepieniu, że wojna długo trwać nie może, że sojusznicy pośpieszą nam na pomoc i wkrótce agresorom upokorzą.

Nie zwlekając udałem się do Nowogródka do biura szefa. Zastałem go szykującego się na wojnę jako oficera rezerwy. Rozwiązał ze mną umowę o pracę, wypłacając wszystko co mi się należało, równocześnie polecił zawiesić prace pomiarowe, które prowadziłem, na czas nieokreślony. Komunikaty na drugi dzień były niewesołe, byliśmy zdumieni. Niemcy przekroczyli granicę w kilku miejscach i posuwali się naprzód.

Na próżno walczyliśmy o miejsce w autobusie: był tak przepełniony, że zawsze zostawaliśmy. Nie było innej rady musieliśmy wracać chłopską furmanką. W Nowogródku nasze mieszkanie zastaliśmy puste, dopiero sąsiedzi wyjaśnili nam, że gospodarz wyprowadził się w niewiadomym kierunku, zabierając wszystko swoje i nasze, zwłaszcza z takim trudem kompletowane meble. Zameldowałem o kradzieży na policji, sami zaś zdecydowaliśmy się jechać do ojca do Zarzecza, uważając niespokojnym czasem na wsi jest bezpieczniej i o kawałek chleba łatwiej.

Szczęście teraz nam sprzyjało, idąc na dworzec spotkałem znajomego urzędnika, któremu udało się wynająć samochód ciężarowy, wyprowadzał się z rodziną do Lidy i nas z sobą chętnie zabrał. Na szosie panował duży ruch, my wpadaliśmy w długie sznury aut, to znów byliśmy tylko sami. W połowie drogi przed Lidą szosa była tak zatarasowana, że jechaliśmy wolno w długim szeregu. Niespodziewanie pojawiła się eskadra niemieckich samolotów, zdaje się nikt nie zarządził alarmu, ale wszystkie samochody jakby zastygły w bezruchu, a wszyscy jadący skryli się w przydrożne rowy. Samoloty przeleciały nisko nad nami, nawróciły i lecąc wzdłuż szosy zaczęły obstrzeliwać z broni pokładowej i bombardować.

Skryliśmy się w głębokim rowie przy szosie, mnie jednak jakaś siła pchała dalej, choć nie wiem dlaczego, odszedłem kawałek dalej, przecie szanse ukrycia były takie same. Odszedłem nie dalej jak trzydzieści kroków, gdy zostałem obalony niby opadającym drzewem, usłyszałem straszliwy wybuch, od którego w uszach dzwoniło, za sobą zobaczyłem słup czarnego dymu sięgający bardzo wysoko. Pociemniało mi w oczach, zaniepokoiłem się o los żony i dziecka. Ledwo dym opadł byłem już na miejscu, zobaczyłem z przerażeniem, że z naszego samochodu zostały tylko drobne kawałki, lecz żony z dzieckiem, ani sąsiadów z którymi jechałem nie było. To mnie uspokoiło, sądziłem, że tak samo gdzieś odeszli.

Jakież było moje przerażenie, gdy znaleźć ich nie mogłem, zaś dowiedziałem się od naocznych świadków, że bomba spadła prawie w nich, więc nikt ujść nie mógł. Bezowocnie szukaliśmy szczątek ciał, znaleziono daleko od tego miejsca tył głowy, rozpoznałem po pięknym, długim warkoczu, że to mojej żony. Byłem zrozpaczony, myślałem, że takiego nieszczęścia nie przeżyję.

Przyszedł mi na myśl mój sen sprzed paru dni i to dziwne wytłumaczenie według sennika i to wypełnienie się tego. Czy to był tylko zbieg okoliczności, prosty przypadek, czy już z góry było pewne, że tak stać się musiało, więc byłby to niezależny od człowieka fatalizm, a może to, co nazywa się dopustem bożym, jeżeli tak, to za co?

Szczerze zbuntowałem się, właściwie nie przeciw ludziom, którzy wzajemnie mordują się, ale przeciw Bogu, że do mojej krzywdy dopuścił. Podniosłem hardo czoło, zwątpiłem w Opatrzność Bożą, nie mogąc zrozumieć celów bożych, ani prostego ludzkiego faktu, że wojna od każdego żąda jednakowo ofiar. Stałem się podobny do swego sąsiada Apanosa, czy do tego przysłowiowego Żyda, który wybierał się na wojnę. "Pójdę - powiada do żony - zabiję jednego, dwóch nieprzyjaciół i wrócę do domu".

A jeżeli ciebie zabiją, odpowiedziała żona.

Mnie, zdziwił się, a za co mnie?"

Do domu ojca wróciłem sam z pustymi rękoma, w jednym ubraniu, które miałem na sobie.