Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Danuta Letka

 

Wspomnienia z Lidy

 

Pierwsze słowa, których uczyłam się pisać, brzmiały: "Lida, dnia..." W początku lat trzydziestych XX wieku tak pisaliśmy datę na lekcjach i nazwa rodzinnej miejscowości była w moim dzieciństwie codziennie ze mną. Lida, o którą pokłócił się książę Litawor z księciem Witoldem w XIV wieku. Grażyna, czyli piękna księżna otrzymała Lidę jako bogaty posag, a spór o to bogactwo dostarczył tematu Adamowi Mickiewiczowi do jego powieści poetyckiej "Grażyna", wydanej w II tomiku poezji tego autora, w roku 1823. Bohaterka, szlachetna kobieta i wielka patriotka nie dopuściła do zdrady narodowej męża i jego przymierza z Krzyżakami i wolała zginąć. On romantycznie rzucił się na stos i spłonął razem z nią, doprowadziwszy wcześniej jako tajemniczy rycerz do klęski Krzyżaków. A wszystko poszło o Lidę...

Lida spełniała na północnych kresach wschodnich II Rzeczypospolitej podobną funkcję jak Lwów na południu, oczywiście w odpowiednio zmniejszonych proporcjach, ale porównanie jest zaszczytne, jeśli chodzi o ośrodek ekonomiczny, kulturalny, skrzyżowanie dróg kolejowych, łączących Wschód i Zachód.

Lida musiała ustąpić Nowogródkowi funkcji miasta wojewódzkiego, bo tam spędził swoje dzieciństwo wielki Adam. Względy literackie decydowały o randze miasta; o to miała Lida pewne żale do Nowogródka, ale z szacunkiem przyznawała, że Mickiewicz jest ważny, że trzeba mu ustąpić, choć Nowogródek jest mniejszy.

Na adresie naszych listów pisało się: Lida, powiat Lida, województwo Nowogródzkie. Na mapie szukało się czerwonych linijek skrzyżowania dróg kolejowych do Wilna i do Mołodeczna. A do Wilna w 1939 roku niebiesko-żółta Lux-Torpeda pokonywała odległość 100 km w ciągu godziny...

W Encyklopedii Państwowego Wydawnictwa Narodowego, wydanej w Warszawie, w roku 1966, czytam:

"Lida - miasto w Białoruskiej SRR; 28 500 mieszkańców (dane z roku 1959); produkcja maszyn rolniczych, przemysł spożywczy (między innymi - koncentraty spożywcze) (...)"

Ale to już nie ta Lida, gdzie produkowano "pepegi" i cukierki, gdzie królował polski język, gdzie na wygonie kosztem ofiarności społeczeństwa zbudowano piękną Szkołę Podstawową, wtedy Powszechną nr 2, nowoczesne gimnazjum, nową Pocztę. Tamta Lida została tylko w naszych wspomnieniach...

"Dziś dla nas, w świecie nieproszonych gości,

W całej przeszłości i w całej przyszłości

Jedna już tylko jest kraina taka,

W której jest trochę szczęścia dla Polaka,

Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie

Święty i czysty, jak pierwsze kochanie,

Nie zaburzony błędów przypomnieniem,

Nie podkopany nadziei złudzeniem,

Ani zmieniony wypadków strumieniem."

 

"Pan Tadeusz" - Epilog

 

Mój kraj lat dziecinnych jest najpiękniejszy na świecie, a dom rodzinny mógł być wzorem dla szczęśliwych dzieci.

Chodziłam do "freblówki". Wtedy nie używało się słowa "przedszkole" (rok 1930). Dziś wiem, że ta archaiczna dzisiaj nazwa pochodziła od nazwiska Fryderyka Frobla (Frebla, 1782-1852), pedagoga niemieckiego, który jako jeden z pierwszych w świecie zakładał przedszkola, nazywając je "ogródkami dziecięcymi". Bardzo różniły się one od współczesnych "przechowalni dziecka". Codziennie przynosiłam do domu nowe wiersze, tańce, piosenki, których uczyła nas łagodna i miła, pełna inicjatywy pani Karolina, niestrudzona w organizowaniu gier i zabaw, rozwijających osobowość dziecka. Pozostały zdjęcia z przedstawienia o Wiośnie, gdzie pomysłowość ubiorów jeszcze dziś imponuje.

Wśród dzieci był starszy o rok ode mnie śliczny chłopiec o śniadej buzi, miał czarne przenikliwe oczy, ciemną, kędzierzawą czuprynę i nieprzeciętny talent aktorski o ogromnej "vis comica". Potrafił wykonywać wiele akrobatycznych wręcz numerów i potrafił rozśmieszać nas do łez, a ja do śmiechu zawsze byłam pierwsza. Do dziś pamiętam, że nazywał mnie "małą myszką" i uważał za wdzięcznego widza (i słusznie), tak, że kiedy "myszki" nie było, nie chciał przedstawiać, mimo że go o to bardzo proszono. Nazywał się Stasio Krukowski. Dziś wiem, że zginął w partyzantce w czasie wojny.

Nasz dom był zawsze pełen książek. Wolałyśmy z Halą, moją jedyną starszą ode mnie o rok siostrą, dostawać książeczki niż czekoladki. Legenda rodzinna głosi, że miałam trzy lata, kiedy zaczęłam czytać Tatusiowi gazetę. Niektórzy "życzliwi" ostrzegali nawet mamusię, że to może źle wpłynąć na mój dalszy rozwój umysłowy. Biorąc pod uwagę, że przed ponad 40 lat uczyłam w Krakowie, w szkole średniej najtrudniejszego przedmiotu, jakim jest język polski, to mi chyba nie zaszkodziło. Ale wracamy do wspomnień. A więc: "Lida, dnia... np. 20 maja 1939 roku."

Pani Karolina wyszła na chwilę do sąsiedniego pokoju i zostawiła czytany romans, do którego się dorwałam i zaczęłam czytać głośno. Dzieci umilkły, usiadły koło mnie i słuchały - dobrze, kochane, miłe dzieci z freblówki. Wpatrzone we mnie oczy, cisza i skupienie, zainteresowanie - to chyba tam zaczęło się krystalizować moje powołanie nauczycielskie. Kocham swoją pracę i ani przez chwilę nie żałuję, że ją wybrałam.

Miałam prawo chodzić do przedszkola jeszcze przez rok, ale uznano, że mogę już iść do szkoły, do której już chodziła moja siostra, też o rok wcześniej.

Z ogromnym zachwytem wspominam "ogródek jordanowski", utworzony z inicjatywy pana pułkownika Śliwińskiego, którego córka, wyjątkowo piękna, Halinka, lubiła się z nami bawić. "Ogródek" był urządzony i utrzymany wzorowo, zupełnie według pomysłów genialnego Henryka Jordana, doktora z Krakowa. Dzieciom potrzeba powietrza, słońca, zabawy, ruchu - stąd piękne krzewy, drzewa, kwiaty, a wśród nich "zbieganka", "zjeżdżanka", huśtawki różnego typu, piaskownica z prawdziwego zdarzenia dla najmłodszych. Gęste krzewy tworzyły tajemnicze zakątki, w których można się było bawić w chowanego. Okrągła, drewniana i dosyć duża altanka z ławeczkami przytulonymi do ścian naokoło altanki, gdzie można schronić się przed deszczem, lub nadmiernym słońcem. Jakież wspaniałe były wtedy organizowane zabawy, pełne fantazji, dobroci i piękna! W dzisiejszym komputerowym świecie dziecko często jest samotne, uczy się zła i agresji. Później "ogródek jordański" uległ zaniedbaniu, a szkoda, bo to był prawdziwy raj dla dzieci. Graliśmy w "narodowości", w "figury", w "ploki", wreszcie całymi godzinami goniliśmy za piłką, grając w "dwa ognie". Wokół bloków koszarowych był tak zwany "małpi gaj", prawdziwa, naturalna zieleń, stworzona dla zabaw dziecięcych.

A oto niektóre zapamiętane nazwiska dzieci, które umiały się bawić: Mela Baranowska; Irka Krukowska; Irka Ochwatówna, Staś Ochwat, Zbyszek Borkowski, Juga Caputówna, jej dwaj braci bliźniaki, pełni temperamentu, Irka Tomysówna, Irka Janiakówna, Ziuk Stankiewicz, Basia Stankiewicz, Janka Usówna, Tadek Us, Hanka Gętkówna, Basia Gętkówna, Renia Szyszkowska, Truda Gutowska, Zbysiu Landowski, Irka Jodkówna, Andrzej Pochopień.

Przyroda opisana w "Panu Tadeuszu" jest naprawdę jedyna w świecie. Często Tatuś brał mnie na ramę roweru i jechaliśmy "w las", bujny, zwłaszcza na wiosnę, kiedy bogactwo białych anemonów było olśniewające, sasanki były puszyste, ptaki śpiewały, powietrze było krystaliczne. Często urządzane były wycieczki nad Niemen czy nad Dzitwę.

Pamiętam, jak żołnierze próbowali oswoić wilczycę, którą nazywali "Lida". Kiedy się do niej mówiło: "Lida, Lida", odpowiadała wyciem: "uuuu", jakby coś rozumiała, w końcu uciekła, przegryzając łańcuch.

Mamy prawo z Halą powiedzieć, że "schowałyśmy z niedźwiedziami". Godłem 77 p. p. był niedźwiedź i stąd w koszarach naszego dzieciństwa pojawiły się dwa żywe małe misie: Boy i Baśka. Początkowo chodziły sobie swobodnie, bawiły się z nami, ale jak dorosły, stały się groźne, postanowiono zamknąć je w klatce, a potem zabić, najpierw Boya, potem Basia.

Szkoła powszechna nr 2 im. Gabriela Narutowicza została wybudowana wtedy, kiedy nam była właśnie potrzebna. Pamiętam ją jako biały dwuskrzydłowy budynek, połączony wspólną salą gimnastyczną; jedno skrzydło szkoły było dla dziewcząt, drugie dla chłopców. Uczyli nas dobrzy, serdeczni ludzie, np. pani Pilecka, pani Zadurska, pan Hulpowski, pan Buko, pani dyrektor Howorko, ksiądz Kasperek. Pan Dramowicz prowadził szkolny chór znakomicie. Ciepło i jasno wspominam te czasy. Najbardziej pamiętam koleżanki taki jak: Janina Wanda Kasperowiczówna, Janina Wanda Siarkiewiczówna, Teresa Ścigalska, hrabianka Krasicka.

A kiedy kończyłyśmy szkołę, już stał nowo wybudowany obok - gmach gimnazjum im. Karola Chodkiewicza.

Mogłam trochę wyprzedzać wiadomości ze swojej klasy, bo miałam starszą siostrę (dzięki której nigdy nie byłam samotna), która się dobrze uczyła, a ja szybko uczyłam się od niej. W klasie zamiast "małej myszki" z freblówki nazywano mnie "kotek" i nauczyciele też tak nieraz do mnie mówili. Do najmilszych wspomnień z Lidy należą te, kiedy nauczycielki (dobre, ładne, kochane) brały mnie na ręce (byłam drobniutka i uśmiechnięta - ot, szczęśliwe dziecko) i zanosiły mnie do starszej klasy, gdzie kazały mi napisać na tablicy zadania z matematyki, czy zdania z języka polskiego i to potrafiłam. I najbardziej byłam ucieszona (i wzruszona przy wspomnieniu) kiedy moje starsze koleżanki, wysokie, dorodne nastolatki z klasy 6 lub 7, zamiast mieć do mnie pretensje, że się "wymądrzam" też nosiły mnie na rękach, były dla mnie miłe, całowały mnie jako kogoś bliskiego. - Gdzie mogą być tacy dobrzy, kochani ludzie, takie dziewczyny (do dziś pamiętam, jak niektóre z nich miały prężną, potężną posturę) - tylko w Lidzie, kraju mojego dzieciństwa.

Lubiłam zwiedzać Lidę i ze szkoły często wracałam okrężną drogą, a zaniepokojona Mamusia czekała już pod domem, co się ze mną dzieje. Opowiadałam z przejęciem np. o bagnach, na których leżały kłody drzew w charakterze chodnika, po którym miękko się szło, bo wilgotna ziemia kołysała się pod nogami - do dziś to pamiętam. Lasy, domy ludzkie, kiedy odwiedzałam koleżanki, to samo ciepło i serdeczność, np. dom Halinki Markiewicz, Irki Brejwo, czy Halinki Boczek.

Pamiętam dokładnie egzamin do gimnazjum nr 918, gdzie już chodziła moja siostra. W tym systemie były 4 klasy gimnazjum ogólnokształcącego i 2 klasy liceum specjalistycznego - matematycznego lub humanistycznego. Właśnie kończył się system ośmioklasowego gimnazjum i ostatnia klasa ósma zdawała maturę.

W 1937 roku o przyjęcie starało się około trzystu kandydatów - tyle młodzieży chciało się uczyć w naszej kochanej Lidzie. Utworzono dwie klasy i byłam szczęśliwa, że się dostałam. Pamiętam temat wypracowania egzaminacyjnego z języka polskiego: "Lubię słońce". Z ustnego byłam zwolniona z języka polskiego, ale matematykę musiałam zdawać i do dziś jestem wdzięczna profesorom za ich życzliwość i dobroć, kiedy przeżywałam stres pierwszego w życiu poważnego egzaminu. Mamusia przyszyła mi zaraz niebieską tarczę do mundurka, ja marzyłam już o czerwonej, którą nosili licealiści. A potem szły dalsze marzenia o studiach w Uniwersytecie im. Stefana Batorego w Wilnie, że może nasza kochana Lida jak wybudowała nam Szkołę powszechną i gimnazjum, to może w porę w porę wybuduję filię Uniwersytetu...

Budynek gimnazjum szary, elegancki i nowoczesny, owiany był niezwykłymi wiadomościami, że wybudowano go tyłem do ulicy Szkolnej, że dzieci projektantów odwróciły plany, że podobno potem architekci popełnili samobójstwo. Żeby uratować rozwiązania urbanistyczne zbudowano ulicę z tyłu gimnazjum i tam usytuowano nową pocztę, zgodnie z frontem gimnazjum. Niezwykły, kochany przez nas budynek, otoczony pięknym, zadbanym ogrodem i boiskami do gier i zabaw fizycznych z prawdziwego zdarzenia. Obok głównego gmachu był domek jednorodzinny, w którym służbowo mieszkał woźny, prawdziwy gospodarz terenu. Wtedy wspaniałym woźnym był młody pan Tołłoczko. Miał żonę i dwoje dzieci, a jego żona była siostrą mojej ówczesnej przyjaciółki, która przyjechała do nas aż z Wilna, Marysi Jarysty.

Pamiętam, jak po szkolnym ogrodzie maszerował bocian ze złamanym skrzydłem. Maciuś nie mógł odlecieć do ciepłych krajów i był naszym ulubieńcem. Na niskim parterze był umieszczony gabinet biologiczny z egzotycznymi roślinami, glonami, traszkami itp. - pod opieką pani profesor Kleidienst. To była osobna bajka w świecie roślin i zwierząt, kiedy się tam miało dyżur.

Grono pedagogiczne wspominam jak najmilej i z największym szacunkiem. Ksiądz Piotr Bajkiewicz był niezwykłym człowiekiem, wiele Mu zawdzięczamy, jeżeli chodzi o kształtowanie naszych charakterów. Uczył nas cenić każdą chwilę, sam dawał nam przykład pracowitości, np. chodząc po ulicach Lidy odmawiał przy tym brewiarz, odrzucając od czasu do czasu swoją dużą, czarną pelerynę. Potrafił wciągnąć nas w zaczarowany świat godzinek, Sodalicji Mariańskiej, rozmyślań filozoficznych, rozważań teologicznych. To on organizował wycieczki do kościołów wileńskich, uczył podziwiać barokowe piękno kościoła św. Piotra i Pawła, gotycki wdzięk kościoła św. Anny, ten sam, który chciał na dłoni przywieźć do Paryża sam Napoleon.

Pani profesor Sadowska uczyła historii, była piękna, elegancka i kulturalna, opiekowała się organizacją Polskiego Czerwonego Krzyża, organizując ciekawe imprezy. Młodym i lubianym przez nas matematykiem był pan profesor Piotr Jasiewnowicz, nazywany "Bułeczką". Był wysoki i szczupły, śpiewaliśmy o Nim piosenkę:

"Moje wielkie szczęście, to ta jedna chwileczka,

Kiedy Piotruś-Bułeczka tróję z matmy mi da..."

Języka polskiego uczyła pani profesor Włóczewska, przezywana "Mączką". Przystojny p. prof. Sadzewicz uczył łaciny. W II klasie tego przedmiotu uczyła naszą klasę pani prof. Jadwiga Mostowiczówna, siostra znanego pisarza Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Umiała ona snuć na lekcji przepiękne opowieści. Języka niemieckiego uczył p. prof. Kleidienst - "Rue", jego żona uczyła biologii, geografii uczył p. prof. Rutkowski. Zajęcia z robot ręcznych i śpiewu prowadziła pani prof. Kołoksza. Dyrektorem był pan Mętlewicz. Dobrym dyrektorem.

Z koleżanek i kolegów zapamiętałam tylko niektóre nazwiska: Halinka Markiewicz, Lala Budzewicz, Marysia Bukatko, Irka Jodkówna, Halinka Dworzecka, Marysia Jarysta, Hela Jusisówna, Lodzia Krauze, Kiśka Głąbikówna; Teodor Jaszkiewicz, szkolny poeta, Jurek Czerniak, Staś Buturla.

Lekcje wychowania fizycznego to cała osobna historia. Sale gimnastyczne były dwie, jedna duża na dole i mała na II piętrze, obok której była tzw. "mała szatnia", ulubione, kameralne miejsce naszych spotkań i rozmów dziewczęcych. Marysia Jarysta miała do tej "salki" klucz i wejście tam miało posmak przygody. Gimnastyki uczyła nas pani prof. Popkówna, nazywana Zeksówką, a chłopców uczył bardzo przystojny "Zeks", nazwiska nie pamiętam, przezwisk nie umiem wytłumaczyć.

Oprócz godzin ćwiczeń cielesnych (tak się to wtedy nazywało na świadectwie, Hala raz przeczytała: ćwiczenia cielęce i bardzo się z tego śmiałyśmy) w sali gimnastycznej, wzorowo wyposażonej w drabinki, trapezy, kozły do skakania, materace, były po południu dodatkowe "gry i zabawy", które dostarczały wielu przyjemności. W zimie chodziliśmy na ślizgawkę. Pamiętam sportową sławę szkolną: wysoki i bardzo miły kolega Wojtulewicz miał świetne wyniki w skoku o tyczce, lubiliśmy go podziwiać, kiedy ćwiczył.

Osobną sprawą były specjalnie projektowane dla dziewcząt naszej szkoły kostiumy gimnastyczne, całe granatowe, zapinane na ramionach, gdzie były piękne perłowe i dość duże guziki. Naprawdę ładnie to wyglądało, kiedy ćwiczyliśmy. Pamiętam, że krawcowa, która nam to szyła, wzięła mnie na rozmiar nr 4 i według mojej miary szyła innym, różnie małym moim koleżankom te piękne kostiumy. Pamiętam też, że w II klasie oddałam swój kostium nowo przybyłej uczennicy, a mnie musiała szyć nowy kostium moja zawsze pomocna Mamusia, ale już nie dostała takich , perłowych guzików i miałam je bardziej matowe. Ale myśl o dobrym uczynku upiększała i mój kostium.

Mundurki szkolne, noszone codziennie, musiały być przepisowe, sam pan Dyrektor sprawdzał długość spódniczek od ziemi (15 cm?). Granatowe, z niebieskimi wypustkami (a wciąż marzyłam o czerwonych) ujednolicały nasz wygląd i to było dobre. Różniłyśmy się białymi kołnierzykami, np. nasza Mamusia ślicznie ozdabiała nasze kołnierzyki szydełkowymi koronkami. Koleżanki zauważyły, że jak miałam różową koronkę, to klasówki nie będzie, a jak z zieloną - to na pewno będzie.

Nasza Mamusia skończyła 19 listopada 1991 r. - 90 lat i jest nie tylko pełnosprawna, ale teraz wyhaftowała mi piękną serwetkę. Przez całe życie mogłyśmy być dumne z Naszych Rodziców, bardzo Ich kochać, co uważam za wielką łaskę od Boga.

Obydwie z Halą lubiłyśmy deklamować wiersze na akademiach szkolnych. Publiczność była mi bardzo życzliwa, a największe brawa dostałam, kiedy zaczęłam mówić wiersz rozpoczynający się od słów: "Coś opowie wam pokrótce" - i zapomniałam dalszego ciągu, powtarzając bezradnie i pewnie bardzo śmiesznie (do dziś słyszę ten szczery, głośny wybuch śmiechu) że coś opowiem wam, ale - nie wiem, co... Potem przyszła chwila opamiętania, wierszyk powiedziałam (dotyczył korzyści oszczędzania w PKO), dostałam brawo, a p. prof. Sadzewicz powiedział mi, że jestem dobrą aktorką komiczną. W pracy nauczycielskiej, moim zdaniem, poczucie humoru jest konieczne.

Harcerstwo - wielkie przeżycie. To była prawdziwa nasza organizacja. Pamiętam tylko jedno nazwisko wspaniałej druhny: Wróblewska. Pięknie zorganizowany opłatek w 1938 roku. Obóz w lipcu w Sobotnikach, 45 km od Lidy, nad rzeką Gawią, wśród pięknych, mickiewiczowskich lasów. Niezapomniany, świetnie prowadzony obóz, na którym zdobywało się różne sprawności, przeżywało się głęboko - piękne ogniska, uczyłyśmy się alfabetu Morse'a, poznanych piosenek nikt nie zliczy... Obok był obóz męski, razem organizowaliśmy wspaniałe nocne podchody, celem których było np. zdobyć chorągwi z masztu; co, trzeba przyznać, bardziej udawało się chłopcom, ale my za to przy ognisku śpiewałyśmy o nich złośliwe piosenki w rodzaju:

"A dlaczego w Gawii mętna woda płynie,

To nasi harcerze umyli naczynie..."

Obóz harcerski tego typu uczył zaradności życiowej: troska o porządek, dyżury w kuchni, wyprawy po czarne jagody na pierogi; jakaś tych jagód była obfitość, do dziś, kiedy zamknę oczy widzę pełne koszy pięknych granatowych owoców, poziomek było mniej, a może mniej nam były potrzebne, ależ jakie były pachnące i słodkie. A woda była taka czysta, trawa taka zielona... Teraz to tylko wspomnienia.

Na wyobraźnię dziecięcą oddziaływał Zamek Grażyny, gdzie w zachowanych czterech ścianach dziedzińca odbywały się uroczystości z okazji 3 Maja. W równinnej okolicy, gdzie nasyp kolejowy (ten, prowadzący do Mołodeczna) był jedynym wzgórzem, z którego można było zjeżdżać na nartach - góra, na której wznosił się zamek, całkiem wysoka, została wysypana specjalnie przez ludzi i budziła podziw dla ich pracowitości i możliwości. Na samej górze, tuż przy murach zamku rosły dwa dziwne drzewa. Dwie sosny splecione konarami ze sobą tak ściśle, że tworzyły niemal dach ochronny w sposób niezwykły, ornamentacyjny, bajkowy. I krążyła legenda, że piękna księżniczka nie mogąc połączyć się ze swoim ukochanym niższego stanu, rzuciła się razem z nim do fosy i w tym miejscu wyrosły te dwa kochające się drzewa. Legenda ta mówiła jeszcze, że w noc świętojańską, o północy z tych drzew zamiast soków płynie krew. Brat mojej koleżanki, Irki Jodkówny miał to sprawdzić razem z kolegą w nocnej wyprawie z nożami, ale coś ich spłoszyło i nigdy nie dowiedziałyśmy się z Irką, czy to prawda, a bardzo byłyśmy ciekawe.

Druga legenda mówiła, że jeżeli te drzewa uschną, Polski już w Lidzie nie będzie. I w roku 1939 uschły. Piękne, choć smutne legendy. I tak zawalił się świat. Znikło dziecinne szczęście. Przestał istnieć świat związany z Lidą.

Zazdroszczę Hali, że jedzie na Zjazd Lidzian w dniach 21-26 maja 1992 roku. Życzę jej dzielnego przetrwania tych kilku dni, kiedy czas stanie i znów będzie widzieć tę naszą cudowną krainę dzieciństwa wśród pięknej przyrody i ciepłych, serdecznych ludzi. Z powodu choroby nie mogę jechać, ale sercem jestem z Wami, tam w Lidzie, której już nie ma, a która żyje w naszej pamięci i w naszej do niej miłości.

Wyrażam ogromne uznanie dla Organizatorów tego Zjazdu. To jest naprawdę godne wielkiego podziwu, że po latach Lidzianie mogą zobaczyć swoje wspomnienia z lat dziecinnych, zobaczyć swoją daleką i zawsze tak bliską Lidę. Dopóki są tam tacy ludzie jak Ci Organizatorzy, wspaniali ludzie - te "korzenie" naszego życia są żywe. Dziękujemy.