Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Sergiusz Piasecki

 

Zapiski oficera armii cyerwonej

 

Poszedłem ja do swego pokoju i oglądam wszystko. Ale chodzić było niewygodnie, bo dywany przeszkadzają. Wyszedłem ja na balkon. A tam pełno kwiatów w donicach. Patrzę ja na miasto. Wieczór się zrobił. Słyszę: nasi bojcy Kartusze śpiewają. To i ja za nimi podciągną­łem. A potem jak zaświstałem, to tak mi smutno zrobiło się. I Duniaszka się przypomniała. Jaka była taka była, ale zawsze baba i swoją przyjem­ność z nią miałem. Postanowiłem, że list do niej napiszę. Poszedłem ja do pokoju, światło zapaliłem i do mojej sympatii takie oto pismo wy­szykowałem:

"23 września, 1939 roku Miasto Vilnius

Najukochańsza Duniaszka!

Piszę do Ciebie ten list z samego centrum polskiej, burżuazyjnej jaskini. Potężnym ciosem naszej żelaznej, czerwonej pięści zmiażdży­liśmy polskich, faszystowsko-kapitalistycznych generałów i wyzwoliliś­my z ucisku burżuazyjnego jęczący w szponach tyranów polski, robotniczo-włościański naród i wszystkie inne narodowości, nielitościwie gnębione i eksploatowane przez krwiożerczych panów.

Ja szedłem na czele całej Armii Czerwonej i biłem faszystów i ich pachołków, dopóki nie uciekli w popłochu. Mieszkam ja w pięknym domu, którego właściciel-kapitalista uciekł. Tutejsze burżujki naznosiły mi kwiatów i zasłały cały pokój dywanami. A to wszystko ze stra­chu. Codziennie pływam w wannie. Wanna to są duże niecki, zrobio­ne z żelaza, do których nalewa się wody, i cały człowiek, nawet z noga­mi, może w nich się zmieścić.

Możesz być dumna ze swego Miszki, który hardo krocząc pod sztan­darem Lenina-Stalina, zmiótł na wieki zwierzęcy opór polskich zabor­ców i wyzwolił wszystkie, jęczące w kajdanach, narody.

Pisać do mnie możesz na Vilnius, bo pewnie przez jakiś czas tu jesz­cze będziemy. Dokładny mój adres jest na kopercie.

Ściskam mocno twoją dłoń i łączę komsomolskie pozdrowienie. Lejtnant bohaterskiej Armii Czerwonej,

Michaił Zubow"

Skończyłem ja list, zdjąłem buty, żeby za dywan nie czepiać się, i spaceruję sobie. Trzech tankistów nagwizduję. Aż tu słyszę: ktoś do drzwi puka.

- Wejść - powiedziałem.

Do pokoju weszła dziewczynka lat dziesięciu. Sprytna taka. Widać od razu: burżujskie nasienie. Oczy po kątach latają. Pewnie na prze­szpiegi ją przysłali, żeby zobaczyła, co ja robię.

- Mamusia - powiada - na herbatę was prosi.

Myślę ja sobie: iść, nie iść? Ale poszedłem. Byłem ciekaw zobaczyć, jak burżujki herbatę piją. Otóż przychodzę ja do ich stołowego pokoju. Widzę: biały obrus na stole leży, a na nim pełno różnych drogocennych naczyń. Ser na talerzu położony, mleko w dzbanku, wędlina jakaś, cu­kier w cukiernicy. Tylko chleba było mało. Więc ja powiedziałem: "Zaczekajcie chwileczkę". I wyszedłem. Wróciłem do swego pokoju i myślę: "Czy kilo chleba wziąć, czy cały bochenek?". Ale może dużo zeżrą? I mnie też jeść się zachciało. Wziąłem ja duży bochenek, przy­niosłem do nich i położyłem na stole. "To - powiedziałem - do wspól­nego użytku".

- Ale na co to? - mówi jedna. - Chleba u nas dużo, tylko nie krajamy wszystkiego, żeby nie sechł.

- Nic - powiedziałem. - Proszę się nie krępować i jeść, ile tylko która chce. Mnie stać na to, żeby i dwa takie bochenki kupić!

Popatrzyły one po sobie. Widocznie zadziwiająca była moja hoj­ność. Herbaty mnie nalały... No, nic, rozmawiamy. Ta, co rosyjskim dobrze włada (Maria Aleksandrowna się nazywa), częstuje mnie: "Pro­szę sera! Proszę wędliny! A czemu masła na chleb nie smarujecie?"

- Gdzie masło? - spytałem.

Podsunęła ona mnie taki specjalny spodek z przykrywką, a w nim coś żółtego jak wosk. Więc ja powiedziałem:

- A, tak to i jest masło! Mnie mama opowiadała, że kiedyś u nich też z mleka masło robili.

Zacząłem ja to ich masło na chleb smarować. Ale niewygodnie. Wałkuje się tylko. To trzeba by łyżką jeść, a nie smarować. Wtedy ja sobie kawałek wędliny wziąłem. Ale cienko burżujki nakrajały. Wi­dać, że skąpe są.

No, nic. Rozmawiamy. Pytam ja je: jak która się nazywa? Więc Ma­ria Aleksandrowna na jedną pokazuje i mówi: "Pani Zofia". A druga okazała się panią Stefanią.

- A jak mała się nazywa? - spytałem.

- Andzia.

- Czemu nie pani Andzia?

- Bo dzieci u nas się woła tylko po imieniu. Gdy dorośnie, to bę­dzie panna Andzia.

"Naturalnie - pomyślałem - dopiero ją muszą na faszystkę i wroga ludu pracującego wyuczyć. Też dobrą gadzinę by z niej zrobili, jeśliby nie nasza radziecka władza przyszła! Teraz skończą się te pańskie sztuczki!".

No, nic. Siedzimy sobie i rozmawiamy dość kulturalnie, to o pogo­dzie, to o urodzaju. Widzę, że i ja ich sobaczy język trochę rozumiem. A czego nie rozumiem, to mi zaraz Maria Aleksandrowna tłumaczy. I wszystko byłoby dobrze, ale jedna z nich (ta starsza: pani Zofia) mówi do mnie łamanym rosyjskim językiem:

- Panie lejtnancie, czy długo będziecie u nas w Wilnie? Bardzo mi to pytanie nie podobało się. Od razu zrozumiałem, że chciała sprytnym sposobem, od czerwonego oficera, strategicznych zamiarów wyższego dowództwa dowiedzieć się. Ale ja w lot ją roz­gryzłem. Znamy się na faszystowskich wybiegach! Więc odpowiedzia­łem bardzo grzecznie i spokojnie, chociaż, właściwie, w mordę z miejs­ca bić należało się.

- Ile nam będzie chciało się, tyle tu i będziemy. A ona znów:

- Panie lejtnancie, czy podoba się panu nasze Wilno?

Zgrzytnąłem ja zębami. Kpi, cholera, ze mnie, czerwonego oficera i uczciwego bolszewika. Drugi raz już mnie "panem" nazwała. Ale zacisnąłem ja pod stołem pięści i staram się wytrzymać.

- Po pierwsze - powiadani - nie Wilno, lecz Vilnius. Ot co. Po dru­gie: nie wasze, ale nasze. Po trzecie: nie podoba mi się wcale, bo żadnej kultury nie ma. Nawet na dworcu woszebijki nie zauważyłem. Cóż to za życie! Cóż to za higiena! Cóż to za kultura!

Tu wtrąciła się Maria Aleksandrowna i mówi tak czysto po rosyj­sku... bardzo to jest podejrzane i trzeba będzie o tym do NKWD zamel­dować. Więc powiada:

- Woszebijek u nas istotnie nie ma. Ale to dlatego, że wszy nie mamy. Więc po co woszebijki?

Same wy wszy jesteście - pomyślałem i powiadam:

- Woszebijki są potrzebne jako urządzenia sanitarne i higieniczne. Myszy też może nie być, a ot, kotów u nas wszędzie mnóstwo. Ot co.

A tamta pierwsza (pani Zofia) znów do mnie zwraca się i widzę ja: morda chytra, chytra, chytra!

- Panie lejtnancie...

Ale ja tym razem dokończyć jej nie dałem. Rzuciłem nóż na stół i ryknąłem:

- Stul pysk, stara małpo! Żaden ja ci pan nie jestem, lecz obrońca proletariatu! Jestem od tego właśnie, żeby taką zarazę faszystowską jak ty niszczyć! Rozumiesz?! A jak nie rozumiesz, to ja ci zaraz to ręcznie wytłumaczę!

Jak machnę ja pięścią w stół, tak szklanki po nim i zaskakały. Dzie­wczynka płakać zaczęta. A Maria Aleksandrowna błaga mnie i omal też nie płacze.

- Michaile Nikołajewiczu - powiada. - Nie gniewajcie się. Ona to nieumyślnie. U nas do każdego mówi się: pan. Nawet do żebraka. To tak samo jak we Francji "monsieur" albo w Anglii "mister".

Ale ja nie dałem się ułagodzić takim chamkom.

- Zaczekajcie trochę - powiedziałem. - Zrobimy porządek i z pana­mi, i z musjami, i z mistrami! Na wszystkich czas przyjdzie i dla każdego odpowiednie miejsce się znajdzie! A mnie, uczciwemu człowie­kowi, w waszym pańskim towarzystwie siedzieć i herbatę spijać nie wypada! Do widzenia!

Wstałem ja. Naturalnie: splunąłem. I dumnie wyszedłem. Nawet chleba swego ze stołu nie zabrałem. Niech uduszą się nim podłe faszystki!

Poszedłem ja spać. Łóżko, widzę, wysoko nasłane. Kołdra duża, lek­ka, miękką w białą powłokę wsunięta. A na powłoce też różne tam kwiatki, listki i motylki powyszywane. Dwie poduszki są... też w powłoczkach z kwiatami. No i prześcieradło. A wszystko to takie białe, jak­by białą farbą pomalowane. Ja nawet palec pośliniłem i spróbowałem: czy maże?

Wlazłem ja w to ich łóżko i cały w nim utonąłem. Tylko nos na wierzchu. Kręciłem się ja, kręciłem i nic: sen nie bierze. Nie dla mnie, porządnego bolszewika, takie burżujskie wynalazki! Jak oni w takim czymś z babami śpią?... Wylazłem ja z łóżka, poduszkę pod ścianą położyłem, kołdrą owinąłem się i w dwa momenty usnąłem.

Rano wstaję. Widzę: słońce świeci. Pięknie.

Wyszedłem ja na balkon. Duży kawał miasta widać i rzeka też pły­nie... Westchnąłem ja: cudnie!... Niebo błękitne, błękitne, błękitne... Ot, myślę ja sobie, uszyłbym ja z takiego błękitu dla siebie koszulę, a dla Duni spódnicę.

 

8 października 1939 roku Vilnius

Wczoraj otrzymałem ja miesięczną pensję: 700 rubli. Prowiant też wydali na cały tydzień naprzód: chleb, krupa, cukier, ryba, słonina, herbata i paczka tytoniu. Ot - pomyślałem ja sobie - żeby robotnicy państw kapitalistycznych zobaczyli jak dba Związek Radziecki o swego obrońcę! Chleb, co prawda, był spleśniały; rybę trochę czuć, ale jeszcze jeść można; krupy potarły się na mąkę i jakby stęchły; słonina, natu­ralnie, zjełczała - pewnie dalekiego transportu nie wytrzymuje; połowę tytoniu jakiś drań z paczki wyciągnął i trocin dosypał; cukier mokry -dla wagi. Ale to nieważne. Ważna jest troska o nas i pamięć. Otóż to właśnie.

A 700 rubli bardzo mi się przydało. Okazało się, że tu można za te pieniądze mnóstwo różnych dobrych rzeczy kupić. Ale trzeba spie­szyć, póki burżuje nie opamiętali się i nie pochowali. Nasze władze taki kurs ustanowiły: l rubel jest równy l złotemu... Za 700 rubli co by ja u nas kupił? Nawet na lepsze buty nie wystarczyłoby. A tu: para trzewików 20 rubli, kilo cukru l rubel. I wszystkiego ile chcesz. Na­wet w kolejce stać nie trzeba. Dobrze żyto się tu burżujom na krzyw­dzie proletariatu. Ale teraz i my pożyjemy rozkosznie zawdzięczając to władzy radzieckiej. Ja już trzy dni tylko kiełbasę jem. A na biały chleb to i patrzeć nie chcę, jedynie bułki różne wcinam.

Dziś rano wstąpiłem ja do zegarmistrza. Blisko mnie mieszka. W ok­nie u niego duży zegar jest, więc zawsze, gdy chciałem wiedzieć, która jest godzina, na dół schodziłem popatrzeć. W bardzo wygodnym pun­kcie mieszkanie otrzymałem i dlatego ceniłem je nadzwyczajnie. Otóż wstępuję ja do zegarmistrza i pytam, czy nie ma czasem zegarka na sprzedaż.

- Jaki chcecie? - spytał on mnie.

- Najlepszy, jaki może być. Wiele by taki kosztował?

- Mam ja - powiada - doskonały zegarek słynnej firmy "Omega". Ale cena duża. Nie wiem, czy kupicie.

-Ile?

- 120 rubli.

- Pokaż.

Rzeczywiście zegarek piękny, ale czy dobry: czort go wie. Może chce oszukać pachołek imperialistyczny. Wtedy ja jemu powiadam do-rzecznie:

- Twoja "Omega" bardzo mi podejrzaną wydaje się. Ot żebyś miał "Kirowski" zegarek, to bym chętnie kupił. To nasza sowiecka firma i oszustwa żadnego nie może być.

A on zaraz szufladkę u stolika otworzył i "Kirowski" zegarek wyjął. U naszego dowódcy pułku widziałem taki. Wszyscy oficerowie zegarka mu zazdrościli. A on go otrzymał od rządu, jako "praktyczną nagrodę" za wyróżniającą się służbę.

- Sprzedajesz? - pytam.

- Naturalnie. Z tego żyję.

- Wiele kosztuje?

- 30 rubli.

- A czy dobry?

- Zupełnie dobry. Gwarancję na rok ode mnie otrzymasz.

- Ale czemu taka różnica: burżujska "Omega" 120 rubli, a nasz so­wiecki zegarek 30 rubli.

- Taka już - powiedział on - i różnica. Trudno mi wam to wytłuma­czyć.

Pomyślałem ja sobie: co tu robić? Różnica w cenie wielka. Ale "Ki­rowski" zegarek jest kieszonkowy. Na rękę, żeby ludzie widzieli podziwiali i zazdrościli, nie włożysz. A w kieszeni nosić też niezbyt wygod­nie. Duży drań i ciężki. No i na łańcuszku musiałbym go uwiązać, aby któryś z kolegów nie skradł. Pomyślałem ja sobie: "Ech, było nie było: kupię >Omegę<. U nas w Związku pewnie z 50 razy tyle otrzymam, jeśli zechcę sprzedać". No i kupiłem. Włożyłem ja go na rękę i poszed­łem na spacer. Rękaw wysoko w górę podciągnąłem, żeby ludzie wi­dzieli iż jestem przy zegarku. Przyjemne takie samopoczucie. Chcę wiedzieć, która godzina: tylko rękę w górę podniosę, spojrzę i już wiem. Tak samo: zapyta ktoś o godzinę, to mu zaraz odpowiem: "Proszę bar­dzo: trzecia dziesięć. Dokładny czas. Możecie być pewni, bo zegarek mój najlepszy, światowej firmy. >Omega< się nazywa". Tak, przyjem­nie bardzo. A wszystko to zawdzięczam ja naszej radzieckiej władzy i WIELKIEMU Stalinowi.

Kupiłem ja jeszcze kilogram kiełbasy i szoruję do domu. Myślę so­bie: trzeba do dozorcy wstąpić. Niewyraźny on jakiś. Te jego buty z cholewami najwięcej podejrzane są. Jednakowoż proletariacki obo­wiązek spełnia teraz. A buty może on i w uczciwy sposób zdobył. Mógł, na przykład, gdzieś jakiegoś kapitalistę przycisnąć, gardło mu poder­żnąć ł buty z nóg ściągnąć. Więc idę ja do sutereny i pukam.

- Proszę - posłyszałem.

Wchodzę ja. Cała rodzina za stołem siedzi i obiad żrą. Smażone mię­so pachnie.

- Dzień dobry! - powiadam. - Przepraszam, że przeszkadzam.

- Nic... Proszę siadać - powiadają.

Usiadłem ja i patrzę. Słodko dranie żyją! Wszyscy czysto ubrani, dobrze obuci, mięso żrą, herbatę z cukrem piją i to ich masło na stole zauważyłem. A robotnicy i chłopi pewnie z głodu zdychają! Ale nie mówię im tego, tylko powiadam:

-Zegarek ja dzisiaj kupiłem. Najlepszy światowej firmy. "Omega" się nazywa.

Rękę pokazuję. Dozorca okulary włożył i patrzy.

- Tak - powiedział. - Istotnie "Omega". Ja też miałem kiedyś "Omegę" na rękę. Ale niewygodnie mnie było przy robocie. To węgiel z piwnicy noszę, to drzewo rąbię. Można łatwo uszkodzić. To ja sobie kieszonkową "Cymę" kupiłem, a "Omegę" starszemu synowi oddałem. Do szkoły chodził. Też musiał czas widzieć... Wiele zapłaciliście?

- 120 rubli.

- Cena odpowiednia. A zegarek niczego sobie: dobry. Posiedziałem ja u nich trochę i poszedłem. Nie wypada mnie, bol­szewikowi, z burżujami zadawać się. Cała rodzina przy zegarkach. A jeszcze jeden, duży, na ścianie wisi. A drugi, okrągły z dzwonkami, w kącie na stoliku stoi. Dozorca!...