Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Zapiski oficera armii cyerwonej

 

9 października 1939 roku

Vilnius

Wstaję ja dziś rano i pierwsza rzecz na zegarek patrzę. A on drugą pokazuje. Co za czort? - myślę. Posłuchałem ja: nie chodzi. Potrząsłem go: też nic - nie funkcjonuje. Ot i orżnął mnie burżujski zegarmistrz! Trzeba było "Kirowski" kupić. Bardzo ja zdenerwowałem się i nawet na kiełbasę apetyt straciłem. Tylko ubrałem się jak najprę­dzej, pistolet załadowałem i od razu do zegarmistrza walę. Przychodzę i nie witając się z miejsca mu powiadam:

- Cóż to za kpiny? Za taką hecę ja mam prawo tobie zaraz w łeb pal­nąć! Gwarancję dawałeś mi na rok, a zegarek na drugi dzień zepsuł się.

- Może uderzyliście go albo spadł?

- Jestem oficer i kulturalny obywatel Związku Radzieckiego. Wiem, że zegarka na ziemię nie rzuca się. Tylko ty mnie zepsuty zegarek sprzedałeś. Ale to ci łatwo nie ujdzie!

- Proszę mi pokazać zegarek - powiedział zegarmistrz.

Dałem ja mu "Omegę". On szkiełko w oko wsadził, zegarek otworzył i patrzy. Potem uśmiechnął się tak jadowicie i zegarek za­mknął. Później główkę przy zegarku palcami uchwycił i zaczął ją krę­cić. Potem posłuchał i podaje mi "Omegę".

- Zegarek - powiada -jest w porządku, tylko trzeba raz dziennie go nakręcać, bo mechanizm jest poruszany sprężyną.

Ale ja to już i sam zmiarkowałem. Lecz żeby drań się nie cieszył, że niby taki mądry jest, to ja jemu powiedziałem:

- U nas w Związku Radzieckim, lepsze zegarki nakręca się elek­trycznością.

I z zachowaniem mojej komsomolskiej godności dumnie wyszed­łem. Nawet nie pożegnałem się. Niech nosa do góry nie zadziera!

Dziś list od Duniaszki otrzymałem. Zdziwiłem się ja bardzo: jeszcze trzech tygodni nie minęło jak ja list do niej napisałem, a już odpowiedź mam! Dobrze pracuje nasza radziecka poczta. Możemy być wzorem dla całego świata. I koperta nie uszkodzona. Widocznie cenzura listem moim nawet nie zainteresowała się... Ale potem okazało się, że list ten przez okazję otrzymałem. Kolejarz znajomy do Vilniusa jechał, więc Duniaszka mu list dała. A on wprost tu przyniósł. Szkodą że nie zastał mnie w domu. Ale może to i lepiej. Zawsze bezpieczniej z obcym człowiekiem nie gadać. Bardzo mi list Duni spodobał się, więc przepisuję go dosłownie:

"Kochany mój Miszeczka!

Bardzo jesteśmy z ciebie dumni, że tak dzielnie spełniasz swój bol­szewicki obowiązek i gromisz bandy polskich, faszystowskich genera­łów. Niech nie znęcają się, bandyci, nad roboczym kłasem i nie mordują proletariatu. Ja bym do ciebie, mój bohaterze kochany, na skrzydłach jak jaskółka poleciała i im by te pańskie, tłuste brzuchy widłami do gnoju pruła.

Tylko pewnie tobie, biedaku mój, tam głodno? Wiem dobrze z ksią­żek i gazet, że w Polsce zawsze był wielki głód, taki że ludzie koński nawóz, korę z drzew i ziemię jedli. Tylko kapitaliści tam obżerali się dowoli chlebem i słoniną. Poza tym widziałam ja na dworcu eszelon towarowych wagonów, a na każdym wagonie był plakat duży: . Posłałabym ci, mój mileńki, sucharów, ale od dwóch miesięcy sama chleba nie jadłam. Ale mogę ci posłać suszonych jagód. Dużo w tym roku ich było. Poza tym mogę dodać trochę kartofli. Ty napisz otwarcie. Jeśli trzeba, to ja zaraz ci wyślę.

A tak w ogóle u nas wszystko w porządku, tylko aresztowali i wysła­li do łagru sąsiada naszego, Wasyla Morgałowa, za to, że szerzył angiel­ską, imperialistyczną propagandę. Powiedział, podlec, po pijanemu, że niedługo Związek Radziecki będzie żyć w przyjaźni z Niemcami i że będzie z nimi wojna. Chociaż to nasz daleki krewny, ale wcale go nie żałujemy. Niech takich głupich rzeczy nie gada.

Posyłam ci ukłony od całej rodziny.

Kochająca ciebie na wieki,

Dunia".

Szkoda mi trochę Morgałowa bo wiadomo, cała jego rodzina będzie za tę zbrodnię odpowiadać też. I co mu się stało! Chyba gazet nie czyta albo radia nie słucha. Przecież codziennie piszą i mówią, że towarzysz Stalin i kanclerz Hitler to są dwaj najwięksi przyjaciele, Anglia zaś jest jaskinią eksploatatorów i podżegaczy wojennych. Niech tylko Hitler uporządkuje Polskę, to zabierze się do tej przeklętej faszystowskiej Anglii, a towarzysz Stalin, naturalnie, dopomoże mu. Jakaż może być wojna między Związkiem Radzieckim a bratnim narodem niemiec­kim?! To nawet pomyśleć nie da się, a on, dureń, gada takie głupstwa. Gdyby po trzeźwemu to mi powiedział, to bym sam go w mordę zaje­chał!... Wiem, że agentem angielskim to on chyba i nie jest, ale po pijanemu nie umie trzymać języka za zębami. Nauczą go w łagrze ro­zumu! Tak mu i trzeba!

 

15 października 1939 roku

Vilnius

Wczoraj zauważyłem ja w mieście i nasze sowieckie sklepy. A jak­że: od razu dwa otworzyli. Niech burżuje nie myślą, że tylko u nich handel kwitnie! Wstąpiłem do jednego z nich. Pięknie tam: portrety Stalina, Lenina i różne takie proletariackie hasła wiszą. Nasze sowieckie panienki targują. Książki sprzedają. To znaczy: kulturę szerzą. Poroz­mawiałem ja z nimi przyjemnie. Jedna nawet mi się podobała, więc spytałem jej, czy mogłaby do mnie na noc przyjść przespać się. Ale powiedziała, że bardzo żałuje, ale wszystkie najbliższe noce ma zajęte. Szkoda. Ale trudno: kobiet naszych mało, chłopaków zaś dużo, więc nie nadążają... Kupiłem ja broszurę: WIELKI WÓDZ WIELKIEGO NARODU NIEMIECKIEGO, i poszedłem. W drugim sklepie zauważy­łem ja, we wszystkich oknach, duże portrety towarzysza Stalina. Pięknie bardzo to wygląda. Wstąpiłem ja do środka i o cenę zapytałem.

- Bez ram - powiadają- trzy ruble. Z ramami, pod szkłem, 25 rubli.

Myślę ja sobie: "Trzeba kupić. Może czasem ktoś do mnie wstąpi, to od razu zobaczy, że kulturalny człowiek mieszka". Spytałem ja też o portret Hitlera. Warto by ich, kochanych towarzyszy, razem powiesić. Bo przecież wielcy są przyjaciele i wodzowie socjalistycznych na­rodów. Ale powiedziano mi, że jeszcze nie nadesłali. Kazali dowia­dywać się.

Poszedłem ja do domu. Portret Stalina niosę tak, żeby każdy wi­dział. Niech burżuazja dygocze przed obliczem naszego WIELKIEGO wodza. Przychodzę ja do domu i tak sobie myślę: "Gdzie by GO, kochanego OJCA, powiesić?". Widzę w kącie, w najlepszym, można po­wiedzieć, miejscu, jakaś madama wisi. A jakże: w złotej sukience i w koronie na głowie. Ehe, myślę ja sobie, toż to ich burżujski święty obrazek. Dopiero teraz domyśliłem się. Wołam ja Marię Aleksandrownę i z oburzeniem wielkim pokazuję na obraz:

- Proszę mi to natychmiast stąd zabrać! Jestem kulturalnym czło­wiekiem i nie chcę czegoś podobnego w pokoju trzymać! Lampka niech zostanie, bo jest w czerwonym, proletariackim kolorze. Ale waszej propagandy faszystowskiej i zabobonów mnie nie trzeba!

Zabrała ona swój obraz i wyniosła, a ja zaraz na jego miejscu na­szego kochanego WODZA I NAUCZYCIELA powiesiłem. Wieczorem zapaliłem ja przed portretem lampkę. Pięknie wyszło. Czerwone światło pełza po portrecie naszego czerwonego wodza proletariatu, a ja sobie siedzę w miękkim fotelu i czytam biografię Hitlera. Bardzo ucieszyłem się, gdy dowiedziałem się, że on był kiedyś malarzem pokojowym. To znaczy też proletariackiego pochodzenia jest - jak i nasz kochany to­warzysz Stalin. A dalej dowiedziałem się, że i on także u siebie w Ger­manii socjalizm wprowadził... Tak: życie jest piękne! Jak ten, kochany, malarz Hitler i nasz OJCIEC Stalin razem wymalują świat na czerwono, toż to będzie cudnie!

 

W październiku 1939 roku

Vilnius

Dziś chłopaki namówili mnie pójść do fotografa. Znaleźli tu takie­go, co dobrze mówi po rosyjsku i wyśmienicie fotografuje w sposób bohaterski. A przecież warto mieć pamiątkę z bojowych dni. I Duniaszce tak samo posłać można. Niech zobaczy, jak wygląda waleczny oficer sowiecki. No i bratu poślę też, żeby wiedział, iż wielką obecnie figurą jestem.

No, poszliśmy. Kapitan Jegorow prowadzi. Każdy z nas na całą ulicę wspaniale perfumami pachnie. Wszyscy przechodnie oglądają się i po­dziwiają nas. Ja sam, dzisiaj rano, wylałem na głowę sobie ćwierć flaszki najlepszych na świecie perfum sowieckiej produkcji. "Stalinow­ski Oddech" nazywają się i pachną najmniej na pięć metrów. Słyszę ja: lejtnant Dubin krzyczy:

- Chłopaki, patrzcie! Przecież im odpoczywać wolno!

Stanęliśmy i patrzymy. Artel robotników ulicę reperuje. Wylewali ją asfaltem. Widać od razu, że proletariusze. Jedni w kombinezonach, inni w bluzach. Ale istotnie pracują powoli. Jeden siedzi na taczce. Inny pali. Trzeci papierosa kręci. A niektórzy pracują sobie powoli. I rzeczy­wiście nikt ich nie popędza ani batem lub kijem nie bije, jak to, nam wiadomo, zwyczajnie się dzieje we wszystkich państwach kapitalistycz­nych. Przecież wiemy dokładnie: jak burżuje katują swych robotników, aby większe normy pracy z nich wydobyć.

Rzeczywiście zagadka była wielka. Ale zaraz kapitan Jegorow nam tę sprawę dokładnie wytłumaczył:

- To, rozumiecie, są już wolni robotnicy. Władza sowiecka ich wyzwoliła i pozwala na razie pracować powoli, żeby nabrali sił do przy­szłej stachanowskiej pracy na korzyść Związku Radzieckiego.

Zrozumieliśmy tę sprawę i poszli dalej. Zawsze mądry człowiek potrafi wszystko mądrze wytłumaczyć.

Otóż przychodzimy do fotografa. Było nas pięciu. Fotograf poka­zał nam różne zdjęcia, żebyśmy wybrali sobie pozy. Potem lejtnant Dubin pierwszy usiadł w fotelu. Daliśmy jemu wszystkie nasze medale. Razem było ich dwanaście. No i zegarki, dla uwidocznienia ich na zdjęciu, pożyczyli. Okazało się, że już wszyscy zegarki posiadamy, zawdzięczając władzy radzieckiej. A kapitan Jegorow nawet dwa sobie zdobył.

Pięknie!

Za dwa dni zdjęcia ja zabrałem. Trudno było uwierzyć własnym oczom. Medali pełna pierś. Z lewej kieszeni gimnaściorki łańcuszek od zegarka widać wyraźnie. Z kieszonki u spodni tak samo dewizka wisi zachwycająco. A na rękach po dwa zegarki... Kazałem ja fotografowi jeszcze tuzin tych portretów mi wykonać. Ważna będzie to pamiątka i dokument historyczny wielkiej wagi.

A przed tym miałem ja cholerny kłopot z tamtą przeklętą, burżuazyjną wanną. Pomyślałem sobie tak: "Przed pójściem do fotografa trzeba wykąpać się, aby lepiej wyjść na zdjęciu, bo z braku czasu i chęci ja ze dwa miesiące w łaźni nie byłem. Akurat nauczycielka, Maria Aleksandrowna, powiedziała mi rano, że jest gorąca woda, więc może chcę skorzystać ze sposobności. Coś ona za często mi tę kąpiel przypomina! Prawie każdego tygodnia. A może zauważyła, że trochę "żywego sreb­ra" mam? Ale rzecz wiadoma: woszebijek nie ma, więc i wesz musi być. Chociaż, prawdę powiedziawszy, na to i woszebijki nie pomagają. Ona, wesz, również swój rozum i spryt ma. Wie, jak się chronić. Ale jest to drobiazg mało znaczący.

No, przychodzę ja do tej ich wanny. Rozebrałem się i kocioł poma­całem: gorący jak czort! Więc kran otwieram. A stamtąd jak lunie wrzątek! Ani mi w głowie do takiego czegoś leźć. Skóry by na mnie nie zostało. Zakręciłem ja kran. Wrzątek do cholery spuściłem z wanny. Potem drugi kran zauważyłem. Otwieram go, a stamtąd zupełnie zimna woda wali. Też, człowieku, nie wleziesz, bo choroby dostaniesz. Zakrę­ciłem ja kran, do wanny naplułem, włosy zimną wodą namoczyłem, że­by wiedziały, zarazy, że kąpałem się. A tamta żmija burżujska, Maria Aleksandrowna, jak przez ich pokój na korytarz przechodziłem, za­pytała:

- Przyjemna kąpiel była?

- Bardzo - powiedziałem. - Żebym dużo wolnego czasu miał, to nawet co miesiąc korzystałbym. My w Związku Radzieckim też higie­nę uwielbiamy nadzwyczajnie.

A swoją drogą ciekawe: jak te babcie taką gorącą wodę wytrzymują, bo chyba w zimnej nie kąpią się? Przypuszczam, że od dzieciństwa są przyzwyczajone we wrzątku pluskać się. Też przyjemność!

Wróciłem ja do pokoju zły jak czort i myślę sobie tak: trzeba list do Duniaszki napisać, żeby naprawdę cebuli i kartofli mnie nie wysyłała. Śmiechu by ze mnie chłopaki narobili. Więc zaraz taki list do niej wysłałem:

"Październik 1939 roku

Vilnius

Miła Duniaszko!

List twój bardzo prędko otrzymałem i za ukłony całej twej rodzinie jestem wdzięczny. Co się tyczy posyłki dla mnie, to bardzo ci dzięku­ję, ale proszę żadnej mi żywności nie wysyłać, bo mam tu wszystko, czego tylko zapragnę. Właśnie nadeszły tamte eszelony, co ty jeden z nich na stacji widziałaś z plakatami: CHLEB DLA GŁODUJĄCEJ POLSKI. Więc mam teraz i chleb, i do chleba. Wdzięczny jestem bez­granicznie władzy radzieckiej i naszemu kochanemu wodzowi, towarzy­szowi Stalinowi, za troskę o nas, bohaterów niezwyciężonej Armii Czer­wonej. Burżuazja tu aż zębami zgrzyta że złości, widząc, jak zajadamy się różnymi kiełbasami i inną słoniną.

Posyłam ci moją fotografię, żebyś wiedziała, jak teraz wygląda wa­leczny bohater i obrońca Związku Radzieckiego, dzień i noc nieustan­nie stojący na straży naszej świętej Rosji i całego proletariatu. Zegarki te, co widzisz u mnie na rękach, są prawdziwe, i dewizki, które wiszą z kieszonek, też są przy zegarkach. Tak, że można powiedzieć: fason trzymam należycie.

Co się tyczy Morgałowa, to za to, że mówił, iż będzie wojna z Nie­mcami, należało się nie tylko go - faszystowskiego psa - do łagru wy­słać, lecz i skórę z niego - imperialistycznego pachołka - zedrzeć. Ja niedawno czytałem książkę o wielkim niemieckim wodzu i najlepszym przyjacielu naszego kochanego OJCA Stalina, Adolfie Hitlerze. On jest też proletariuszem i buduje socjalistyczną ojczyznę dla swego narodu tak samo i taką samą jak i nasz WIELKI Stalin. I nigdy nie może być wojny między dwoma bratnimi narodami. To jest jasne dla każdego normalnego człowieka. A słuchy o takiej wojnie puszczają polscy pano­wie i agenci imperialistów angielskich. Ale z nimi wszystkimi wkrótce my, razem z towarzyszem TOWARZYSZA Stalina, Adolfem Hitlerem, rozprawimy się. Posyłam niskie ukłony dla całej twej rodziny i dla ciebie, Duniaszko. Ja dumnie stoję pod wysoko wzniosłym sztandarem Lenina-STALINA i bohatersko wytrzymuję wściekły napór krwawych pachołków burżuazyjnych.

Twój do grobowej deski,

Miszka Zubow".

Tak: list mi ten do Duniaszki udał się niczego sobie. Widać z niego i twardość bolszewicką, i uczciwą postawę socjalistyczną, i wierność niezłomną dla partii komunistycznej oraz jej przewodnika i nauczyciela, WIELKIEGO towarzysza Stalina. Więc mogę wysłać go spokojnie.

 

Sergiusz Piasecki