Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

VIII Świjatowy Zjazd Lidzian

 

W dniach 24 - 30 czerwca odbył się VIII Światowy Zjazd Lidzian

 

25 czerwca

Spotkania w parafii NP NMP, w gimnazjum im. K. Chodkiewicza, spotkanie z Tatarami Iwia

Koncert dziecięcy

26 czerwca

Wycieczki: Nowogródek, Mir, Nieśwież, j. Świteź oraz na groby AK w Surkonty, Wawiórka

27 czerwca

Obchody 100-lecia parafii w Subotnikach, Msza św., Fara Lidzka

28 czerwca wycieczka "Polski Mińsk"

29 czerwca Spotkanie z działaczami SZ "Towarzystwo Białoruskiej Mowy", spotkanie z działaczami SZ "Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lidzkiej", Spotkanie towarzyskie, podsumowanie Zjazdu

 

 


 

Wspomnienie lidzian

 

 

Ryszard Kozubowski

 

Ur. w 1925 roku i od najmłodszych lat mieszkał w Lidzie najpierw przy ul. Suwalskiej. Przypominam sobie, że pod spodem była apteka stukatora, naprzeciwko księgarnia, a pobliżu kościół ks. Pijarów i szkoła powszechna, do której uczęszczałam przez 6 lat. Budynek szkoły powszechnej ks. pijarów zachował się, nie spłonął, a jakoś dziwnie teraz po wojnie zniknął. Na jego miejscu stanął zupełnie inny budynek. W dalszych klasach uczyłem się też na tyłach kościoła Ojców Pijarów w Collegium Pijarskim, skończyłem tam 6 klasę w 1938 roku.

W mojej pamięci Lida - to przede wszystkim ulica Suwalska, 3 Maja. Ulica Suwalska była niezwykle ruchliwa, teraz jakaś taka jest martwa, pusto jest na niej, prawie nie ma sklepów, a tam dawniej kwitł handel, było pełno głównie żydowskich sklepików, to był taki deptak lidzki, pełno ludzi, 2 kina: "Era" i "Edison", 2 kościoły licznie odwiedzane. Te kościoły też inaczej wyglądały: były otoczone murem ceglanym, bielonym na biało, oczywiście one były zburzone z uwagi na rozbudowę ulicy, ulica jest teraz szersza, ale urok zmalał kościołów przez to, że tych ogrodzeń nie ma.

Co jeszcze pamiętam z tej dawnej Lidy? Ul. 3 Maja była węższa niż teraz, było mnóstwo domów, mniej było handlu, ale był hotel, pamiętam, "Europejski", na rogu obecnej Leninskiej i Sowieckiej była bardzo znana cukiernia "Amerykanka". Wydawało mi się wtedy w moich najmłodszych latach, że są ogromne odległości, a teraz okazuje się, jak przyjechałem do Lidy, to jest wszystko blisko: i kościół Pijarów blisko Fary i dawna ul. Suwalska blisko torów kolejowych, jakoś teraz wszystko wyszło mniejsze. No, niestety, te ulice są teraz może i bardziej przelotowe, architektura obecnie jest jakaś chaotyczna: jakieś dziury po zburzonych domach, przypadkowe bloki, jakiś fragment więzienia dawnego, a poza tym jakoś tak dziwnie mało ruchu. Mieszkałem na rogu ulicy Szkolnej i ul. Falkowskiego, mieliśmy dom, którego już nie ma, na jego miejscu powstał teraz budynek, w którym jest sąd. A gdy mieszkałem w tym domu miałem z balkonu pełną perspektywę w kierunku torów i widziałem ul. Szkolną aż do szpitala, widziałem, jak mój ojciec wracał do domu. Ulice nie były asfaltowane, to były ulice brukowane ale szutrowe, drzewka były małe, a teraz wszystko wyrosło, ogromne drzewa, zielone. Tam gdzie obecnie jest park przy ul. Mickiewicza, to były za moich dziecięcych czasów po prostu pastwiska, nic tam nie było. Gdy była zima, sypał solidny śnieg, to tam na sankach się jeździło, potem był brukowany rynek. Gdy odjeżdżałem z Lidy w 1945 roku tam był tylko rynek - pusty plac. Gdy przyjechałem po 50 latach - zdziwiłem się, że rosną grube drzewa, park i bardzo to ładnie wygląda.

Pamiętam, kiedy uczyłem się w szkole ks. Pijarów, chodziliśmy na wycieczki do lasu (ulicą Suwalską do ul. Lidzkiej i tamtędy wśród żydowskich domków, wśród małych uliczek, których teraz już nie ma dochodziło się do Lidziejki przez kładkę po drugiej stronie rzeki pod górkę się wchodziło i to była już wieś. Roślaki były wsią i właśnie tam się szło do lasu na wycieczki, na Roślaki. Kiedy skończyłem Szkołę powszechną OO. Pijarów, zdałem egzamin do Gimnazjum im. hetmana Karola Chodkiewicza. Chodziłem tylko jeden rok, potem wybuchła wojna, przyszła władza sowiecka, powstała I białoruska średnia szkoła, nazywała się białoruska, ale prawie wszystko było wykładano po rosyjsku. Też niedługo do niej chodziłem - 2 lata. Po 2 latach przyszli Niemcy. W budynku gimnazjum powstał Komisariat okręgowy. Władza naczelna niemiecka nad okręgiem lidzkim, który był powiedzmy nieco mniejszy niż teren poprzedniego województwa Nowogródzkiego. W tym czasie trzeba było pracować, jeśli się nie pracowało, to wywożono do Niemiec na roboty, nie było nauki w szkole żadnej dla uczniów powyżej szkoły podstawowej, chodziliśmy na komplety tajne, uczyliśmy się w domach nauczycieli, po cichu, po parę osób, wychodziliśmy i wchodziliśmy pojedynczo, żeby nie narazić się, a jednocześnie pracowałem w takim biurze niemieckim (to był taki zarząd nad majątkami powyżej 80 ha) i tam pracując już zostałem wciągnięty do organizacji AK, no i byłem żołnierzem AK, byłem w podziemiu, nie w mundurze, dlatego, że byli potrzebni tacy członkowie, którzy siedząc w podziemiu i pracując w niemieckich instytucjach byli bardzo potrzebni jako pomóc dla tych oddziałów, które w lesie jako oddziały bojowe i ja też tak samo miałem kontakt z innymi uczniami , którzy pracowali w komisariacie. Stamtąd dowiadywałem się jakie są aktualnie wystawiane numery przepustek, jakie dokumenty są stosowane i jako legalizator AK wystawiałem później tajne dokumenty dla różnych osób z podziemia, ażeby mogły mieć dokumenty na inne nazwiska ażeby nie kompromitować rodzin i ich nie narażać. I w ten sposób doszło do 1944 roku, przyszedł front, wkroczyli wojska radziecki i wkrótce ogłoszono, że można obywatelom Polski wyjechać do Polski, w ten sposób skończył się mój pobyt w Lidzie. Wyjechałem z rodzicami 24 kwietnia 1945 roku. Po 10 dniach podróży przez Mosty, Grodno, Białystok, obok Warszawy przez Iławę do Bydgoszczy. Najpierw tam zatrzymaliśmy się na parę miesięcy i wreszcie przenieśliśmy się do Gdańska i tam osiedliliśmy się.

O Zjazdach Lidzian w Lidzie dowiedziałem się po raz pierwszy w roku 1992, dopiero przyjechałem na Zjazd II, potem miałem różne przeszkody i przyjechałem dopiero na V, VI, VII i obecnie VIII, czyli w sumie byłem 5 razy. Jestem bardzo zadowolony z uczestnictwa w spotkaniach, bo każdy Zjazd jest inny. Mamy możliwość odwiedzać różne miejsca w rejonie Lidy i zachodniej części Białorusi, co bardzo ułatwia poznanie sytuacji w tym kraju i umożliwia pobyt w tych miejscach, w których przed tym się nigdy nie było. No chociażby teraz podczas poprzedniego zjazdu byliśmy na terenie obwodu brzeskiego: w Kossowie Poleskim, Różanie, bardzo ciekawe były miejsca świadczące o związkach historycznych tej ziemi. A teraz wyjazd do Mińska był wielką niespodzianką, ponieważ moja rodzina wywodzi się z tamtych stron, moi rodzice się urodzili w Mińsku i to było dla mnie wielkie przeżycie. Mało tego zupełnie przypadkowo udało mi się znaleźć podczas pobytu na cmentarzu Kalwaryjskim groby krewnych, nie spodziewałam się, że to się uda w tym gąszczu grobów, jakie na tym cmentarzu się znajdują. Niezwykle ciekawą częścią tego zjazdu są biwaki nad Niemnem zawsze w jakimś innym miejscu. Niestety w tym roku pogoda nam nie dopisała. Spotkanie odbyło się w zamkniętym pomieszczeniu, ale pobliżu rzeki, na którą, oczywiście nie odmówiłem sobie wyjścia, popatrzyłem na Niemen, wspominając dawne lata. Niemen wieczorny, z mgłami nad samą wodą, spokojny, majestatyczny, piękny.

Ciekawe jest również odwiedzanie naszych szkół. Przede wszystkim gimnazjum im. hetmana Karola Chodkiewicza w Lidzie, możliwość pobytu w klasach, w których my się uczyli, możliwość zwiedzania muzeum szkolnego, znalazłem nawet tam zdjęcie, na którym jest nasz dom, który już nie istnieje (obecnie na tym miejscu jest sąd), a dawniej stał tam dom zbudowany przez mego ojca w 1930 roku, niestety nie wytrzymał czasów wojny, został w drugim dniu wojny niemiecko-radzieckiej zbombordowany i zawalił się strop, został zerwany dach, ojciec nie był w stanie remontować tego domu w warunkach wojennych, oddał dom do użytkowania przez ówczesny zarząd miejski w okresie okupacji, a sami wynieśliśmy się do domku naszego przyjaciela nauczyciela gimnazjalnego prof. Stanisława Rutkowskiego, mieszkającego przy obecnej ulicy Łomonosowa 21, lecz nie mieszkaliśmy tam długo. Przyszli Niemcy, urządzili tam dzielnicę niemiecką, wyrzucili nas z tego domu, musieliśmy zamieszkać na ulicy 7 Listopada w domku pożydowskim i w tym domku mieszkaliśmy do naszego wyjazdu do Polski. Ciekawe wspomnienia mam z tego okresu, bo to było miejsce na takim torfowisku i kiedy była ulewa, to powstawało takie bagno, że nie można było stamtąd wydostać. I właśnie w dniu wyjazdu spadł taki mocny deszcz i gdy trzeba było wozami wywozić nasze rzeczy i meble do pociągu, to nie było możliwości przejechania. Podjął ojciec drastyczną decyzję: sąsiadowi ściął płot, położył na ziemię i po tych sztachetach wyjechaliśmy. I to nas uratowało.

Pamiętam dzień 8 maja 1942 roki, to był dzień, kiedy Niemcy likwidowali getto żydowskie. Pamiętam słyszałem w mieście strzały, jak rozstrzeliwali tych żydów za koszarami na skraju lasu. Miałem dużo kolegów, które w latach okupacji zdecydowali się na walkę zbrojną. Poszli do oddziałów partyzanckich. Wielu z nich i to z mojej klasy znalazło się w tej grupie, która pod dowództwem maj. Kotwicza w Surkontach wpadli w zasadzkę wojsk NKWD i wszyscy tam oni poginęli. Mam tam kolegów z mojej klasy.

 

Zbigniew Hancewicz

 

Ur. w 1939 roku, 6 miesięcy przed wojną. Moi rodzice mieli niewielki majątek w Hancewiczach za Narkunami. Odwiedziłem to miejsce wczoraj, byłem szalenie wzruszony, z tym, że wsie umierają, zostały w tej chwili z całych Hancewicz 3 chałupy, mego domu nie ma, jest zburzony. Jak się dowiedziałem, została szkoła, w której uczyła moja mama, ponieważ moja mama przed wojną skończyła w Wołkowysku Seminarium Nauczycielskie i pracowała jako absolwentka tego seminarium w szkółce wiejskiej w Hancewiczach, gdzie poznała mego ojca - gospodarza z tamtych rejonów i została jego żoną.

Ojciec został zmobilizowany przed rozpoczęciem wojny i poszedł na front, nie wrócił już nigdy na swoje ziemie, ponieważ dostał się do niewoli niemieckiej i wracając z Niemiec w 1946 roku zmarł w Polsce, jest pochowany w Sieradzu.

Przyjechałem tutaj pierwszy raz dzięki pomocy Państwa Sahoń i dzięki bardzo serdecznemu podejściu wszystkich ludzi, którzy mnie tutaj gościli. Jestem wzruszony tym wszystkim, co mnie otacza, przeżyłem wczoraj bardzo wielkie wzruszenie właśnie odwiedzając moje ziemie rodzinne, słuchając śpiewu skowronków nad polami, których pamiętam. Jako dziecko wylegiwałem się na trawie, patrzyłem i słuchałem, jak skowronki śpiewają i to samo słyszałem wczoraj. Takie same chabry oglądałem w życie, jak nie kiedyś zrywałem jako dzieciak.

Wyjechałem z Lidy w 1945 roku wraz z mamą i wujostwem ponieważ z kolei mój wujek i ciocia przyrodnia - starsza siostra mojej mamy mieszkali w Lidzie, wujek prowadził przedsiębiorstwo autobusowe spółkę autobusową "Lidzianka", był jej prezesem i od 1931 do 1939 spółka się rozwijała, tuż przed wojną miała 16 autobusów, które zostały wszystkie wydane w mobilizację dla potrzeb wojska przed rozpoczęciem wojny. Spółka utrzymywała komunikację między Lidą i Iwjem, Lidą i Ejszyszkami, Lidą i Bielicą, Raduniem we wszystkich kierunkach. Wuj miał koncesję.

Od 1945 roku mieszkam w Gdańsku i przyjechawszy tutaj po raz pierwszy najbardziej zaskoczony byłem tym, że jeszcze są moje Hancewicze, że jeszcze są ludzie, którzy pamiętają nas. Spotkałem między innymi uczennicę mojej mamy, która oprowadzała mnie po okolicznych wsiach, łąkach. Jestem niesamowicie wzruszony ogromnym patriotyzmem Polaków tu mieszkających, wydaje mi się, że mają znacznie większy patriotyzm niż w Polsce. Tutejsi Polacy wielbią Polskę jak coś świętego.

 

Krystyna Żołądkiewicz

 

Moja babka urodziła się i mieszkała w Wilnie. Tam wyszła za mąż za aptekarza Władysława Czejdo, który ukończył w Petersburgu Gimnazjum i studia farmaceutyczne w Odessie. Pobrali się w Wilnie i prawdopodobnie w roku 1921 kupili w Sobotnikach dom i prowadzili aptekę. Mój ojciec pochodził z Lubelszczyzny i jeszcze będąc kawalerem był nauczycielem w Sobotnikach, uczył nawet moją mamę. Później wyjechał na Lubelszczyznę, ożenił się , miał dziecko i żona mu zmarła. Wtedy znów przyjechał do Sobotnik, pracował nie tylko w Sobotnikach, myślę, że w Lidzie też, w Gieranionach w gminie jako sekretarz, nawet był burmistrzem Sobotnik przez jakiś czas. Tuż przed wojną w 1939 roku pracował w Werenowie, gdzie ja i urodziłam się i byłam ochrzczona. Po wybuchu wojny rodzice wrócili do Sobotnik i mieszkaliśmy do 1945 roku. Ojca wywieźli na Sybir w 1945 roku, a mama z dziećmi wyjechała do Polski. Ojciec siedział najpierw w więzieniu w Lidzie, moja mama jeździła do niego co kilka dni, woziła jedzenie i ubranie i kiedyś wróciła z Lidy i otrzymała list od ojca z Republiki Komi, czyli już dawno nosiła te ubrania nie dla niego. Listy przychodziły bardzo rzadko, część ginęła, ale nieraz zdarzało się, że on otrzymał nasz list, w jednym z nich mama pisała, że wyjeżdżamy do Polski. Jak przyjechaliśmy do Polski to napisała do rodziny swojego męża. Zaraz przyjechał ojca brat i zabrał nas do siebie na Mazury. Ja tęskniłam za Sobotnikami. Nigdy już nie zobaczyłam ojca, zmarł w 1952 roku przed terminem ukończenia kary, ale go pamiętam. W Sobotnikach są jeszcze ludzie, którzy znają moją rodzinę. Wiozę do domu skarby: gałązkę bzu zerwaną z naszego podwórka. Jestem pod wrażeniem uroczystości, która odbyła się w Sobotnikach.

 

Andrzej Oborski

 

Nie jestem związany z Lidą. Kresy opuściłem jako niemowlę. Rodzina moja pochodzi z Ziemi Mińskiej i po pokoju Ryskim w 1921 roku, kiedy Ziemia Mińska znalazła się po stronie sowieckiej, rodzina przyjechała tutaj na stronę polską do miejscowości Horodziej, dziadek objął gospodarstwo. Mój ojciec przez pewien czas służył w wojsku w Lidzie jako zawodowy oficer, w 1938 roku został przerzucony do Legionowa pod Warszawą razem z rodziną, ale w 1939 roku przyjechała ze mną i siostrą na wakacje do rodziców i w ten sposób zagarnęli nas Sowieci. Ojciec poszedł na front, przedostał się później na Węgry, z Węgier przez Jugosławię do Francji, był w armii gen. Sikorskiego i poległ nad Atlantykiem w czerwcu 1940 roku. Natomiast nasza rodzina została w Horodzieju. Utworzono gimnazjum białoruskie, moja mama była nauczycielką. Zimą 1940 roku zaczęły się pierwsze deportacje Polaków, zaczęły krążyć ponure wieści, że tam wieś wywieźli, tam chutor wywieźli, najpierw całą służbę państwową wywieziono, leśników, osadników, a ponieważ dziadek dobrze żył z miejscowymi żydami, to żydzi uprzedzili dziadka, że są wywózki, dlatego, że oni mieli "swoich" w ówczesnych władzach, załatwili wyjazd do Białegostoku. Dziadek porozdawał całe gospodarstwo, mama mnie ciągnęła w worku przez zamarznięty Bug. Bóg nad nami czuwał. Przedostaliśmy się na stronę niemiecką, a po niemieckiej stronie już, prawdopodobnie, Niemcy specjalnie granicy nie pilnowali, ale jak złapali już jakąś grupę z Kresów, to z powrotem oddawali Sowietom, bo wtedy była ta "wielka przyjaźń" Hitlera i Stalina.

Jedyną osobą, którą znaliśmy w Polsce była siostra babci, kresowianka też, która ukończyła studia w czasie I wojny światowej w Krakowie i była dentystką w Warszawie i u niej się zatrzymali. Potem znaleźliśmy mieszkanie i tak, po powstaniu wylądowaliśmy na Pomorzu, także ja wychowywałem się na Pomorzu.

Moim wychowaniem zajmowali się dziadkowie, szczególnie babcia i bardzo dużo opowiadała mi o Kresach, o tych Kresach z przełomu 19-20 wieku i pierwszych lat 20 wieku do I wojny światowej. Moja babcia pochodziła z Samochwałowicz, miasteczko w 30 km na południe od Mińska i matka mojej babci miała siostrę, więc moja prababcia, która wyszła za mąż za Bokuna i moja babcia była Bokunówna, to była polska szlachta, mimo, że mieli białoruskie nazwisko, bo to była unicka szlachta, która potem po 1839 zaczęła masowo przechodzić na rzymsko-katolicyzm, taki był zaścianek Bielica, natomiast druga siostra wyszła za Łucewicza, polskiego szlachcica spod Kajdanowa. Łucewicze mieli 3 synów. Najmłodszy syn Janek powiedział, że będzie białoruskim poetą i to właśnie ten Janka Kupała, który był ciotecznym bratem mojej babci. Janka Kupała tu został, związał się z bolszewikami, był takim idealistą, myślał, że tutaj będzie raj na ziemi, raju nie było, były Kuropaty, no szczęśliwie Janka nie zginął, a zmarł śmiercią naturalną. Jego babcia wyjechała do Polski w 1919 roku, gdy spod Mińska wycofywali się oddziały Piłsudskiego po zawarciu pokoju Ryskiego, to oni się zabrali z nimi i potomkowie Łucewiczów mieszkają do dziś w Gdańsku.

Ze strony mojej mamy jesteśmy bardzo mocno związani z Kresami. Babcia miała jasny umysł i bardzo ciekawie opowiadała całą historię likwidacji kościoła unickiego. Pamiętała z dzieciństwa, jak jeździli księża uniccy i na polanach leśnych, wśród bagien ukrytych, odbywały się śluby i chrzciny dzieci. Ludność chłopska białoruska, którą na siłę władze carskie zaganiała do cerkwi prawosławnej, nie chciała tego i w dalszym ciągu czekała, aż przyjedzie ksiądz unicki i w lesie na polanie dawali śluby i chrzciny. Tak było prawie do końca 19 wieku. Białoruś do 1839, czyli do wejścia ukazu carskiego o likwidacji kościoła unickiego, była prawie na 2/3 unicka. Było trochę rzymskich katolików, i trochę prawosławnych.


 

Pożegnanie, 30.06.2004 r.

 

Jutro odjedziecie... I ptaki tu zostaną albo odlecą na zimę, by wiosną znowu tutaj powrócić. I drzewa zostaną, płot, kościółek, rzeka i niebo. Zostanie wszystko na swoim miejscu: i krowa zostanie, i konie, i kartofle w kołchozie. I naczalnik, z którym dziadek kłócił się po rosyjsku i "Kacapem" nazywał, i pluł za nim śliną brązową od machorki.

I słońce tutaj zostanie i nie odjadą nigdzie wszystkie pory roku. I księżyc, który sprowadza na ziemię sny i upiory. Opadające liście wrócą wiosną na te same drzewa. Zostaną jarzębiny i głogi, polne kamienie i pacy na strychu. Ciepłe wieczorne mleko i chleb z cukrem położony przy glinianym kubku kupionym na rynku w Ejszyszkach, gdzie tato sprzedawał szyte przez siebie czapki. Letnie burze i pachnące zioła, i dzwon kościelny co przywoływał na majowe nabożeństwo i roraty. Wszystko, wszystko zostanie na swoim miejscu i w swoim porządku, pod strażą ziemskich i niebiańskich gwiazd zawieszonych na tym niebie, zatopionym w tym błocie, bo też zostaną tutaj i niebo i błoto - wypatrzone tyloma nieobecnymi oczami, i to błoto, w którym zagubią się nasze ślady, ścieżki i łzy, aż wszystko połączy się w jedno, złączy się niebo z błotem i pochłonie gwiazdy...

(wg A. Jurewicza)