Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Zapiski oficera armii cyerwonej

 

Październik 1939 roku Vilnius

Piszę te słowa z wielką radością, socjalistyczną dumą, poczuciem dobrze spełnionego obowiązku bolszewickiego. Jestem dumny ze swej spostrzegawczości, przytomności umysłu i odwagi. A wszystkie te przy­mioty zawdzięczam naszej wielkiej rosyjskiej kulturze, która mnie - tak jak to się śpiewa w "Internacjonale" - z niczego zrobiła wszystkim, i (naturalnie - a nawet przede wszystkim) naszemu WIELKIEMU, ge­nialnemu WODZOWI Stalinowi. Często myślę sobie tak: "Ile stuleci ludzkość musiała czekać, aby przyszedł na świat ON, jej ZBAWICIEL, towarzysz Stalin! I aż strach pomyśleć: co by się stało ze światem, że­by JEGO nie było!".

Otóż: stałem się ja bohaterem całego wileńskiego garnizonu. Nawet nie znający mnie oficerowie z innych pułków przychodzą, aby chociaż tylko na mnie spojrzeć. A major Pietuchow, gdzie tylko mnie spotka, to zaraz ściska rękę i krzyczy.

- Dziękuję, towarzyszu, za uratowanie mnie życia! Jeśliby nie ty, to nasza święta ojczyzna straciłaby jeszcze jednego swego obrońcę!

Ale muszę opowiedzieć to wszystko kolejno. Dowódca pułku wy­delegował majora Pietuchowa i mnie do Starej Wilejki. Musieliśmy obejrzeć tam kwatery dla naszego pułku, który prawdopodobnie wkrót­ce przeprowadzi się tam. Na dworcu, jako oficerowie, zajęliśmy miejsca w miękkim wagonie. W tymże przedziale jechał jakiś brzuchaty ka­pitalista z żoną i córką. Córeczka nawet niczego sobie: taka różowa i biała jak lalka. Pończochy na nogach u niej leżą jak przyklejone. Cholera wie, jak te burżujki to robią, bo podwiązek przy kolanach nie zauważyłem, chociaż usilnie, w miarę możliwości, zaglądałem. Sukieneczka ef-ef! Wszystko prześwieca. No i włosy falami uczesane. Po prostu aktorka. A może i była aktorką... Bardzo ja nią zainteresowałem się. A i major Pietuchow, chociaż to stary już chrzan, na nią wciąż zerka i co dwie minuty z kieszeni zegarek wyjmuje... niby popatrzeć: która godzina. Kokietuje ją. Więc ja też rękaw do góry podciągnąłem, żeby "Omegę" uwidocznić należycie. I zauważyłem, że panienka na mnie częściej spogląda jak na majora. Więc ja do niej uśmiechać się i pomrugiwać zacząłem, oraz kolanem trącać bardzo znacząco. Ale major Pietuchow widocznie to dostrzegł, bo nagle powiedział do mnie służbo­wym głosem:

- Towarzyszu lejtnancie, proszę przejść do innego przedziału. Wie­cie dobrze, że młodszym oficerom nie wolno spoufalać się ze starszymi!

- Słucham! - powiedziałem i wyszedłem do przedziału po drugiej stronie korytarza.

A tam jakaś starucha z dwojgiem dzieci jechała i silnie podejrzany typ, męskiego rodzaju, w wysokich butach na nogach. Sami rozumie­cie: kto może posiadać buty z cholewami z prawdziwej skóry! Znamy się na tym dobrze!... Ale nic. Jadę ja sobie i do tamtego przedziału, gdzie byłem poprzednio, zerkam. Widzę: major Pietuchow na moje miejsce - naprzeciw tamtej burżujeczki - przesiadł się i na całego ją czaruje! To na zegarek popatrzy, to wspaniałą niklową papierośnicę z kieszeni wyjmuje i papierosa zapala... No, nic: może i ja kiedyś do majora dochrapię się. Wówczas też potrafię odpowiednio nosa zadzierać!

Trochę mi smutno było jechać samemu, ale jakoś czas leciał. W pe­wnym momencie zauważyłem ja, że major Pietuchow proponuje papie­rosa tamtej burżujce i coś do niej gada. Ale ona popatrzyła na niego i nic nie mówiąc w inny kąt przedziału przesiadła się. Ja za takie coś z miejsca w mordę bym bił! Powinna być dumna, że oficer Armii Czerwonej raczył na nią uwagę zwrócić!... W tym momencie dostrze­głem ja, że jej ojciec - tłusty kapitalista - wstał i zdjął z siatki teczkę. Postawił ją na kolanach i zaczął klapę odpinać. A potem... widzę ja: hiena wyjmuje z teczki pocisk i ku majorowi zerka. Zapalnik u pocisku błysnął, a burżuj go w tył na siedzenie postawił i klapę u teczki zapina. Mnie z początku zimno zrobiło się, a potem gorąco. Odpiąłem ja futerał i pistolet do połowy wyciągnąłem. Czekam: co będzie dalej? A burżuj po stronach rozejrzał się i ręką w tył po pocisk sięga. Postawił go między kolana i zapalnikiem manipuluje. Zrozumiałem ja, że nie ma ani chwili czasu do stracenia, bo nie tylko major Pietuchow może zginąć, lecz - jeśli pocisk silny - i ja nie ocaleję. Więc drzwi z mego przedziału szarpnąłem, na korytarz wyskoczyłem i burżujowi dwie kule między oczy wlepiłem. Ani zipnął. Zaczął na bok osuwać się. A ja pocisk ostrożnie chwyciłem i do majora krzyczę:

- Widzicie, towarzyszu, ten burżujski pies chciał was zgładzić ze świata! Całe szczęście, że ja to zauważyłem i w porę mu przeszkodziłem!

Major Pietuchow zbladł i też za pistolet chwycił się. Kazaliśmy burżujkom w kącie przedziału usiąść. Jedna z nich zaraz zemdlała. A ja z mojego przedziału tamtego, podłego faszystę przychwyciłem i razem ich ulokowałem. Na pewno wspólnikiem ich był.

Na stacji w Mołodecznie zostałem ja w wagonie aresztowanych pilnować, a major Pietuchow przyprowadził milicjonerów z posterunku kolejowego. Zabrano aresztowanych i trupa burżuja. Pocisk zaś ja sam osobiście i własnoręcznie na posterunek odniosłem - jako dowód rze­czowy. Spisano krótki protokół dla NKWD i pojechaliśmy dalej.

Za trzy dni wróciliśmy do Vilniusa. Major Pietuchow opowiedział wszystkim obszernie: jak zrobiono na niego zamach i jak ja jemu życie uratowałem. Wszyscy mówią, że powinienem za to pochwałę i odznaczenie otrzymać, a może nawet i awans jednocześnie.

W taki to sposób uratowałem ja życie mego przełożonego i znisz­czyłem jeszcze jedną faszystowską gadzinę. Tak: przyjemnie być poży­tecznym członkiem naszej wielkiej, socjalistycznej Rosji.

 

Październik 1939 roku Vilnius

 

Otrzymałem wezwanie do NKWD. Bardzo się tym ucieszyłem. Zro­zumiałem od razu, że dotyczy to mego bohaterskiego zachowania się w pociągu. Teraz byłem całkowicie pewien, że nagroda mnie nie minie.

Nazajutrz udałem się do NKWD. Wpisałem się do książki, zostawi­łem w wartowni pistolet i skierowałem się na pierwsze piętro. Tam zapukałem do pokoju numer 99.

Przyjął mnie major, zastępca naczelnika NKWD.

- Aha to ty właśnie jesteś lejtnant Zubow!

- Tak jest. Jestem młodszy lejtnant Michaił Zubow.

- Tamta historia w pociągu do Mołodeczna to była twoja robota? Dumnie wypiąłem pierś, lecz skromnie powiedziałem:

- Zrobiłem tylko to, co mi mój komunistyczny obowiązek nakazywał! W tej chwili do drzwi zapukano. Major krzyknął:

- Wejść!

Do gabinetu wszedł jakiś dziwacznie ubrany burżuj. Cały czarny, jakby w faszystowskim uniformie. A u dołu spodni nie widać, tylko niby w spódnicy. "Co to za magik?" - myślę ja sobie. A major pyta go:

- W jakiej sprawie?

Czarny pokazał mu wezwanie. Okazało się, że jest to katolicki ksiądz. Pierwszy raz w życiu takie coś zobaczyłem. Dużo słyszałem i czytałem o tych krwiopijcach kapitalistycznych, i tak samo w teatrach komsomolskich widziałem na scenie, jak znęcają się nad proletariatem. Ale osobiście, dzięki Stalinowi, nigdy nie zetknąłem się.

Major kazał mi stanąć przy ścianie.

- Zaczekaj tam! Z tobą będzie specjalna rozmowa. Ja wpierw tego obywatela załatwię.

Potem zwrócił się do Czarnego:

- Więc ty ksiądz?

- Tak.

- A czym ty trudnisz się?

- Służę Bogu.

- Bogu służysz?... Hm, dziwna robota!... No a z czego ty utrzymu­jesz się? Gdzie pracujesz?

- Zajęcie mam w kościele, a utrzymuję się z tego, co mi parafianie dają.

- Ta-ak... - rzekł major - interesujące zajęcie... A powiedz ty mnie, ksiądz, czy nie wstyd tobie, dorosłemu i zdrowemu człowieko­wi, żyć z oszustw i eksploatowania ludzkiej głupoty?

Ksiądz długo milczał, a potem powiedział:

- U nas religia jest prywatną sprawą obywateli. Nikt nikogo do niej nie zmusza. Do kościoła albo do księdza idą ci, którzy chcą. Ja żyję z tego, co mi dobrowolnie dają parafianie, którym służę jako ksiądz. Oni też utrzymuj ą kościół.

- Mądrala! - powiedział major i zaczął przeglądać papiery w teczce, która leżała na stole. Zrozumiałem, że jest to sprawa Czarnego. Mają go już na haku.

Potem major znów zwrócił się do księdza:

- U ciebie naczelnik jest?

- Mój naczelnik to pan Bóg.

- Twój pan Bóg mnie nie interesuje. Nawet jego adresu nie mam, żeby mu wezwanie posłać, aby przyszedł tu na badanie. Ja ciebie pytam o to: kto tobie wydaje rozkazy i kto tobą kieruje?

- Ja podlegam Konsystorzowi, a parafia podlega księdzu dziekanowi.

- A on czym się zajmuje?

- Również Bogu służy...

... A żyje, również jak i ty, z tego, co parafianie dadzą - powie­dział major i zrobił do mnie "oko".

Ja wyprężyłem się i ze zrozumieniem roześmiałem się. Niezbyt głoś­no ani też cicho. Akurat tak, jak w tym wypadku należało się.

- Tak - powiedział Czarny.

- Więc powiedz ty temu swemu dziekanowi, czy jak on tam nazywa się, żeby w piątek tu u mnie zameldował się. Niech przyjdzie dokładnie o godzinie jedenastej rano, bo ja czekać nie lubię, a żartów robić z sie­bie nikomu nie pozwalam!

Czarny chciał wyjść, lecz major powiedział:

- Czekaj! Dam dla niego wezwanie, bo jakże tu wejdzie? Major skreślił kilka słów na blankiecie i dał go Czarnemu.

- Masz i wynoś się. Teraz nie jesteś mi potrzebny. Może innym ra­zem trochę więcej pogadamy.

Major znów łypnął do mnie "oko". A ja znów w śmiech. Czarny wyszedł, a major zadzwonił do wartowni:

- Zaraz tam polski ksiądz przyjdzie. Oddać mu dokumenty i wypuścić. Potem major do mnie zwrócił się:

- Tamta historia w pociągu tobie udała się!

- Zawsze i wszędzie staram się, jak mogę, i czujność komunistyczną wykazuję.

- Ale ty, w tym wypadku, trochę przestarałeś się! Ot co.

- Dlaczego?

- Zaraz ja ci to dokładnie wytłumaczę.

Major podszedł do mnie i tak trzasnął w mordę z lewa, że ja aż głową o ścianę walnąłem. Poprawił z prawa jeszcze mocniej i poszedł w kąt pokoju do szafy.

Ja trochę oprzytomniałem. Palcem z nosa krew wycieram i myślę sobie tak: "O co mu poszło? Bije w sposób służbowy, więc powód jest dostateczny. Ale jaki? Może ktoś czegoś na mnie nagadał? Ale kto? A najgorsze jest to, że nawet nie wiem: do czego się przyznać? Do ja­kiego przewinienia albo niedociągnięcia?".

Tymczasem major wyjął z szafy pocisk, który ja burżujowi w pocią­gu odebrałem i postawił go na stole.

- Poznajesz to? - spytał mnie.

- Poznaję, towarzyszu majorze.

- Więc chodź tu i przyjrzyj się lepiej.

Zbliżyłem się ja do stołu. Major zaczął w pocisku zapalnik odkrę­cać. Potem zdjął go. Patrzę: duży korek widać. Wyjął major korek z pocisku i mówi:

- Patrz do środka!... Co tam jest?

- Nic.

- Otóż właśnie, nic... A ty, durniu, za to człowieka zabiłeś!... Mnie tu nie chodzi o człowieka, bo to nie Ruski nawet. Ale chodzi o to, że ty, idioto, nas ośmieszasz. Przez was, takich właśnie durniów jak ty, wszyscy z nas kpią. Czy ty rozumiesz, że to jest termos?

- Rozumiem... termos...

- Otóż to... W takim termosie można długo gorącą wodę albo her­batę trzymać.

- Rozumiem, towarzyszu majorze. Zrobiłem niedociągnięcie i bar­dzo przepraszam. Chciałem bronić mego dowódcy od zamachu pluga­wego kapitalisty.

- Jaki on tam kapitalista był! Zwykły stolarz ze Starej Wilejki, z żo­ną i córką wracali z pogrzebu syna jego. A tymczasem ty i z niego nie­boszczyka zrobiłeś. A żona jego ze strachu zwariowała.

- Omyliłem się, towarzyszu majorze. Bardzo przepraszam. I skąd ja mogłem wiedzieć, że taki termos istnieje?... Akurat: pocisk.

Major odniósł termos do szary, potem usiadł przy biurku. Był wi­docznie w dobrym humorze, bo więcej w mordę ani razu nie dostałem. Powiedział w końcu tak:

- Sprawy z tego nie będziesz miał. O termosie tym nic nikomu nie gadaj. Był pocisk i już. A następny raz lepiej uważaj i nie rób z siebie takiego durnia. A teraz wynoś się stąd, bydlaku!

- Dziękuję bardzo, towarzyszu majorze. Poproszę o przepustkę z gmachu.

- Zadzwonię do wartowni: wypuszczą.

Wyszedłem ja z gabinetu majora na korytarz. W głowie mi trochę kołowało... Ciężką rękę ma major! Zdawało się, że tak leciutko w mordę bije, a czuję z lewa - jak językiem dotknę - boczne zęby się ruszają. Tak: wprawę ma i robotę dobrze prowadzi. Od razu widać wyższą socspecjalizację!... A jak on tamtego Czarnego obrabiał!... Bardzo przyjemnie było posłuchać.

Takim to sposobem, przez tych przeklętych polskich burżujów, ja zamiast orderu i awansu dostałem dwa razy w mordę. I szczęście mam, że chociaż na tym tylko się skończyło. A zawdzięczać to mogę jedynie brakowi, w tej przeklętej Polsce, najprymitywniejszej kultury!... Toż śmiechu warte! Termosy im potrzebne, żeby gorącą wodę wozić!... U nas, w Związku Radzieckim, na każdej większej stacji, gdzieś z boczku kocioł stoi. I często się zdarza, że i ciepła woda w nim bywa. To ja rozumiem: CYWILIZACJA! A tu nawet wodę trzeba ze sobą w drogę brać! Kul-tu-ra! Tylko napluć na to wszystko i nogą rozetrzeć!

Sergiusz Piasecki