Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

SPOD ZNAKÓW ORŁA I POGONI

Inspiracje Sokrata Janowicza

 

Tylko z polska patrząc, widzi się w miarę poprawnie to miejsce w przestrzeni geograficzno-historycznej, które nam tyle dumy przyniosło i tyle krwi napsuło. Ani orzeł, nie jest tylko nasz, ani pogoń tak zupełnie czysta. Ta ostatnia do dziś budzi wątpliwości co do swych intencji: skąd bieży i kogo tak uparcie ściga. Daleko w historii mityczny jeździec na koniu symbolizował wspólne harce wojów Wiel­kiego Księstwa Litewskiego, czyli małej Litwy i dużej Rusi (Białej, Czarnej i Czerwonej), a dziś ich paradoksalnie dzieli.

Owszem, wszystko jest paradoksem. Ale Sokrat Janowicz, który jest sprawcą tych moich niepewnych rozważań, którymi się tutaj dzielę, utrzymywał jeszcze kilka lat temu, że "mit jest łgarstwem"; aż sam zanurzył się w mitologię po uszy i czuje się w niej całkiem dobrze. Czy może być inaczej? Leszek Kołakowski w swoim pouczającym dziełku Obecność mitu przejmująco uzasadnia dlaczego "energia mitolo­giczna we wszystkim, co składa się na praxis swoiście ludzką", ma swój "niewytrącalny współudział", rodząc "odżywające stale pragnienie, aby samą treść świadomości mitycznej zakląć w słowa". Pisząc swoją najnowszą książkę o polsko-białoruskich stosunkach w historii Sokrat Janowicz już wie o tym i malowany przez niego obraz tych stosunków jest wyrozumiały dla win historii - jak święta ikona wobec grzesznego człowieka.

Książka została napisana po białorusku i w tymże języku w Polsce wydana: Pad znakami Arła i Pahoni (Wyd. Villa Sokrates, Krynki 2003). Składa się z czterdziestu kilku krótkich rozdziałów po­święconych najważniejszym faktom i wydarzeniom w dziejach współbytu Polski i Białorusi, zaczy­nając od czasów Jagiełły, rozwijając chronologicznie dojrzewanie białoruskiego płodu, a kończąc na współczesności z płodem już przenoszonym, nazwanej ze smutkiem "Finita". Przeszłość jest pogod­niejsza, jeszcze pełna nadziei. Przez unię polsko-litewską, renesans, złoty wiek, język wciąż w powi­jakach, samopolonizację, patriotyzm, bunty, oświatę, piśmiennictwo, przebudzenie, stabilizację, emigrację, nawroty, elity, plany, martwoty, świty, poranki, więc jednak nadzieje - płynie historia dra­matycznych nieporozumień i optymistycznych zbliżeń. Jest to także historia Polski i polskiej kultury, w której białoruska własność, właściwość, oryginalność albo stapia się z polską stanowiąc jej szcze­gólną cechę, albo zachowuje - obok, po sąsiedzku - swój osobny, niejako pograniczny charakter. Budowanie swojej tożsamości przychodzi Białorusinom z najwyższym trudem również dlatego, że los usadowił ich na ruchliwym, niespokojnym trakcie euroazjatyckim, na którym przeciągi dziejowe hulały z wyjątkowo okrutną zawziętością. W artykule ogłoszonym w "Newsweeku", już po ogłosze­niu książki, Janowicz przypomina, że niszczycielskie fale wielkich wojen zawsze pustoszyły ten kraj przydrożny tyleż materialnie, co duchowo; tak było, gdy dotarli tu Tatarzy, gdy Piotr I przygotowy­wał nowe imperium, gdy przewalały się tędy armie napoleońskie, gdy parły na wschód pancerne zagony Hitlera. Polska międzywojenna, która już w traktacie ryskim zrezygnowała z federalistycznej koncepcji Piłsudskiego, także jest oskarżona w tym historycznym procesie. "Czynię wyrzuty Pola­kom - pisze Janowicz - bo zawsze bardziej winny jest silniejszy". Białoruski dramat polegał wów­czas na wierze, że skoro Polacy tak zawiedli, konsekwentnie gasząc promyk odradzającej się biało­ruskiej oświaty, to jedyna nadzieja pozostaje w radzieckiej ojczyźnie, gdzie Białoruś uzyskała swoją międzynarodową nazwę, literacki język, ludową kulturę. Złudzenia kosztowały wiele, zginęła bodaj polowa inteligencji białoruskiej, a wraz z nią ci, którzy uchodząc przed prześladowaniami polskimi, wpadli z deszczu pod rynnę. To była krwawa rynna, ostudziła zapał, nie zdołała jednak wytrzebić do końca patriotyzmu. Miał się z niego urodzić nowy Feniks... Prawo paradoksu objawiło się teraz w tym, że Białorusini, gdy już mogli, nie uwierzyli w przyszłość swojej kultury. Bitwę o język, na przy­kład, przegrali sami z sobą. I to po obu stronach granicy.

Sokrat Janowicz, pisarz filozofujący, rozpaczliwie, od lat, poszukuje odpowiedzi na pytanie, dlacze­go jego rodacy z takim samozaparciem zmierzają w stronę kulturalnego samobójstwa. Jedną z najbar­dziej gorzkich znajduje w kompleksie chama. Poszerzyły się granice wolności i oto nikt już nie jest w stanie powstrzymać "chama" przed jego skokiem w świat "pańskości", choćby to było sztuczne, ryzy­kowne i trzeba by wręcz uciekać z rodzinnej ziemi w obczyznę. Ale kiedy mówimy o współczesności, o polskiej Białorusi, której sens nie mieści się w Podlasiu, ta obczyzna nie jest wcale taka obca, potrafi być Polską białoruską, tożsamością samą w sobie, bogactwem kultury naturalnej i religijnej, mentalnością ekumenii. Przykład dwudziestoletniego festiwalu muzyki cerkiewnej u wrót Puszczy Białowieskiej byłby najbardziej budujący, gdyby naczelny dzwonnik w kościele prawosławnym odnalazł był właści­wy ton...

Na zakończenie zostawiłem pewną uwagę osobistą, może najważniejszą w moim czterdziestoletnim obcowaniu z twórczością Sokrata Janowicza. Niełatwo zapewne opisać piękne relacje kultur na przykładach szlachetnych, lecz czasem skomplikowanych, niejednoznacznych (a to Skoryna, a to Husowski, a to Budny, Syrokomla, Mickiewicze...), ale najtrudniej odnaleźć tę strunę wspólnoty, która mimo wszystko dobędzie z nas głos pogody i pojednania. Otóż, odnoszę wrażenie, że mistrz Sokrates, znany ze swoich gniewnych odruchów, pomruków, słów w goryczy uczuć czasem niesprawiedliwych, po raz pierwszy bodaj zdobył się na olimpijski spokój myśliciela, który mając do dyspozycji kroniki czasu historycznego, ale i sumę własnych, niemałych doświadczeń, umie się do nich odnieść z umia­rem, sine ira et studio i odnaleźć we wspólnym losie nie tylko przekleństwo małości człowieka, ale i radość z jego wielkich czynów.

W ubiegłym roku Sokrat Janowicz otrzymał z rąk Prezydenta RP nagrodę im. Andrzeja Drawicza. Za czyny także pozaliterackie. Za upowszechniania idei dobrego sąsiadowania, realizowanej przez Stowarzyszenie Villa Sokrates, przez miesięcznik "Czasopis", przez międzynarodowe sympozjony pod Krynkami, przez ich coroczne owoce, jakimi są wielojęzyczne publikacje poświecone znaczeniu kultu­ry białoruskiej w Polsce, obok i na świecie. Piąty, bogaty treściowo, tom rocznika Annus Albaruthenicus 2004 właśnie się ukazał.

 

Eugeniusz KABATC