Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

OSTATNIE PRZEJAWY POLSKIEGO RUCHU OPORU NA NOWOGRÓDCZYŹNIE (1950-1953)


Po zniszczeniu przez NKWD w maju 1949 r. oddziałów "Olecha" i rozbiciu struktur konspiracyjnych Obwodu 49/67, zorganizowany polski opór został na Nowogródczyźnie przełamany. Nie oznaczało to jednak końca walki. Jeszcze przez kilka lat miały tu miejsce wystąpienia zbrojne skierowane przeciw sowieckiej administracji i władzom bezpieczeństwa. W latach 1950-1951 we wschodniej części dawnego województwa nowogródzkiego działały resztki oddziałów Jurgiela oraz grupy Szydłowskiego i braci Mietlickich. W Lidzkiem "chodziły" niedobitki po oddziale Bukatki, skupiając wokół siebie ludzi ukrywających się. W Szczuczyńskiem działała grupa W. Szwarobowicza "Kiepu­ry", rozbita dopiero w 1951 r.

W następnych latach pojawiali się jeszcze w różnych rejonach Nowogródczyzny pojedynczy partyzanci, byli żołnierze AK ścigani przez NKWD. Aczkolwiek ich działalność nie miała jakichkolwiek szans i perspektyw, odgrywała dość poważną rolę w życiu wsi nowogródzkiej. W początkach lat pięćdziesiątych sowiecki aparat administracyjny zakończył przymusową kolektywizację wsi. Ludność wiejska była całkowicie sterroryzowana i zdana na łaskę sowieckich urzędników i funkcjonariuszy NKWD, którzy praktycznie byli panami jej życia i śmierci. Sowiecki terror przybrał niewyobrażalne rozmiary, niszczono każdy odruch indywidualności, każde swobodniejsze słowo traktowano jako działal­ność antysowiecką. Ludność wiejską zamieniono w niewolników XX wieku, przywiązanych administracyjnie do ziemi w kołchozach, do których została przypisana. Pojawiający się nieoczekiwanie w różnych miejscach pojedynczy polscy partyzanci likwidowali donosicieli, niesprawiedliwych urzędników sowie­ckich, dyrektorów kołchozów, milicjantów i funkcjonariuszy NKWD. Ich istnienie przypominało przedstawicielom sowieckiego aparatu władzy i donosi­cielom, że jest jeszcze jakaś sprawiedliwość, która nieoczekiwanie może rozliczyć ich z postępowania wobec ludności. Fakt, że owi ostatni partyzanci dotrwali w terenie z bronią w ręku prawie 10 lat od "wyzwolenia" "zachodnich obwodów" BSRR, świadczy jednoznacznie, że mieli oni zaplecze społeczne wspierające ich nawet w okresie największego terroru. Działalność ostatnich polskich partyzantów, w źródłach sowieckich określanych niekiedy jako "ter­rorysty adinoczki", była przedmiotem opowieści ludności wiejskiej. Dziś trudno odróżnić, co jest w nich prawdą, a co swego rodzaju legendą.

Taką postacią, głośną na nadniemeńskich terenach powiatu lidzkiego, był Puchalski z Klukowicz. Początkowo "chodził" z kilkoma kolegami, którzy jednak stopniowo "wykruszyli się". Jesienią 1951 r. został przy nim już tylko jeden człowiek. W dniu 02.09.1951 r. Puchalski zastrzelił pod Żołudkiem oficera NKWD Iwana G. Arfieniewa. Jesienią 1951 r. został osaczony przez NKWD na koloniach Radziwoniszek. W swej ostatniej walce miał zabić podobno 4 enkawudzistów. Gdy Rosjanie podpalili dom, z którego się bronił, usiłował przebijać się. Widząc, że nie zdoła wyrwać się z pułapki, krzyknął jeszcze - "Niech żyje Polska! i strzelił sobie w głowę.

Do 1952 r. "chodził" w Lidzkiem wraz z kilkuosobową grupką partyzant od Bukatki, Stanisław Ptak.

Jednak chyba najsłynniejszą postacią stał się Hryncewicz "Bogdan" ze wsi Jodki pod Lida. Był żołnierzem AK jeszcze w czasie okupacji niemieckiej. Służył w batalionie partyzanckim "Ragnera". Po lipcu 1944 r. nadal należał do placówki terenowej AK w swojej wsi, nie uczestnicząc jednak w czynnej działalności organizacji. W 1945 r. został aresztowany przez NKWD i za przynależność do AK skazany przez Wojskowy Trybunał Obwodu Grodzień­skiego na 10 lat ITŁ. W 1948 r. udało mu się uciec z więzienia. Powrócił w swoje rodzinne strony i na własną rękę podjął walkę z sowieckim aparatem policyjno-administracyjnym. Stał się postrachem donosicieli i funkcjonariuszy sowiec­kich. Ludność opowiadała legendy o jego wyczynach. Tak wspomina go jeden z mieszkańców Jodek: "Jak on wyszedł z tego aresztu nie wiem [...]. Gdzieś nabył dwa pistolety i czaił się na Rosjan. Zgładził kilku donosicieli . Zastrzelił kilku uzbrojonych wojskowych i jednego milicjanta, bardzo drogiego dla Rosjan.

Pewnego razu wpadł do samochodu i wystrzelał z dwóch pistoletów wszystkich ruskich lotników, osiem osób. Był nieuchwytnym. Rosjanie wyznaczyli za Jego [głowę] nagrodę".

Spośród bardziej znanych akcji Hryncewicza można wymienić między innymi likwidację latem 1950 r. agenta - pełnomocnika NKWD na teren sielsowietu trzeciakowskiego - Diagilewa, likwidację w lecie 1953 r. funkcjonariusza milicji Kiryłowa oraz likwidację w czerwcu 1953 r. dyrektora dużego kołchozu Piotra Szota, współpracownika NKWD. Jednym z najsłynniejszych wyczynów Hryn­cewicza było wystrzelanie w sierpniu 1 953 r. na drodze pod Berdówką "zastawy" NKWD, która usiłowała go zatrzymać. Zabił wówczas 4 funkcjonariuszy NKWD, w tym oficera w stopniu kapitana.

Hryncewicz został ujęty przez NKWD jesienią 1953 r. w wyniku zdrady. Według relacji ludności wydał go jego przyjaciel, niejaki Kuk, pracownik cegielni w Perepeczycach pod Lida. Zwerbowany do współpracy przez NKWD podał Hryncewiczowi środki nasenne, za co otrzymał 10 tysięcy rubli, sumę jak na ówczesne stosunki sowieckie zawrotną. Hryncewicza wywieziono do Grodna, gdzie miał być sądzony. Wszelki ślad po nim zaginął.

Szwarobowicz, Jurgiel, Szydłowski, Mietliccy, Puchalski czy też Hryncewicz nie byli jedynymi ostatnimi kombatantami tej niewypowiedzianej wojny, toczącej się na terenach byłego województwa nowogródzkiego. Ludzi takich jak oni było wielu, pojawiali się w każdym powiecie. Brak jest jednak bliższych danych o ich działalności. Dlatego też nie wiemy, kto i kiedy oddał ostatnie strzały w tej walce.

Kazimierz Krajewski