Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Zapiski oficera armii cyerwonej

 

 

29 listopada 1939 roku

Lida

 

Dzisiaj od Duniaszki list otrzymałem. Pisze:

"Kochany Miszeczka!

Bardzo ci dziękuję za twój list i za fotografię. Nie mogę ja na nią napatrzyć się. I trudno swoim oczom uwierzyć, że to naprawdę ty jesteś. Wszyscy ludzie z kołchozu naszego wieczorami, po pracy, do mnie przychodzą i fotografię oglądają i też bardzo ją podziwiają. Tylko nie mogę uwierzyć, że zegarki, które masz na rękach i w kieszonkach, są prawdziwe. Ale ja wierzę tobie, mój ty orle i bohaterze, i bardzo jestem z ciebie dumna.

Chcę i ja tobie moją fotografię posłać. Złożyłam nawet w tym celu podanie do NKWD, żeby pozwolili na wyjazd, na jeden dzień, do miasteczka. Przypuszczam, że mogą pozwolić, chociaż wszyscy mówią, że nie słyszano tu o takim wypadku. Ale ja dołączyłam zaświadczenie prezesa kołchozu o tym, że wyrabiam po 150 procent normy i należę do komsomołu. Szkoda tylko, że nie mam ja sukienki, lecz tylko bardzo starą watówkę. Ale prezes kołchozu mówił nam, że ponieważ kołchoz nasz został wyróżniony za wydajną pracę, to mogą w nagrodę sprzedać trochę materiału na ubrania. A ponieważ mówił to w 1936 roku, to chyba niedługo doczekamy się. Wówczas ja sobie piękną sukienkę spo­rządzę.

Niedawno przyjechali z NKWD i zabrali rodzinę Morgałowa, które­go wysłano do łagru za to, że po pijanemu mówił, iż będzie wojna z Niemcami. Pisałam ci już o tym. To my potem zebranie zrobiliśmy i wysłaliśmy podziękowanie władzom za ochronę nas od kontrrewolu­cyjnych elementów. Bo, wiadomo, jeśli Morgałow mówił, że będzie wojna z Niemcami, to i ktoś z jego rodziny mógł to posłyszeć. Trzeba niszczyć tych faszystowskich gadów i angielskich agentów.

Bardzo się cieszę, że doszły do was tamte eszelony z napisami "CHLEB DLA GŁODUJĄCEJ POLSKI" i że nie macie teraz biedy z wyżywieniem. Ogromnie to przyjemnie, że nasz rząd tak dba o boha­terską Armię Czerwoną. Tylko boję się ja bardzo, żeby ciebie tamci krwiopijcy, Polacy, gdzieś podstępnie nie zamordowali albo otruli. Uważaj, mileńki, na siebie i bądź bardzo ostrożny.

Przesyłam ukłony od całej rodziny i całuję ciebie mocno.

Twoja do grobowej deski,

Dunia".

Przeczytałem ja ten list i postanowiłem od razu, że kupię dla Duni sukienkę i trzewiki. Poszedłem ja do miasta, ale w sklepach już prawie nic nie ma. Wiadomo: nasi chłopaki wszystko wykupili, a kupcy nowych towarów nie sprowadzają i sklepy pozamykali. Ale jest za to dużo komisowych sklepów, w których trochę drożej można kupić czego tylko dusza zapragnie. To tutejsi burżuje wysprzedają swoje rzeczy, bo im pieniędzy na życie zabrakło. Bardzo to dla nas korzystne i bardzo z tego cieszymy się.

Otóż kupiłem ja dla Duni sukienkę, ale specjalnie tańszą wybrałem, bo i tak cały kołchoz będzie jej zazdrościć. Kupiłem też używane trze­wiki, no i bielizny dwie pary, bo, pamiętam, że bielizny ona w ogóle nie miała. A panienka, która w sklepie tamtym rzeczy sprzedawała, spytała mnie:

- To pewnie dla żony?

- Nie - powiedziałem. - Dla narzeczonej. Ona jest artystką w teatrze. A druga mówi:

- Czyż u was w Rosji nie ma sklepów z ubraniem i obuwiem, żeby mogła sobie na miarę kupić?

Zrozumiałem ja, że podła gadzina faszystowska w polityczną rozmo­wę mnie wciąga i chce, w sposób podstępny, Związek Radziecki wyk­pić. Więc powiedziałem:

- U nas wszystkiego dużo jest i wszystko lepsze i tańsze jak u was. Wy nawet nie widzieliście takich rzeczy, jakie my mamy!

- To po co wy tu wszystko wykupujecie?

- Jak to: po co?... Żeby prezent posłać, jako dowód pamięci. Ot będzie to w domu do brudniejszej roboty wkładać. Na wieczorynkę albo zebranie jakieś, czy na spacer, to nasze, sowieckie ubranie włoży.

Jedna z nich powiedziała:

- Mamy dobre jedwabne pończochy. Może kupicie też do kompletu?

Pomyślałem ja: "Rzeczywiście warto Duniaszce pończochy posłać". A sprzedawczyni pudełko na ladzie postawiła i pokazuje mnie pończo­chy różne. Obejrzałem ja wszystkie i tak powiedziałem:

- Cóż to za pończochy: jak pajęczyna! U nas pończochy wyrabiają mocne i grube. A te, to ja nie wiem, jak ona na nogę wciągnie.

- Czemu? - powiedziała jedna z nich. - To są bardzo mocne. Na pewno mocniejsze jak wasze bawełniane. I na nogach pięknie leżą.

Kupiłem ja dwie pary pończoch i pytam o podwiązki. Bo gdzież tam Duniaszka gumy na podwiązki kupi? A one powiadają, że teraz gumy na podwiązki u nich nie ma. I że w ogóle mało kto podwiązki nosi.

- To jak wy pończochy nosicie żeby w dół nie osuwały się? A one jak zaczną się śmiać. Potem starsza, i taka wyszczekana, po­wiada:

- Zaraz wam pokażę.

Wyjęła z szuflady jakiś, różowego koloru, przyrząd i na sobie, na biodrach zapina. Potem tłumaczy mnie:

- To pas się nazywa. A do tych gumek z boku przypinają się pończochy. To lepsze jak podwiązki, bo nie uciska nóg i pończochy się nie marszczą.

Kupiłem ja i pas. Za wszystko uczciwie zapłaciłem i poszedłem do domu. Rozłożyłem ja tam te rzeczy na łóżku, na stole, na krzesłach i oczom swoim nie wierzę: takie to wszystko piękne! Tak: rozkosznie się żyło burżujom i burżujkom w tej ich imperialistycznej Polsce!

Nazajutrz spakowałem ja to wszystko do pudełka, napisałem chemi­cznym ołówkiem adres i nazwisko Duni i poniosłem paczkę na pocz­tę... Omal nawet nie wysłałem, ale - na szczęście - w ostatniej prawie chwili opamiętałem się. "Cóż ja robię?! Jeśli Duniaszka te rzeczy otrzyma (co może się zdarzyć) i ubierze się w nie, to o niej nie tylko cały kołchoz będzie gadał, lecz i NKWD się dowie... Zaczną badać: skąd to ma? Jak i co? Może, naturalnie, się tłumaczyć, że narzeczony z Pol­ski prezent przysłał. Ale skąd on to wszystko wziął?... Kupił... Ale od kogo?... Od burżujów... To znaczy..."

Nie dokończyłem ja tej myśli i poczułem, że od razu cały mokry zro­biłem się od potu... Ot, zgłupiałem ja całkiem między burżujami żyjąc! Toż ja moją kochaną Duniaszkę mogłem zgubić, a może i siebie z nią razem! Na szczęście w porę opamiętałem się, z poczty wyślizgnąłem się i po cichu, bocznymi ulicami, wróciłem z tamtą przeklętą paczką do domu. Zdarłem z pudełka papier z adresem i spaliłem go. A paczkę pod łóżko w kąt wsadziłem. Dopiero wówczas uspokoiłem się.

 

 

19 grudnia 1939 roku

Lida

 

Dawno już nie pisałem, ale i czasu nie bardzo mam na to. Zresztą nic nadzwyczajnego się nie dzieje. Burżuazję polską poskromiono wzoro­wo. Ta zaś, która jeszcze ocalała, siedzi cicho po kątach, a nasze boha­terskie NKWD ją po trochu likwiduje. Rząd nasz przywrócił wolność Białorusinom i wspaniałomyślnie zaszczycił ich przyjęciem do Związku Radzieckiego. Teraz - po sam Bug i za Bug - wszystko nasze. Litwa otrzymała zagrabione jej przez polskich panów Vilnius i bardzo jest za to wdzięczna naszemu WIELKIEMU Stalinowi. Słowem: wprowadza­my planowo wszędzie porządek, swobodę, kulturę, dobrobyt i sprawie­dliwość. Socjalizujemy, co możemy i gdzie możemy - po komunistycz­nemu.

Niedawno kupiłem ja sobie jeszcze jeden zegarek. Ale nie w sklepie, lecz od znajomego Lipy, też robociarza, któremu pieniędzy na wódkę zabrakło. Teraz każdy, kto tylko na mnie spojrzy, od razu widzi, że waż­na persona jestem, bo przy dwóch zegarkach chodzę. A jakże! Bardzo to przyjemne samopoczucie. Tak.

Prócz tego mam prawdziwą walizkę, prawie zupełnie nową, z dwo­ma zamkami i miedzianymi okuciami na rogach. Kupiłem sobie też chromowe buty angielskiego fasonu, z rzemykami pod kolanem. Nie­dawno ubrałem się ja fasonowo i z walizką w ręku ze dwie godziny przed lustrem stałem, na siebie patrzyłem i napatrzyć się nie mogłem. Tak: można powiedzieć, że na znakomitą osobistość wyglądam. Tylko wzrostem ja za mały i nos trochę przypłaszczony. A poza tym wszystko wspaniale! Spodnie z francuskim galife, z niemieckiego sukna uszyte; buty, angielskiego fasonu, lśnią jak gwiazdy na sowieckim sztandarze; zegarki szwajcarskie: tyk-tak!... tyk-tak!... Jeden w kieszonce, drugi na ręku. Nie ma co mówić: pięknie wysztafirowałem się! Ot, żeby tak ub­ranym i z walizką w ręku wrócić do Pawłowa i pójść na spacer ulicą! Toby ludziska patrzyli i podziwiali! Całe miasteczko by się zbiegło, żeby mnie zobaczyć. Tak: wysoko ja zaszedłem, zawdzięczając wszyst­ko władzy radzieckiej i naszemu WIELKIEMU Stalinowi.

W dalszym ciągu mieszkam u Lipy, lecz wódki z nim nie piję i roz­mawiamy bardzo ostrożnie. Raz jeden wpadłem w nieszczęście, ale dobrze się skończyło, więc teraz muszę na siebie uważać.

Przyglądam się ja: jak żyją Lipy i bardzo się dziwię. Dobrze jedzą, czysto chodzą i własny dom mają. We cztery osoby w trzech pokojach mieszkają. I wszędzie są firanki, kwiatki. A w jednym pokoju ja nawet prawdziwy patefon zauważyłem. Daję komunistyczne słowo honoru, że nie kłamię!... Nie mogę ja uwierzyć w to, że Lipa uczciwym sposobem do takich wielkich bogactw doszedł! Bo że robotnikiem on teraz jest, to to prawda. Przekonałem się. Ale żeby cała rodzina z jego pracy mog­ła żyć w takiej rozkoszy, to w taką bajkę nikt rozsądny nie uwierzy.

Żona Lipy ze czterdzieści lat ma. Ale kobieta niczego sobie: tłusta. Z początkują do ich starszej córki oko robiłem. Piękna panna. Julka się nazywa. Wysoka, zgrabna, piersiasta i w zadzie należycie rozrośnięta. A ubiera się jak aktorka filmowa. Nawet kapelusz czasem włoży i różne tam palta i żakiety posiada. A także parasolkę. Nawet pewnego razu u niej zegarek na łańcuszku przyuważyłem. Ot, myślę ja sobie, żeby mnie taką podczepić! Więc zacząłem ja ją kokietować. To ją łokciem szturchnę, to na nogę nastąpię przechodząc, to mrugnę do niej w sposób znaczący... Naszej by to wystarczyło. Za cześć wielką uważałaby, że ją czerwony oficer raczył swoją uwagą zaszczycić. A ta nic - mordą kręci. Więc ja jej pewnego razu, nad wieczór, drogę na dziedziniec zastąpiłem i mówię bardzo politycznie:

- Może pójdziemy dziś do klubu kolejowego na film. Ja bilet za­funduję.

- Dziękuję - powiedziała. - Nie interesują mnie wasze kluby i filmy. Zresztą widziałam, że tu wasze Sowietki przyjechały i w sołdackich mundurach chodzą. Możecie sobie którąś z nich zaprosić.

- Nie chcecie - powiedziałem - to nie trzeba. Lepszą znajdę. A ona mówi:

- Choć i sto na raz.

Odtrąciła mnie i poszła. Ja bym potrafił inaczej z nią pogadać. Chło­paki dużo opowiadali: jak z takimi burżujkami trzeba postępować. Ale na Lipę wzgląd miałem i na jego proletariackie pochodzenie. Poza tym widać, że on człowiek taki, co i w mordę walić potrafi. A ja jakoś bar­dzo nie lubię, jak mnie w mordę biją. Delikatną mam naturę.

 

 

l stycznia 1940 roku

Lida

 

WIELKIEMU Stalinowi hura! hura! hura!

Zaczynamy Nowy Rok. Zastanawiałem się nad tym: czego bym ja pragnął dla siebie w Nowym Roku? Otóż największym moim pragnie­niem jest: umrzeć dla chwały naszej świętej Rosji, w obecności jej ge­nialnego wodza, Stalina. Wyobrażam to sobie w ten sposób: jestem śmiertelnie ranny w walce z angielskimi, krwiożerczymi pachołkami kapitalistów i leżę w szpitalu... Wiem, że umrę, ale i to wiem, że wła­snoręcznie zabiłem kilkudziesięciu imperialistów angielskich i zdoby­łem sztandar najbardziej zezwierzęconego ich pułku. Tak. Otóż leżę i umieram... Szkoda mi rozstawać się z życiem, bo - wiadomo -już i dwa zegarki mam, i walizkę, i buty chromowe. Ale wiem, że i po śmie­rci - gdy nasza potężna Rosja opanuje cały świat i będzie nim rządzić, likwidując systematycznie elementy reakcyjne - moje imię będzie wyry­te złotymi literami na marmurowej tablicy, jako bohatera Światowego Związku Radzieckiego. Tak.

Otóż leżę ja i kategorycznie umieram. Mnie proponują kotlety i inne takie różne kiełbasy, ale ja nic... nawet uwagi na to wszystko nie zwra­cani. W tym momencie otwierają się drzwi i na salę wchodzi potężnie uzbrojony oddział NKWD. Obstawiają wszystkie okna ł drzwi, i trzy­mają broń w pogotowiu. Potem zjawiają się sami marszałkowie i gene­rałowie, i robią szpaler od drzwi do mojego łóżka. A ja nic: leżę i umie­ram... Potem.... potem... ukazuje się ON!... Mój wódz!... Słońce Rosji i świata... On... towarzysz Stalin... Ja zrywam się z łóżka, staję na baczność i krzyczę: "Wielkiemu Stalinowi hura! hura! hura!". A ON zbliża się do mnie i mówi:

- Połóż się, Michaile Nikołajewiczu. Dość napracowałeś się na chwałę naszej świętej Rosji.

Ściska mi dłoń i siada na łóżku. Potem wyjmuje z kieszeni butelkę "specjalnej moskiewskiej" i nalewa mnie szklankę wódki (sobie też) i powiada:

- Wypijmy, towarzyszu, na zgubę podłej Anglii i za zdrowie nasze­go wiernego przyjaciela, Adolfa Hitlera.

No, wypiliśmy, przekąsili, a potem ON pyta:

- Jak się czujesz?

- Umieram - powiadam - ojczulku kochany.

- To nic, głupstwo - mówi - ale imię twoje będzie nieśmiertelne. Możesz sobie umierać spokojnie.

- Słucham pokornie - odpowiadam - wodzu mój kochany.

I czuję, że umieram, umieram i umarłem... w obecności Stalina.

Tak:.. piękne to marzenie, lecz na razie trzeba żyć i utrwalać naszą wielką sowiecką kulturę w tej nieszczęśliwej, wyeksploatowanej przez polskich krwawych panów, Białorusi.

Wczoraj spotkałem ja lejtnanta Dubina. Powiedział:

- Przyjdź do mnie wieczorem. Wypijemy. Spotkamy Nowy Rok. Będzie kapitan Jegorow i jeszcze kilku chłopaków.

- Dobrze - powiedziałem.

I poszedłem. No, naturalnie, ubrałem się odpowiednio i perfum nie pożałowałem. Przychodzę, a tam już wszyscy są i kapitan Jegorow też.

- Od czego zaczniemy? - spytał nas Dubin.

- Wiadomo od czego - powiedział lejtnant Sinicyn. - Od wódki zaczniemy, wódką i zakończymy.

- A może z początku herbaty chcecie?

- Herbata nie wódka: dużo nie wypijesz.

No i dawaj my chlać... Znalazła się gitara. Dubin niczego sobie gra: głośno. Więc my chórem Moskwę machnęli. Głos, wiadomo, każdy z nas ma i śpiewa z całych sił, to aż okna się trzęsły i szklanki dzwoniły. Niech burżuazja słyszy i zna, że Czerwona Armia się bawi!

W kącie pokoju pianino stało. Ale grać nie umieliśmy na tym faszy­stowskim instrumencie. Jednak - kiedy wypiliśmy więcej - to Sinicyn spróbował. I nawet bardzo dobrze wyszło. Więc Dubin na gitarze rżnie, my z całych sił Jeśli zawtra wojna śpiewamy, a Sinicyn pianino obu rękami po zębach chlaszcze. I tak ładnie nam szło, że my tym sposobem do północy się bawili.

Potem Dubin uroczyście powiedział:

- Drodzy towarzysze! Zaraz będzie Nowy Rok. Zaczniemy go spe­cjalną zakąską do wódki. Jest to najlepsze na świecie burżujskie je­dzenie!

Poszedł on do szafki i wyjął dużą papierową torbę. Przyniósł ją i wy­rzucił zawartość na stół. Było to coś podobnego do strąków dużego bobu, albo do małych ogórków.

- Co to jest? - spytałem.

- Banany - powiedział Dubin. - Nasi chłopaki z NKWD tu u pew­nego burżuja, który miał dawniej owocarnię, rewizję robili i dużo tego specjału znaleźli. Więc i mnie trochę dali.

- Dawać tu banany! - krzyczy Jegorow. - Dość burżujom tym się obżerać. Teraz nasza kolej!

No, nic. Dubin banany porządnie w umywalce wymył i kilka z nich plasterkami na talerzu pokrajał, potem, oczywiście, odpowiednio posolił i każdemu wódki nalał.

- Zdrowie piechoty! - powiedział.

Wypiliśmy i bananami zagryzamy. Ale, cholera go wie, jakoś nie­smacznie było. Ja nawet wypluć chciałem. A Sinicyn wówczas powie­dział:

- Do tych bananów trzeba octu i tak samo pieprzu.

Pieprz był, ale po ocet Dubin do gospodyni poszedł pożyczyć. Za­prawiliśmy banany octem, no i, rzecz jasna, pieprzem. I zupełnie inny smak wyszedł. Ale wszystko jedno nie podobały mi się. Wolę kiszone ogórki, a nawet cebulę. Ale nic: pod wódkę to nawet i banany pójdą. Tylko to było najgorsze, że kapitan Jegorow, nieco za wcześnie, cho­rować zaczął. Sinicyn do pianina go poprowadził, przykrywkę u góry instrumentu otworzył i powiedział:

- Walcie, towarzyszu, do środka, bo szkoda podłogę zanieczysz­czać. A w tym głupim instrumencie miejsca dość. Wszystko się zmieści.

Widzę ja, że z drugiej strony pianina Maślannikow przysposobił się i też naloty na Rygę robi. Ale ja dobrze się trzymałem i dalej wódkę pod banany chlastałem. A potem posłyszałem, jak Dubin powiedział:

- Te banany to najlepiej z olejem jeść i cukrem. Ale szkoda, że nie mam.

Nie zdążył on tego wypowiedzieć, jak kapitan Jegorow od pianina oderwał się, do stołu zbliżył się, jeden banan (jeszcze nie pokrajany) wziął i Dubina nim w zęby jak zajedzie.

- Otrułeś mnie, draniu! - krzyczy. - Nigdy ja od wódki tak prędko nie rzygałem. Banany należy się kiszone jeść albo marynowane, a ty surowe dałeś!

I w mordę go, i w mordę. Więc Dubin zaczął bronić się. Chwycili się za włosy i po podłodze tatłają się. Kapitan Jegorow naszego gospodarza całego bananami zanieczyścił. Ale to drobiazg: ot, trochę śmiechu było i już. A potem my znów wypili, ale na banany jakoś wszyscy apetyt stracili. Tylko Dubin dalej jadł, żeby nie zmarnowały się.

- Szkoda, że wam nie podobają się - mówił. - To przecież samonaj-lepsza burżujska przekąska. Tylko pewnie trzeba do nich chrzanu albo musztardy dodawać.

- To niech sobie tę przekąskę burżuje i żrą! - powiedział kapitan Jegorow. - A ja za takie kpiny i śmiechy będę w mordę bił!

Ale nie bił więcej. Pewnie bardzo osłabł, bo rzygał on długo. Bawi­liśmy się tak chyba do trzeciej rano. Dobrze nie pamiętam, bo przytom­ność straciłem i tylko nad ranem od zimna obudziłem się. A zimno mu­siało być, bo kapitan Jegorow, w trakcie zabawy, wszystkie okna krzesłem powybijał i pół pieca uszkodził.

Ciemnawo jeszcze było. Chłopaki śpią- kto gdzie... Sprawdziłem ja: czy zegarki mam? Ale były na miejscu. W dobrym towarzystwie się bawiłem. Więc poszedłem ja do domu.

Takim to sposobem, bardzo wesoło i przyjemnie, spotkaliśmy Nowy Rok.

 

Sergiusz Piasecki