Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Zapiski oficera armii cyerwonej



l stycznia 1940 roku Lida

WIELKIEMU Stalinowi hura! hura! hura!

Zaczynamy Nowy Rok. Zastanawiałem się nad tym: czego bym ja pragnął dla siebie w Nowym Roku? Otóż największym moim pragnie­niem jest: umrzeć dla chwały naszej świętej Rosji, w obecności jej genialnego wodza, Stalina. Wyobrażam to sobie w ten sposób: jestem śmiertelnie ranny w walce z angielskimi, krwiożerczymi pachołkami kapitalistów i leżę w szpitalu... Wiem, że umrę, ale i to wiem, że wła­snoręcznie zabiłem kilkudziesięciu imperialistów angielskich i zdoby­łem sztandar najbardziej zezwierzęconego ich pułku. Tak. Otóż leżę i umieram... Szkoda mi rozstawać się z życiem, bo - wiadomo -już i dwa zegarki mam, i walizkę, i buty chromowe. Ale wiem, że i po śmie­rci - gdy nasza potężna Rosja opanuje cały świat i będzie nim rządzić, likwidując systematycznie elementy reakcyjne - moje imię będzie wyry­te złotymi literami na marmurowej tablicy, jako bohatera Światowego Związku Radzieckiego. Tak.

Otóż leżę ja i kategorycznie umieram. Mnie proponują kotlety i inne takie różne kiełbasy, ale ja nic... nawet uwagi na to wszystko nie zwra­cani. W tym momencie otwierają się drzwi i na salę wchodzi potężnie uzbrojony oddział NKWD. Obstawiają wszystkie okna i drzwi, i trzy­mają broń w pogotowiu. Potem zjawiają się sami marszałkowie i gene­rałowie, i robią szpaler od drzwi do mojego łóżka. A ja nic: leżę i umie­ram... Potem.... potem... ukazuje się ON!... Mój wódz!... Słońce Rosji i świata... On... towarzysz Stalin... Ja zrywam się z łóżka, staję na baczność i krzyczę: "Wielkiemu Stalinowi hura! hura! hura!". A ON zbliża się do mnie i mówi:

- Połóż się, Michaile Nikołajewiczu. Dość napracowałeś się na chwałę naszej świętej Rosji.

Ściska mi dłoń i siada na łóżku. Potem wyjmuje z kieszeni butelkę "specjalnej moskiewskiej" i nalewa mnie szklankę wódki (sobie też) i powiada:

- Wypijmy, towarzyszu, na zgubę podłej Anglii i za zdrowie nasze­go wiernego przyjaciela, Adolfa Hitlera.

No, wypiliśmy, przekąsili, a potem ON pyta:

- Jak się czujesz?

- Umieram - powiadam - ojczulku kochany.

- To nic, głupstwo - mówi - ale imię twoje będzie nieśmiertelne. Możesz sobie umierać spokojnie.

- Słucham pokornie - odpowiadam - wodzu mój kochany.

I czuję, że umieram, umieram i umarłem... w obecności Stalina.

Tak:.. piękne to marzenie, lecz na razie trzeba żyć i utrwalać naszą wielką sowiecką kulturę w tej nieszczęśliwej, wyeksploatowanej przez polskich krwawych panów, Białorusi.

Wczoraj spotkałem ja lejtnanta Dubina. Powiedział:

- Przyjdź do mnie wieczorem. Wypijemy. Spotkamy Nowy Rok. Będzie kapitan Jegorow i jeszcze kilku chłopaków.

- Dobrze - powiedziałem.

I poszedłem. No, naturalnie, ubrałem się odpowiednio i perfum nie pożałowałem. Przychodzę, a tam już wszyscy są i kapitan Jegorow też.

- Od czego zaczniemy? - spytał nas Dubin.

- Wiadomo od czego - powiedział lejtnant Sinicyn. - Od wódki zaczniemy, wódką i zakończymy.

- A może z początku herbaty chcecie?

- Herbata nie wódka: dużo nie wypijesz.

No i dawaj my chlać... Znalazła się gitara. Dubin niczego sobie gra: głośno. Więc my chórem Moskwę machnęli. Głos, wiadomo, każdy z nas ma i śpiewa z całych sił, to aż okna się trzęsły i szklanki dzwoniły. Niech burżuazja słyszy i zna, że Czerwona Armia się bawi!

W kącie pokoju pianino stało. Ale grać nie umieliśmy na tym faszy­stowskim instrumencie. Jednak - kiedy wypiliśmy więcej - to Sinicyn spróbował. I nawet bardzo dobrze wyszło. Więc Dubin na gitarze rżnie, my z całych sił Jeśli zawtra wojna śpiewamy, a Sinicyn pianino obu rękami po zębach chlaszcze. I tak ładnie nam szło, że my tym sposobem do północy się bawili.

Potem Dubin uroczyście powiedział:

- Drodzy towarzysze! Zaraz będzie Nowy Rok. Zaczniemy go spe­cjalną zakąską do wódki. Jest to najlepsze na świecie burżujskie je­dzenie!

Poszedł on do szafki i wyjął dużą papierową torbę. Przyniósł ją i wy­rzucił zawartość na stół. Było to coś podobnego do strąków dużego bobu, albo do małych ogórków.

- Co to jest? - spytałem.

- Banany - powiedział Dubin. - Nasi chłopaki z NKWD tu u pew­nego burżuja, który miał dawniej owocarnię, rewizję robili i dużo tego specjału znaleźli. Więc i mnie trochę dali.

- Dawać tu banany! - krzyczy Jegorow. - Dość burżujom tym się obżerać. Teraz nasza kolej!

No, nic. Dubin banany porządnie w umywalce wymył i kilka z nich plasterkami na talerzu pokrajał, potem, oczywiście, odpowiednio posolił i każdemu wódki nalał.

- Zdrowie piechoty! - powiedział.

Wypiliśmy i bananami zagryzamy. Ale, cholera go wie, jakoś nie­smacznie było. Ja nawet wypluć chciałem. A Sinicyn wówczas powie­dział:

- Do tych bananów trzeba octu i tak samo pieprzu.

Pieprz był, ale po ocet Dubin do gospodyni poszedł pożyczyć. Za­prawiliśmy banany octem, no i, rzecz jasna, pieprzem. I zupełnie inny smak wyszedł. Ale wszystko jedno nie podobały mi się. Wolę kiszone ogórki, a nawet cebulę. Ale nic: pod wódkę to nawet i banany pójdą. Tylko to było najgorsze, że kapitan Jegorow, nieco za wcześnie, cho­rować zaczął. Sinicyn do pianina go poprowadził, przykrywkę u góry instrumentu otworzył i powiedział:

- Walcie, towarzyszu, do środka, bo szkoda podłogę zanieczysz­czać. A w tym głupim instrumencie miejsca dość. Wszystko się zmieści.

Widzę ja, że z drugiej strony pianina Maślannikow przysposobił się i też naloty na Rygę robi. Ale ja dobrze się trzymałem i dalej wódkę pod banany chlastałem. A potem posłyszałem, jak Dubin powiedział:

- Te banany to najlepiej z olejem jeść i cukrem. Ale szkoda, że nie mam.

Nie zdążył on tego wypowiedzieć, jak kapitan Jegorow od pianina oderwał się, do stołu zbliżył się, jeden banan (jeszcze nie pokrajany) wziął i Dubina nim w zęby jak zajedzie.

- Otrułeś mnie, draniu! - krzyczy. - Nigdy ja od wódki tak prędko nie rzygałem. Banany należy się kiszone jeść albo marynowane, a ty surowe dałeś!

I w mordę go, i w mordę. Więc Dubin zaczął bronić się. Chwycili się za włosy i po podłodze tatłają się. Kapitan Jegorow naszego gospodarza całego bananami zanieczyścił. Ale to drobiazg: ot, trochę śmiechu było i już. A potem my znów wypili, ale na banany jakoś wszyscy apetyt stracili. Tylko Dubin dalej jadł, żeby nie zmarnowały się.

- Szkoda, że wam nie podobają się - mówił. - To przecież samonajlepsza burżujska przekąska. Tylko pewnie trzeba do nich chrzanu albo musztardy dodawać.

- To niech sobie tę przekąskę burżuje i żrą! - powiedział kapitan Jegorow. - A ja za takie kpiny i śmiechy będę w mordę bił!

Ale nie bił więcej. Pewnie bardzo osłabł, bo rzygał on długo. Bawi­liśmy się tak chyba do trzeciej rano. Dobrze nie pamiętam, bo przytom­ność straciłem i tylko nad ranem od zimna obudziłem się. A zimno musiało być, bo kapitan Jegorow, w trakcie zabawy, wszystkie okna krzesłem powybijał i pół pieca uszkodził.

Ciemnawo jeszcze było. Chłopaki śpią - kto gdzie... Sprawdziłem ja: czy zegarki mam? Ale były na miejscu. W dobrym towarzystwie się bawiłem. Więc poszedłem ja do domu.

Takim to sposobem, bardzo wesoło i przyjemnie, spotkaliśmy No­wy Rok.

 

19 stycznia 1940 roku Lida

Mieszkam ja nadal u Lipów. Wódki z nim nie piję, chociaż wiele razy mi proponował: "Zagrzejmy się, czerwony dowódco!". Ale powie­działem mu, że doktor pić mi zabronił, bo mam chory żołądek. "To wła­śnie na chorobę żołądka najlepsze - mówił Lipa. - Przepali, przeczyści i będziesz zdrów". Ale nie dałem się namówić. Dość miałem strachu za pierwszym razem.

Pokój mój bardzo przyjemny. Obliczyłem, że ma 24 metry kwadra­towe mieszkalnej powierzchni. U nas w Związku toby musiało tu czte­rech ludzi żyć (po 6 metrów na każdego), a ja sam rozkoszuję się. I nikt w moje sprawy nosa nie wsadza. Bardzo to przyjemnie, chociaż i nieso-cjalistycznie. Kilka razy piłem u Lipów herbatę. Tylko zawsze starałem się o polityce z nimi nie mówić. Dostrzegłem, że oni wcale tego nie rozumieją, że "polityczne rozmowy" do niczego dobrego nie doprowa­dzają i mogą być bardzo niebezpieczne. A wyjaśniać im tego nie chciałem... Zgodnie z Lipami żyję. Nie ma co mówić: dobrzy są ludzie. Tylko tej Julki bardzo nie lubię. Chytra, niegrzeczna, nosa zadziera i dla mej oficerskiej szarży żadnego poszanowania nie wykazuje.

Jest u Julki siostrzyczka. Zośka nazywa się. Ma może dziesięć lat. Ale taka sprytna! Jak wyrośnie - druga Julka będzie. Lecz teraz nasza władza ją po trochu wykształci i może na komunistkę wykieruje. Na razie do ich burżujskiej szkoły chodzi... U nas specjalne wykłady by­ły: jak odnosić się do tutejszej ludności. Główna rzecz (powiadali) ni­komu nie ufać i nic o Związku nie opowiadać. Bo starszy element, który pod burżujskimi rządami wyrósł, jest na zawsze stracony i zepsuty osta­tecznie, więc musi być stopniowo zlikwidowany. Natomiast dzieci moż­na będzie wychować na pożytecznych dla Rosji ludzi. Trzeba do nich dobrze odnosić się, dawać cukierki i wpajać w nich miłość i szacunek dla partii i Stalina. Więc ja często dla Zośki cukierki przynosiłem. Bardzo ona słodycze lubi. I często z nią o różnych sprawach rozmawia­łem. Pewnego razu spytałem jej:

- Kto ty jesteś: Polka czy Białorusinka?

- Polka - powiedziała.

- Nie - mówię. - Nie jesteś Polką, bo Polski już nie ma i nie będzie. A ona powiedziała:

- Ot, przyjdą Anglicy, was stąd wypędzał znów Polska będzie wolna. Pewnie ona to w szkole słyszała. Okropna ta burżujska nauka. Mają rację politrucy. Potem zapytałem:

- Czy ty wiesz: kto jest Stalin?

- Wiem dobrze - powiedziała.

To mnie bardzo się spodobało, więc ja ją po główce pogłaskałem i cukierka jej dałem. Powiadam:

- To bardzo dobrze, że wiesz. Ale powiedz mi dokładnie: kto on jest?

A ona mówi głośno i wyraźnie:

- Tyran i krwiopijca, który razem z Hitlerem chce zniszczyć świat i zrobić wszystkich niewolnikami, tak jak w Rosji.

Ja od razu spociłem się. Z miejsca wstałem. Obejrzałem się. Potem drzwi otworzyłem, żeby zobaczyć, czy w sieniach kogoś nie było, czy ktoś jeszcze nie słyszał jej słów... Tchu mi zbrakło. Pomyślcie sobie, ludzie uczciwi, takie rzeczy gadać na Stalina i Hitlera, na zbawców ludzkości! Do czego doprowadzili dziecko burżuje! Ale na szczęście nikt tego nie słyszał.

Długo patrzyłem ja ze zdziwieniem na Zośkę. Pierwszy raz w swoim życiu coś podobnego posłyszałem. Potem spytałem ja jej:

- Kto ci to powiedział: tatuś, mamusia czy Julka? A może w szkole to słyszałaś? A ona mówi:

- Nikt mi tego nie powiedział, ale wiemy wszyscy... I wy też wie­cie, tylko udajecie, że nie, bo się boicie waszego NKWD.

Ja jej nic na to nie odpowiedziałem, ale od tamtego czasu zacząłem i jej się bać. W dziesięć lat wieku jest już tak zatwardziałą faszystką i angielską agentką!

A ona, tak jak i dawniej, do mnie wciąż przychodzi i prosi to ilustra­cje jej pokazać, to pistolet. Ale już nigdy jej o nic nie pytałem, bo nawet słyszeć takich rzeczy nie chcę. Ją teraz trzeba będzie długo z tych burżujskich pojęć wyzwalać. Ale to już nasze sowieckie szkoły zrobią.

Bardzo mnie interesowała pewna kwestia: jak w tutejszych burżujskich szkołach tresują dzieci na takich faszystowskich szakali? Małe dziecko przecież nie może mieć żadnego pojęcia o świecie i można w nie wszystko wmówić. A świat kapitalistyczny, wiadomo, tylko na fałszu, terrorze i propagandzie się trzyma... Dużo ja czytałem o tym, jak w polskich szkołach nauczyciele i księża znęcają się nad dziećmi i ta­kim sposobem wbijają im do głowy różne faszystowskie pojęcia. Po­stanowiłem ja zbadać te sprawę, bo szkoły dla dzieci na razie zostały te same, co były tu poprzednio. Otóż pewnego dnia po południu, Zośka wcześniej do domu przyszła ze szkoły. Na dworze był duży mróz. Ona plecak z książkami w swoim mieszkaniu zostawiła i do mnie puka, bo u mnie najlepiej w piecu palili i zawsze było bardzo ciepło. Tego dnia ja służby nie miałem i siedziałem w domu.

Dałem ja jej cukierka i gadamy. Ona taka wesoła. Opowiada mi, co widziała w mieście. Pyta: czy umiem z armaty strzelać? Ot, paple jak dziecko... burżujskie. Bo nasze, sowieckie dzieci są inne: poważne, mało się śmieją i są dobrze uświadomione o roli proletariatu i Rosji. A przede wszystkim: bardzo kochają Stalina i wiedzą, że czeka je wiel­kie zadanie - walczyć o wyzwolenie świata od ucisku kapitalistycznego. A tej to tylko śmiechy, cukierki i zabawy w głowie! Tak, marny los tu­tejszych dzieci!

Więc postanowiłem ja wybadać Zośkę -jak ich biją. Wiem, że na­uczyciele i księża mają, w tym specjalnie celu wyrabiane, gumowe pałki; poza tym są u nich linijki. Obejrzałem ja dłonie Zośki i żadnych na nich śladów bicia nie dostrzegłem. Więc powiadam do niej:

- Chcesz otrzymać pięć rubli na cukierki, to zdejm sukienkę i pokaż mi plecy.

- Kiedy się wstydzę - powiada. - A po co wam to?

- Nie masz czego wstydzić się - mówię. - Ja słyszałem, że tatuś i mamusia ciebie biją. Chcę więc zobaczyć, czy masz ślady od bicia.

- Tatuś mnie nigdy nie bije, a mamusia czasem da klapsa.

- Więc pokaż plecy, bo ci nie uwierzę.

Zośka zdjęła sukienkę i ja obejrzałem dokładnie jej plecy. Ale żad­nych sińców ani znaków od bicia nie zobaczyłem. Dałem ja jej pięć rubli i pytam:

- Powiedz prawdę: czy ciebie w szkole biją?

- Po co? - spytała.

- Jak: po co?... Wiem dobrze, że was, dzieci, nauczyciele i ksiądz zawsze biją.

- Nie - powiedziała. - To nieprawda.

Dziwna historia! Rzeczywiście żadnej na niej rany ani śladów od bicia nie znalazłem. Ale może jest uprzywilejowana i swoim krwio­żerczym nauczycielom wysługuje się? Chyba taka ona i jest. Bo ina­czej tego zrozumieć nie można!... Jednak ta Zośka chytra. Nie zdra­dza swych nauczycieli i księdza. Taka małą a już dobrze wytresowa­na. Chyba nic z niej pożytecznego dla naszego Związku Radzieckiego nie będzie. Na pewno jest kapitalistyczną pionierką i rodziców oraz innych uczniów śledzi, i do faszystowskiego NKWD donosy robi. In­aczej nie może to być.

 

Sergiusz Piasecki