Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

7 lutego 1940 roku Lida

Przedwczoraj poszedłem ja wieczorem do kina. Nie o kino mi cho­dziło, lecz dowiedzieć się, że niedawno nowa partia Sowietek przyje­chała. Pomyślałem sobie: może i ja którą z nich podczepię, bo z tutej­szymi burżujkami nic nie wychodzi. Każda mordę zadziera aż pod su­fit. Nawet gadać z nami nie chcą. Otóż przyszedłem ja do kina i widzę: rzeczywiście są. Po dwie, po trzy chodzą, śmieją się, pestki słonecznikowe łuszczą i ku mężczyznom w sposób interesujący zerkają. I na­szych chłopaków również dużo się zebrało, żeby nowy towar dokładnie obejrzeć.
Ja kilka razy przed kinem przeszedłem i uważam: którą by przyga­dać. Wiadomo, że i one po to tu przyszły. Ale jako oficer chcę wybrać sobie trochę lepszą, bo wśród nich straszne wydry bywają. Wreszcie jedną lepszą zauważyłem. Trochę do Duni podobna i z wyglądu deli­katna bardzo. Zbliżyłem się ja do niej i mówię.
- Jakby ja was skądś znam.
- I mnie tak się zdaje - powiedziała.
- To może do kina poszlibyśmy?
- Czemu nie - powiedziała. - Tylko ja pieniędzy na bilet nie mam.
- To ja tobie kupię.
- Jeśli tak, to chodź.
Pożegnała się ona z koleżankami i poszliśmy. Bardzo był dobry film. Nawet zapiszę dla pamięci. Otóż w pewnym kołchozie robota kiepsko szła. Nigdy według planu norm produkcji nie osiągnęli. Posyłano tam i instruktorów, i komisje różne, i nic: to samo. Zdawało się, że wszystko tam jest, co trzeba do pracy, a jednak wyniki zawsze były marne. Kilku już prezesów kołchozu wysłano do łagru czy gdzieś dalej nawet. Ale u każdego następnego to samo. Wreszcie posłano tam - dla zbadania tej zagadkowej sprawy - pewną komsomołkę. Pojechała niby dla pracy "kultoświatowej", no i "czerwony kącik" założyć. Otóż przyjechała ona i pracuje jak się należy, a tymczasem wszystko dookoła obserwuje i szkodników szuka. A do niej przymigdalił się naczelnik traktorowej stacji. Zgrabny chłop i młody. Ona też była piękna. Zaczęli oni ze so­bą romansować. Razem książki czytają, razem na zebrania chodzą, ra­zem śpią. Słowem: kulturalnie czas spędzają. On w niej i zakochał się, a ona w nim. On chciał, żeby zaraz ślub wziąć. Ale ona powiedziała, że trzeba zaczekać do jesieni, kiedy główne roboty będą skończone. Bo na pierwszym miejscu jest obowiązek, miłość zaś na drugim. On musiał się zgodzić, ale zrobił to bardzo niechętnie i był niezadowolony. To się jej wydało bardzo podejrzane. Więc zaczęła ona uważnie go obserwować i pewnego razu - kiedy on był na stacji traktorowej - wszystko w jego pokoju przeszukała i znalazła kartkę w obcym języku. Ponieważ nie mogła ona jej przeczytać, ale zrozumiała, że sprawa jest podejrzana, to ona tę kartkę wzięła i nocą, na piechotę, trzydzieści wiorst do miasta odwaliła. Tam doręczyła kartkę naczelnikowi NKWD. On kartkę sfoto­grafował, komsomołkę odwiózł zaraz autem i wysadził w pobliżu koł­chozu. Kazał jej kartkę na miejsce położyć, aby tamten łotr nie dostrzegł niczego. Jej zaś kazał dalej go śledzić... No, nadeszła jesień. Zbiory były dobre, jak nigdy. Więc zauważyła ona że jej kawaler posmutniał. Zrozumiała ona z tego, że bardzo mu się nie podoba, iż kołchoz może zacząć rozwijać się. Więc ona jeszcze uważniej go obserwowała i do­strzegła pewnej nocy, jak on do miasta pojechał i stamtąd jakaś paczkę przywiózł. Zbadała ona tamtą paczkę i okazało się, że była w niej bom­ba zegarowa angielskiego wyrobu. A następnej nocy dostrzegła ona, że on z łóżka w którym razem spali, wylazł po cichu i wyszedł z izby. To ona z daleka za nim. I zobaczyła, że podły sabotażysta podłożył bombę pod tamę, która regulowała poziom wody w jeziorze. Takim sposobem chciał on kołchozne pola wodą zalać i wszystkie zbiory zniszczyć. Zo­stawił on bombę pod tamą i poszedł na stację traktorową, żeby mieć wytłumaczenie: dokąd chodził... jeśli ktoś o to spyta. A ona tymcza­sem bombę spod tamy wyjęła i do jeziora ją wrzuciła. Potem zdołała pierwsza do domu wrócić. Bomba wybuchła w jeziorze, ale szkody wielkiej nie zrobiła. Wszyscy zrozumieli, że był to zamach na kołchozne dobro, i prezes powiadomił o tym NKWD. Zaraz przyjechały władze i zrobiły zebranie. Prezes wystąpił z mową i powiedział, że wśród nich jest sabotażysta, który od dawna pracy szkodzi, a teraz chciał cały ich dorobek zniszczyć. Wówczas wystąpił tamten sabota­żysta i też przemawiał za czujnością i twierdził, że zamachowiec na
pewno z miasta przyszedł. Dopiero wtedy komsomołka wystąpiła i po­wiedziała:
- Ten sabotażysta to ty jesteś! I bombę tamtą też ty pod tamę podło­żyłeś, ale ja ją w porę usunęłam. A on na to:
- Jakaż twoja miłość, jeśli ty mnie gubisz?! Ona zaś mu odpowiedziała:
- Jestem komsomołką i stawiam obowiązek na pierwszym miejscu. A ciebie, jako wroga Związku Sowieckiego, sama bym zastrzeliła!
Ja byłem tak wzruszony tymi słowami, zacząłem klaskać w dłonie i krzyczeć: brawo!
A koniec filmu był następujący. Ją wezwano do Komitetu Partyjne­go i udekorowano orderem. Jego zaś pokazano za kratami... Bardzo był piękny film i ja ogromnie nim wzruszyłem się. Spytałem mej towarzyszki:
- Jak ci, Nastko, film się spodobał?
- Owszem - powiedziała. - Tylko szkoda mi chłopaka. Taki przystojny.
Wyszliśmy z kina. Ja do niej mówię:
- Czy do ciebie spać pójdziemy, czy do mnie?
- Do mnie nie można - powiedziała. - Ja z sześciu koleżankami w jednym pokoju mieszkam.
Więc poszliśmy do mnie. Przespaliśmy się i rano ja wcześniej wsta­łem, bo do koszar musiałem iść. Służbę tego dnia miałem. Zacząłem ja ją budzić. A ona powiedziała.
- Możesz sobie iść. Ja jeszcze z godzinkę pośpię, a potem pójdę.
Poszedłem ja na służbę. Wieczorem wróciłem - Nastki nie ma. Po­kój nie sprzątnięty, łóżko nie zasłane. Zacząłem ja wszystko porząd­kować i dostrzegłem, że pod łóżkiem nie ma tamtej paczki, co chciałem ja Duniaszce wysłać, ale rozmyśliłem się. Bardzo ja zdenerwowałem się i zawołałem Lipę. Powiadam do niego:
- Tu u mnie z pokoju paczka z drogocennymi rzeczami zginęła.
- Kiedy? - spytał.
- Nie wiem - powiedziałem - kiedy zginęła. Tylko tu nikt prócz ciebie, twej żony i córek wstąpić nie może. Spytaj je. Może która w żart wzięła?
A on mówi:
- Żadna z nich nie weźmie ani żartem, ani naprawdę. Takich zwy­czajów u nas nie ma. Ale ja zauważyłem, że dziś rano z domu, z twoje­go pokoju, wyszła jakaś Sowietka i pudełko niosła pod pachą. Nawet spytałem jej: co chciała w mieszkaniu? To mi odpowiedziała:
- Nocowałam u narzeczonego.
Bardzo mi przykro zrobiło się i rzeczy wartościowych wielka szko­da. Więc postanowiłem ja koniecznie Nastkę znaleźć. Zacząłem każde­go wieczora w pobliżu kina chodzić. Ale nie przyszła nigdy. Wreszcie złapałem ja ją w dzień na rynku. Była tam z trzema koleżankami.
- Dzień dobry, Nastko! - mówię.
A ona z początku udała, że mnie nie poznaje wcale. A później po­wiada:
- Dzień dobry! Tyle mam znajomych mężczyzn, że i nie poznałam od razu.
To ja do niej mówię:
- Chodź ze mną na chwileczkę. Mam do ciebie ważny bardzo interes. A ona na to:
- Nigdzie ja nie pójdę. Gadaj tu. To są moje najlepsze przyjaciółki i żadnych ja od nich sekretów nie mam. Więc ja powiadam:
- Jak ty u mnie byłaś, to paczkę z drogocennymi rzeczami zabrałaś. Proszę mi ją oddać.
- Jaka paczka? - powiada. - O żadnej paczce ja nic nie wiem. Wtedy ja mówię:
- Dobrze wiesz: jaka paczka. A gospodarz widział, jak ty rano z paczką z domu wychodziłaś. A ona jak wyzwierzy się na mnie:
- Mam ja gdzieś ciebie i twego gospodarza razem! Też kawaler znalazł się! Nawet kolacji ani śniadania zjeść nie dał! Paczka mu zgi­nęła! Idź i szukaj!
- Nastko! - powiedziałem. - Lepiej oddaj wszystko po dobremu, bo będę musiał na ciebie zameldować. A ona wprost krzyczy:
- Idź i melduj! Ja pierwsza zamelduję, że ty spekulacją zajmujesz się! Też uczciwy znalazł się! Pewnie sam jakiejś kobiecie rzeczy wykradł!
- Rzeczy były moje własne.
- Tak, własne! - krzyczy. - Chyba w babskich koszulach i majtkach chodzisz!... Jeśli własne, to czemużeś je pod łóżkiem chował?!
A jej koleżanki jak zaczną trajkotać, jak zaczną krzyczeć i śmiać się ze mnie, to ja nie wiedziałem, co i robić. Powiedziałem ja do Nastki spokojnie:
- Nastko, nie będę ja o tamtych rzeczach nikomu meldował, ale to tylko ci powiem, że podle ze mną obeszłaś się. Nie spodziewałem się tego po tobie. Ty przecież nawet tamtego sabotażystę, którego my w ki­nie na obrazie widzieli, pożałowałaś. A mnie tak skrzywdziłaś!
- Pożałowałam go - mówi - bo był przystojny chłopak. A ty co?... Nos jak śliwa. Uszy sterczą. Mały... pod pachę innemu schowasz się. Do tego jeszcze podły. Nawet herbatą mnie nie napoiłeś. Darmo moją miłość wykorzystałeś!
Jak zaczną one wszystkie mnie wymyślać i śmiać się ze mnie, to koło nas ludzie się zebrali. Niektórzy śmieją się i sowietkom rację przy­znają. Zrozumiałem ja, że nic z tego nie wyjdzie i że przepadły moje rzeczy. Pewnie Nastka od razu je sprzedała albo powymieniała z kole­żankami. Splunąłem ja i poszedłem z rynku. Na pożegnanie powie­działem:
- Żeby tobie tamte moje rzeczy bokami powyłaziły! Żebyś je odcho­rowała ciężko! A ona krzyczy:
- Sukę sobie zaproś, a nie porządną dziewczynę! Też kawaler zna­lazł się! Ani kieliszka wódki nie dał, ani szklanki herbaty nawet!
"Ja bym cię esencją octową napoił!" - pomyślałem sobie.
Od tego czasu ja do kina więcej nie poszedłem, bo jeszcze taki kło­pot mam, że ponownie u mnie wszy się znalazły. Od Nastki napełzły. Mam szczęście, że nie coś gorszego!