Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Maryjny znak w śmierci Papieża

 

[...] To był święty, a więc człowiek wypełniony Bogiem! I ten Bóg działał w Nim z mocą. Do końca, l to o Bogu, o planach Jego Opatrzności i o roli, jaką odgrywa w nich Matka Najświętsza mamy mówić. Nawet ze ściśniętym gar­dłem, nawet przez łzy. Pan dał nam znak, a my mamy obowiązek zapa­trzyć się w Niego. Czynimy to razem z Maryją, papieską Matką.
Jan Paweł II w pełni żyje, a my? My uczymy się od Matki Najświętszej, która dokładnie tydzień przed śmier­cią Papieża, w tamten wielkosobotni dzień, przechowywała w swym Nie­pokalanym Sercu wiarę Kościoła. Uczymy się przestawać opłakiwać śmierć i zaczynamy trwać w zadumie i oczekiwaniu... Jakże te dwa tygo­dnie są do siebie podobne! W tam­ten czwartek, wieczorem, zaczęła się męka naszego Pana, w ten - nieoczekiwanie pogorszyło się zdrowie naszego Papieża. W piątek zaczęła się agonia Chrystusa, tydzień później agonia Ojca Świętego. Tyle, że u Jana Pawła II z Bożych wyroków została ona przedłużona wielką modlitwą Kościoła na sobotę: dzień Matki Najświętszej. O 21.37 zakończyła się pa­pieska droga krzyżowa, zapadła cisza wiecznego odpoczynku, która nieba­wem - jak w poranek wielkanocny - zostanie przerwana objawieniem się mocy Boga w świecie. Na razie żyjemy wiarą, pełni oczekiwania i na­dziei. Wiemy, że Papież odszedł do Nieba, by być jeszcze bliżej nas.
[...] Nagle widzi­my, że nasz ukochany Papież pozo­stawił nam w swej śmierci wiele znaków.
Bierzemy je do ręki, jeszcze nie­czytelne, i podnosimy do oczu. I oto nagle wszystko układa się w logiczną całość!

 

Zwycięstwo nadchodzi w pierwsze soboty


Ten dzień to była pierwsza sobota miesiąca. Od momentu zrozumienia roli fatimskiego orędzia w dniu za­machu w 1981 r. pierwsza sobota stała się umiłowanym dniem Papieża. [...] Tak, dla Jana Pawła II każda pierwsza sobota była dniem szczęśliwym, dniem bycia ca­łym dla Jezusa i Jego Matki.
Każda pierwsza sobota była jedno­cześnie czasem bolesnego zastana­wiania się nad tym, co jeszcze Papież może uczynić, aby rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do Niepokalanego Serca. Ojciec Święty dobrze wiedział, że jest to ostatnie, niewy­pełnione żądanie Matki Bożej Fatim­skiej, że ciąży na Nim jeszcze jedno posłannictwo. Przecież Matka Boża powiedziała w Fatimie o Jego zada­niu: poświęceniu Rosji i upowszechnieniu nabożeństwa pierwszych so­bót. Ta pierwsza prośba Maryi zosta­ła wypełniona w 1984 r. Druga pozo­stawała wciąż nie podjęta. Dlaczego?
Papież sam mówił, że jest bezradny. W epoce odwrotu od pobożności ma­ryjnej, gdy Episkopaty zaledwie trzech krajów oficjalnie zatwierdziły to nabożeństwo (od 1946 r. jest nim Polska) trudno Mu było narzucić Ko­ściołowi powszechnemu coś tak tra­dycyjnego i zupełnie nieznanego.
[...] Jan Paweł II próbował mó­wić o tym nabożeństwie, posługując się w życiu wieloma znakami, także znakiem cierpienia, ale to wszystko jeszcze nie wystarczało. Przemówiła dopiero śmierć. Teraz każdy pyta: Pierwsze soboty, co to takiego? Czy śmierć w pierwszą sobotę to istota testamentu Jana Pawła II?
Być może dzień 2 kwietnia 2005 r. przejdzie do historii jako najważniej­sza pierwsza sobota w dziejach świa­ta. Była to ostatnia pierwsza sobota Jana Pawła II na ziemi. Znakiem Opatrzności jest to, że Ojciec Święty mimo agonii zdołał spełnić wszystkie warunki tego nabożeństwa. Była uprzednio spowiedź, była Komunia św., był Różaniec, była intencja wyna­gradzania za nas, grzeszników. I było "towarzyszenie Matce Najświętszej w Jej rozmyślaniu nad tajemnicami różańcowymi" - nad tajemnicą zbawienia! Ten najpiękniejszy element fatimskiego nabożeństwa, który pole­ga na mistycznym doświadczeniu zjednoczenia z Maryją, przed dwoma dniami był dla Papieża najpiękniejszą chwilą życia! Nie bójmy się twierdzić, że kiedy zakończył się Maryjny Apel Jasnogórski, sama Maryja przyszła do Papieża, by ukazać mu to, co dotych­czas widział w zwierciadle, niejasno. Jego piętnastominutowe wsłuchiwa­nie się w to, jak bije serce Matki, za­kończyło się ostatecznym zjednocze­niem tych dwóch serc. Jedno przesta­ło bić po to, aby Karola Wojtyłę oży­wiało już tylko najpiękniejsze Serce - Niepokalane Serce Maryi, w którym jest ratunek dla świata.
W tym Sercu, tak bliskim każdemu z nas, jest nasz Papież Polak. Jest bli­sko. Kto chce Go spotkać, powinien szukać Go w pierwszych sobotach.

 

Jasna Góra - miejsce zwycięstwa


Ostatnie chwile życia Jana Pawła II przypadły na czas Jasnogórskiego Apelu. Czy potrafimy dostrzec w tym Maryjny, pierwszosobotni znak zwy­cięstwa? Nie tylko dlatego że w tym roku obchodzimy 350-rocznicę zwy­cięskiej obrony jasnogórskiego klasztoru, a Ojciec Święty zdążył przed śmiercią poświęcić dwie koro­ny [1kwietnia] na upamiętnienie tamtego wyda­rzenia. Te korony miały być znakiem, że to, co miało miejsce przed wieka­mi, jest osiągalne również dziś. I dziś Jasna Góra jest zwycięska! Znowu przez swój wątek pierwszosobotni. Przecież nasz Naród, jako drugi po Portugalii, wypełnił życzenie Maryi i poświęcił się Jej Niepokalanemu Sercu. Zaowocowało to niezwykłymi łaskami, które zapewniły Kościołowi w Polsce wolność w czasach totali­tarnego ateizmu. A poświęcenie to jest bramą do nabożeństwa pierw­szych sobót. [...] Więcej, to dla umocnienia tego od­dania Niepokalanej powstał Apel Ja­snogórski! Kiedy śpiewano go w mi­nioną sobotę, dawano świadectwo związków Jasnej Góry z nabożeń­stwem pierwszych sobót. Zdumie­wająca zbieżność...

 

Bój, który jest zwycięski

 

Następny element znaku, który Oj­ciec Święty pozostawił nam w swej śmierci, znowu mówi o zwycięstwie odniesionym w Maryi.
To była ostatnia walka Papieża. Przecież tradycyjne modlitewniki tak właśnie określają chrześcijańskie umieranie. To był bój ostatni, ostatnia próba. Boimy się jej, nawet kiedy ży­cie prowadzimy pobożne, bo czas umierania jest chwilą mroku i zwąt­pienia. Dlatego w modlitwie "Zdro­waś Maryjo" wołamy do Bożej Rodzi­cielki: "Módl się za nami, grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej".
Ojciec Święty, jak każdy konający człowiek, w tych ostatnich dniach walczył. Ale dodajmy od razu, że Je­go konanie było niezwykłe, piękne. Jan Paweł II walczył pogodnie, pew­ny zwycięstwa. Pamiętamy Jego ostatni zapisek, litery pisane z pomo­cą sekretarza Dziwisza. O radości i Najświętszej Maryi Pannie. Jan Pa­weł II wiedział, że Ona stoi przy Nim, jak stała od pierwszych dni pontyfi­katu. Przypominają się słowa wypo­wiedziane wieczorem, 18 październi­ka 1978 r., pierwsze słowa nowego Papieża, jakie rozbrzmiały na placu św. Piotra. Mówiły one o zgodzie kar­dynała Karola Wojtyły na przejęcie steru Kościoła poprzez zawierzenie wszystkiego Panience Przenajświęt­szej. Jego ostatnie słowa mówią o tym samym, l nie jest to przypadek.
Jan Paweł II to "Totus Tuus". W pierwszą sobotę i w każdy dzień. Ojciec Święty powtarzał swe zawierze­nie nieustannie, przekuwał je na czyny, rozpoczynał nim wszystko, co czynił. Każdą kartę, którą miał zapisać, nazna­czał zawsze dwoma słowami: "Totus Tuus". Tak mówią Jego najbliżsi współ­pracownicy, tak zaświadcza jego "Try­ptyk rzymski", w którym umieszczono oryginalne zapiski Papieża. Na każdej stronicy jest u góry "Totus Tuus". Za­pewnia też o tym kartka, jaką napisał po zabiegu tracheotomii: "Co oni ze mną zrobili? A jednak [we wszystkim] ".
Każda ostatnia chwila życia Jana Pawła II rozpoczynała się tym samym. Dlatego Papież nie mógł prze­grać. Walczył pogodnie, wręcz z ra­dością, pewny zwycięstwa, l przy­szło ono w pierwszą sobotę.

 

Matka Miłosierdzia - pierwsza i ostatnia Przewodniczka


Nasz Papież zwycięsko zakończył swe ziemskie bojowanie i Bóg ukazał Mu swe miłosierne oblicze. Uczynił to, jak wierzymy, nie tylko dla Niego, bo Je­go śmierć stała się znakiem Miłosier­dzia dla nas i całego świata! [...] Jan Paweł II umierał, kiedy odprawiano przy Jego łóżku pierwszą Mszę św. [godz. 20.00] na Święto Boże­go Miłosierdzia. Maryjna sobota - w tym roku pierwsza sobota - za­wsze jest drogą ku tej uroczystości Jezusa Miłosiernego. Dwa dni temu Królowa Miłosierdzia poprowadziła Go tą drogą i okazała Janowi Pawłowi II Wielkiemu Jezusa, błogosła­wiony owoc żywota swojego.
I znowu przed naszymi oczami ukazuje się kolejna maryjna klamra. Pamiętamy przecież: swe pierwsze kroki po wyborze Ojciec Święty skie­rował do kaplicy Matki Bożej Miło­sierdzia [Ostrobramskiej] znajdującej się w podzie­miach Bazyliki św. Piotra!

 


Jaskółka wiosny chrześcijaństwa


Kolejny kawałek Boskiego witraża bierzemy do ręki z bólem i trwogą. Zewsząd słychać, że z chwilą śmierci Papieża coś się na zawsze skończyło [...]. Powiada się: od­szedł Ojciec Święty, a my pozostali­śmy bez Ojca i bez Świętego. Dlate­go tak wielu nie chciało, aby odszedł. A jednak nie mamy powodu do lę­ku. Przecież widoczne znaki zbliżania się Papieża do progu śmierci zaczęły się pojawiać w dniu Zmartwych­wstania, kiedy Kościół zamienia mo­dlitwę "Anioł Pański" na "Regina Coeli". "Królowo nieba, wesel się, Alle­luja" - Jan Paweł II zaczął śpiewać pieśń zwycięstwa. [...] Kiedy patrzył w przy­szłość, widział nadchodzącą wiosnę chrześcijaństwa, cywilizację miłości, triumf Niepokalanego Serca Maryi.
Nie bał się odejść do wieczności, bo przekroczenie jej progu jest już na­wet czymś więcej niż przekracza­niem progu nadziei. To przejście przez próg pewności! Konający Pa­pież nie tylko przed sobą, ale także przed nami widział jasną przyszłość.

 


Spełnianie się wizji Jana Bosko


W tym momencie staje przed naszy­mi oczami jeszcze jedna Madonna - Wspomożycielka Wiernych. Nieod­parcie przypomina się nam bowiem wizja, jaką miał św. Jan Bosko.
O czym mówi widzenie założycie­la salezjanów z 1862 r.? Ogląda on bitwę morską, w której niezliczone okręty atakują potężny żaglowiec, dowodzony przez Papieża. Bitwa jest zacięta, ale siły wrogie Kościoło­wi są tak przeważające, że wynik zdaje się przesądzony. Wówczas ukazują się dwie kolumny, do któ­rych Ojciec Święty kieruje swój sta­tek. Jest już bardzo blisko, kiedy zo­staje zabity przez nieprzyjaciół. Ci wydają okrzyk zwycięstwa. Ale zaraz na miejsce zabitego Papieża pojawia się następny. Wydaje rozkazy i nie­bawem Kościół cumuje do kolumn ocalenia. Armada szatana wpada w rozsypkę, okręty wroga zaczynają tonąć. Ze śmiertelnego boju Kościół wychodzi zwycięsko.
Na tych kolumnach ocalenia widzi Jan Bosko dwa symbole. Pierwszy to figura Niepokalanej, drugi - Eucharystia (zob. "Wizja św. Jana Bosko").
I znowu pojawiają się nieoczeki­wane znaki. Przecież z woli Papieża miniony rok był Rokiem Niepokala­nego Poczęcia, ten jest Rokiem Eu­charystii! Kościół płynie w kierunku ocalenia. Jan Paweł II wiedział, że ten, który przyjdzie po Nim, dokończy dzieła: przycumuje Kościół do Maryi i do Eucharystii.
A dodajmy jeszcze, że Jan Bosko całe swe życie poświęcił pracy z młodzieżą i że jest on jej patronem. Przywołajmy niemy szept Jana Pawia II: "Szukałem was. Teraz przyszliście do mnie, i za to wam dziękuję". Ojciec Święty, umiera­jąc, myśli o młodych... Zaś wizjoner św. Jan Bosko jest "od młodzieży"...

 


Ostatnie słowa Siostry Łucji


Już 13 lutego Siostra Łucja przepo­wiadała odejście Papieża. W wizji, którą miała w momencie śmierci, wołała: "Serce Jezusa, Niepokalane Serce Maryi. Z Franciszkiem, Hiacyn­ta i Ojcem Świętym idziemy, idziemy, idziemy..." W tym mistycznym wi­dzeniu naprzeciw konającej wizjo­nerce wyszli nie tylko mali pastusz­kowie z Fatimy, ale i nasz Papież. Oj­ciec Święty znał te słowa, wiedział, że niebawem umrze. Zamykał kolej­ne księgi swej apostolskiej działal­ności i otworzył przed nami wielką Ewangelię cierpienia. Wskazywał już na nią wielokrotnie, teraz jednak nadał jej ostateczny sens. Ukazał światu, jak odchodzi się do Boga...
Fatima, Fatima, co to takiego? - pytamy jak kiedyś zdumiony Ali Agca, gdy dowiedział się, że Matka Boża cof­nęła Papieża stojącego na progu śmierci. Tym razem przeprowadziła Go przez próg, tak jak zupełnie niedawno przybyła po Siostrę Łucję. Dodajmy, że zdumiewający jest ten przedział czasu: na tyle długi, by uderzona struna ko­nania Siostry Łucji wybrzmiała do koń­ca, ale na tyle krótki, by w pisanej dla nas symfonii fatimskiej nie zapadła cisza. Teraz brzmi w naszych uszach pa­pieska struna, uderzona w pierwszą sobotę, śpiewająca radosne "Magnificat". Gdy powoli zacznie cichnąć, zagrają może nasze instrumenty?

 


Papieskie "Amen"


Kiedy konał, był świadomy. Ostatnim słowem wypowiedzianym przed śmiercią było "Amen", l od razu nasza myśl biegnie do Jego poprzedników, których tyle razy z upodobaniem cytował. To ks. kard. August Hlond i jego testament: "Nie traćcie nadziei. Zwy­cięstwo, gdy przyjdzie, będzie to zwy­cięstwo Najświętszej Maryi Panny... Walczcie z ufnością. Pod opieką bło­gosławionej Maryi Dziewicy pracuj­cie... Zwycięstwo wasze jest pewne. Niepokalana dopomoże wam do zwy­cięstwa". To również ks. kard. Stefan Wyszyński i jego słowa: "Przyjdą no­we czasy, wymagają nowych świateł, nowych mocy. Bóg da je w swoim czasie. Pamiętajcie, że jak kardynał Hlond tak i ja wszystko zawierzyłem Matce Najświętszej i wiem, że Matka Boża w Polsce słabszą nie będzie, choćby się ludzie zmieniali".
Teraz pada krótkie, pogodne Amen. Bo czas się wypełnia, bo to, co zapowiedzieli kardynałowie, jest już na wyciągnięcie ręki.

 


I wreszcie... Wielki Maryjny witraż


Rację mają znawcy fatimskiej proble­matyki: wszystko układa się w lo­giczną całość. Tu nie ma miejsca na dwuznaczności.
Nie ma wątpliwości - w śmierci Pa­pieża Bóg pozostawił nam maryjny znak. Naszym oczom jawi się witraż, który oświetlony światłem modlitwy ukazuje nadchodzące zwycięstwo. Nie lękajmy się! Przyjdzie następca Ja­na Pawła II, który zacumuje okręt przy kolumnach ocalenia: Eucharystii i Nie­pokalanej. Chrześcijanie odkryją pięk­no i moc nabożeństwa pierwszych so­bót, a ruszą papieskim szlakiem - dro­gą mistyki i kontemplacji, cnoty i nie­ustannego nawrócenia. Kościół za­twierdzi oficjalnie pierwszosobotnie nabożeństwo, a nieprzyjaciel naszego zbawienia zostanie pokonany. Wypeł­ni się orędzie z Fatimy!
Snujemy te rozważania o maryjnej tajemnicy umierania Papieża, ale w sercu jest jeszcze tyle bólu i tęsk­noty. Ciężko nam, choć Bóg pierwsze dni żałoby uczynił tak świąteczne i wymowne. Najpierw pierwsza so­bota, potem Święto Bożego Miło­sierdzia, zaraz po nim uroczystość Zwiastowania - kolejne maryjne święto mówiące o tym, że zaczyna się nowy czas.
Kiedy wołamy do Niego w tym no­wym czasie: "Ojcze Święty", wydaje się nam, że słyszymy Jego głos. On nagle jest bliżej nas niż wtedy, kiedy mieszkał na Watykanie. Słyszymy Go. Jakby na nasze wezwanie "Ojcze Święty", odpowiadał: "synu święty", "córko święta", l to jest cała nasza rozmowa. Za życia powiedział już wszystko. Teraz On każe nam być świętymi. By podjąć Jego dziedzic­two. By odczytać Maryjne drogo­wskazy, które dał nam w swej agonii.


Wincenty Łaszewskl ("Nasz Dziennik"/4.5.05)