Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 


Ziemianie bez ziemi

 

Zajączki Bankowe - to mała miejscowość w ziemi kaliskiej, która była wiele, wiele, wiele razy opisywana w mojej twórczości. Powód jest oczywisty - ta miejscowość to gniazdo rodzinne Marciniaków, rodziny bogatych, dobrze wykształconych chłopów i cenionych kowali wiejskich. Fundatorów dachu na kościele w Godzieszach za co mój ojciec Tadeusz został przed wojną przyjęty do Seminarium Duchownego we Włocławku.
Drugim miejscem często opisywanym przeze mnie to okolice między Lwówkiem śląskim a Jelenią Górą. Powód ? Tam się urodziłem. Tam upłynęło moje dzieciństwo. Tam chodziłem do szkoły podstawowej. Tam zawsze na rozpoczęcie roku szkolnego recytowałem wiersze a mój brat Zbigniew śpiewał piosenki - aktualnie mieszka w Kanadzie a Parlament Kanadyjski przyznał mu Dyplom Honorowy za osiągnięcia w dziedzinie medycyny.
Dziadek Franciszek z Zajączek Bankowych, sołtys, znany i ceniony gospodarz, właściciel dużej kuźni, komendant Ochotniczej Straży Pożarnej w Godzieszach, radny Miejskiej Rady w Kaliszu, ławnik Sądu Grodzkiego, Przewodniczący Rady Kościelnej w Godzieszach miał zwyczaj mawiać: jestem jedynym prawdziwym ziemianinem w rodzinie.
Była to aluzja do spokrewnionych z nami rodzin ziemiańskich (szlacheckich), których wspólną cechą było to, że. NIE posiadali ziemi. Dziadek Franciszek miał przed wojną dwadzieścia cztery hektary i dużą kuźnię w której zatrudniał kilku pracowników. Areał niby nie duży, ale w porównaniu ze spokrewnionymi z nami ziemianami (szlachcicami) to coś niecoś.
Dziadek po kądzieli, Piotr Łysiak, syn właściciela młyna wodnego na rzece Wieprz, wychowanek Korpusu Kadetów w Petersburgu, podoficer w białej Armii Aleksandra Kołczaka na Syberii, przedwojenny starszy sierżant miał za żonę Juliannę Bończa - Romanowską, ziemiankę bez ziemi, która wychowywała się w pałacyku w Rykach u dalekiego krewnego hr. Nowina-Jezierskiego, ziemianina z ziemią, gorzelnią i wieloma stawami rybnymi. Hrabiego Jezierskiego nie zaliczam do rodziny gdyż pokrewieństwo było w praktyce. żadne. Jego daleki krewny był kiedyś żonaty z daleką krewną babki Julianny. K. Niesiecki w swoim "Herbarzu" podaje iż babki linia Romanowskich pieczętowała się herbem Boża Wola, co babkę zawsze bardzo złościło: przecież linia Boża Wola jest linią późniejszą, mniej znaną i biedniejszą, ja jestem Bończa.
Córka Piotra i Julianny, czyli moja ciocia Marianna wyszła za mąż za Rosjanina Włodzimierza Dzierugo. Była to rodzina o długich tradycjach wojskowych i za to została wpisana, tak jak i ród Wielkorządcy Aleksandra Kołczaka, do drugiej części ksiąg szlachectwa gubernii Chersońskiej, gdzie figurowały rody z dziedzicznym szlachectwem z tytułu zasług i rangi wojskowej. Pamiętam jak nieraz dziadek Piotr pił czerwone wino z wujkiem Władkiem i wspominał Syberię: . wszyscy zaczęli opuszczać Kołczaka i przechodzić na stronę czerwonych i w końcu sprzymierzone wojska wydały go czerwonym, Omsk upadł, V Czerwona Armia szerokim frontem podchodziła pod miasto, widziałem jak kilkunastu oficerów z gubernii Chersońskiej stanęło na łące, najstarszy stopniem wyjął gąsiorek czerwonego wina, wznieśli toasty, wypili i rzucili z rozmachem puchary o ziemię, szkło rozprysło się wokoło ich nóg, ten najstarszy rangą powiedział: kto boi się zginąć może się wycofać. wsiadł na konia, wyjął szablę i ruszył na wroga, tamci wyjęli szable i z pieśnią na ustach ruszyli za nim. była taka biała zadymka śnieżna, po chwili wszyscy zginęli.
Dalekimi naszymi krewnymi byli Pomarkiewiczowie, ziemianie bez ziemi, chociaż kiedyś coś tam musieli w rzeczywistości posiadać, gdyż przed Komisją Wywodową w Wilnie uzyskali wpis: Pomarkiewicz, nazwisko starożytne z dostoynością szlachecką, herbu własnego, uznane jest. Wpisani też zostali do ksiąg szlacheckich gubernii wileńskiej, powiatu trockiego. W połowie XIX wieku Pomarkiewiczowie przybyli do Warszawy, gdzie założyli sklep. Z ziemią mazowiecką związani są po dzień dzisiejszy. W Polsce o potwierdzenie szlachectwa nigdy nie wystąpili. Podobno ich przodek, do którego się odwołują, występuje u W. Semkowicza w "Godła napieczętne a herby szlachty polskiej wieków średnich" oraz u J. Krzepeli "Rody ziemiańskie XV i XVI wieku, zestawienie według dzielnic w których były osiedlone".
Z Tustanowic koło Lwowa pochodzi rodzina Kazimierza Tustanowskiego herbu Sas. J. Dunin-Borkowski w swoim "Almanachu Błękitnym" poświęca im co nieco miejsca za co oczywiście Kazimierz jest mu co nieco wdzięczny, a nawet bardziej wdzięczny niż tylko co nieco. Jego żoną jest moja kuzynka spod Czerkas, a może i z Czerkas Bożena Brodowska herbu Łada. Tak jak i mąż Kazimierz. ziemianka bez ziemi. Mieszkają niedaleko Jeleniej Góry.
Jeden z moich krewnych ożenił się z G. herbu Jastrzębiec. Nazwiska nie wymieniam gdyż G. herbu Jastrzębiec była żoną. no, taką jaką była. Domem interesowała się nie za bardzo, pracą zawodową nie za bardzo, a tym co interesowało ją bardzo to był alkohol. Co wieczór dzieliła z mężem butelkę wódki. W końcu jednak doszła do wniosku, że dzielić coś ulubionego to. i otruła męża. W naszej rodzinie panuje na ten temat. powiedzmy milczenie. I przypomina to tragedię szwedzkiej arystokratycznej rodziny von Sydow. Fredrik von Sydow, kilka lat przed największą z wojen, zastrzelił ojca i służącą, a potem pojechał samochodem z żoną do Uppsali na wytworny obiad. Siedzieli w ekskluzywnej restauracji, jedli, pili szampana i. do restauracji weszli policjanci. Fredrik wyciągnął pistolet zastrzelił żonę, popił łyk szampana i strzelił sobie w głowę. Byłem na spotkaniu w Sztokholmie ze znanym aktorem M. von Sydow (grał w Polsce w filmie K. Zanussiego), pytano go: jaki pogrzeb miał Fredrik? On rozłożył bezradnie ręce i odpowiedział: nie mam pojęcia, naprawdę nie wiem. W telewizji szwedzkiej oglądałem wywiad ze znaną pisarką, z domu von Sydow, zapytano ją o pogrzeb Fredrika. Nic nie wiem na ten temat - odpowiedziała. A przecież napisano na ten temat wiele książek i wiele artykułów w gazetach, że późnym wieczorem podjechał pod kostnicę karawan, woźnica i pomocnik, wsadzili trumnę do środka i odjechali pustymi, bocznymi ulicami w stronę cmentarza, we dwóch opuścili trumnę do grobu, zakopali i odjechali. Oprócz nich nikogo innego nie było. Jakby ktoś kiedyś zapytał mnie o nagłą śmierć krewnego, to. to nic nie wiem na ten temat. A może to co mówi się o naszej G. nie jest prawdą ? Jeśli tak, to ja ją przepraszam pierwszy za pomówienia.
We wsi mojego dzieciństwa, tej pięknej wsi pomiędzy Lwówkiem śląskim a Wleniem, mieszkało wielu ziemian bez ziemi, byli tak jak i moja rodzina wysiedleni z kresów. Gdy moja mama Janina Łysiak wychodziła za mąż za mojego ojca Tadeusza Marciniaka to na tym wielkim, hucznym weselu było wielu ziemian zza Buga, ziemian oczywiście już bez ziemi. Mieszkali przeważnie we wsiach rozsianych wokół Lwówka, w Górczycy, Marysinie, Kościelnej Wsi, Marczewie, Płuczkach Górnych, Płuczkach Dolnych i innych. Z uwagi na szlacheckie pochodzenie mojej babki zjawili się wszyscy w naszym gościnnym domu. Panie nosiły resztki rodowej biżuterii, a panowie sygnety herbowe na palcach. Ceremonia ślubna odbyła się w kościele Najświętszej Marii Panny we Lwówku Śląskim. Do kościoła jechano kilkunastu saniami. Grała orkiestra Ochotniczej Straży Pożarnej z Dębowego Gaju, której to straży mój ojciec był komendantem. Nawiasem mówiąc to za odwagę w gaszeniu ognia dostał List Pochwalny i pismo przewodnie z laudacją: szlachetny, uczynny, szedł odważnie w ogień by ratować ludzkie życie.
Na weselu rodziców oprócz rodziny byli: Berezowscy herbu Sas, nauczycielka historii Jadwiga Iwanowska herbu Odrowąż, Bocheńscy pieczętujący się klejnotem Rawicz, Skibińscy u których na rodowych pierścieniach od wieków tkwił Kotwicz, Wereszczyńscy, ród senatorski, herbu Korczak, Żukowscy klejnotu Gryf. Były to rodziny znane na kresach, zasłużone, często bogate, a które to rodziny, podobnie jak i nasi Romanowscy, Brodowscy, Dzierugowie, Pomarkiewicze czy G. byli już ziemianami. BEZ ziemi.

Jerzy Marciniak