Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Zapiski oficera armii cyerwonej

 

Sergiusz Piasecki

 

12 kwietnia 1940 roku
Lida


Zima się skończyła, tak jak skończyły się burżujskie rządy na Biało­rusi. Przyszła wiosna, tak jak my - żołnierze Armii Czerwonej - aby wybawić proletariat od tyranii kapitalistycznej. Wzeszło wyżej słońce, aby zniszczyć chłody - tak jak nasze rosyjskie SŁOŃCE: ojciec Stalin - i ogrzać chłopów i robotników promieniami wolności i dobrobytu. Rozkwitło wszystko dookoła i zazieleniło się swobodnie - tak jak w Związku Radzieckim. Przyleciały ptaki i śpiewają sobie głośno i bez przymusu na cześć partii komunistycznej i Centralnego Komitetu, zado­wolone, że skończyły się tu rządy krwawych satrapów imperialistycznych. Bardzo przyjemnie to wszystko widzieć i słyszeć.
Przeczytałem ja to, co napisałem o wiośnie, i widzę, że mam ja og­romny talent literacki. Może jeszcze niezupełnie dorównałem Puszki­nowi, ale na pewno lepiej u mnie wychodzi niźli u burżujskich pisarzy, zmuszonych zawsze kłamać i wysługiwać się kapitalistom. Tak: litera­tura nie znosi przymusu, więc może kwitnąć tylko tam, gdzie my jesteś­my i gdzie opiekuje się nią OJCIEC STALIN. Bo, na przykład, co jest
u tych Polaków?... Nic... Pytam ja, to mnie powiedzieli o Mickiewi­czu, że był to wielki poeta i tak dalej. To ja splunąłem i spytałem: "Cóż on tak wielkiego napisał?" A mnie mówią: Pana Tadeusza. To ja po­tem tak się śmiałem, że mnie aż łzy z oczu poszły. Napisał o panu, więc zaraz: wielki poeta!... U nas jest Tołstoj. Chociaż był to początkowo hrabia i pasożyt, ale potem się poprawił i nawet sam dla siebie buty robił. I jest dużo innych pisarzy. A za granicą co?... Nic... W takiej Anglii, słyszałem, był Szekspir, to on tylko o królach i ministrach pisał i wysługiwał się kapitalistom amerykańskim, niszcząc świadomość klasową proletariatu. I w Germanii przed Hitlerem nikogo dobrego nie było, tylko Beethoven, który napisał Fausta i to, na pewno, ściągnął go u Ilji Ehrenburga. Tak: jedynie ruski naród może dać coś pięknego i pożytecznego światu. Zamierzam i ja, gdy będę miał trochę więcej wolnego czasu, napisać jakaś bardzo grubą książkę o naszych osiągnię­ciach kulturalnych i o wielkości naszego narodu.
Jednak ta wiosna i mnie trochę w głowie zakręciła, bo omal nie za­kochałem się w burżujce. Ale w porę opamiętałem się i miłość moją zlikwidowałem. Rozumiecie sami: żarcie dobre, baby zaś nie mam, więc czasem różne takie męskie myśli do głowy przychodzą i człowiek całkiem zgłupieje. Otóż niedaleko koszar było kilka straganów, w któ­rych kobiety tutejsze sprzedawały różne jedzenie i herbatę. Zauważyłem ja tam pewną, niczego sobie babuńkę. Była starsza ode mnie może o lat dziesięć, ale dość tłusta i mordę miała czerwoną. Tak, że mnie, można powiedzieć, nawet i spodobała się. Więc ja do tamtego straganu zacząłem często chodzić i herbatę nawet nadmiernie popijać. I zawsze byłem bardzo honorowy: co zjadłem albo wypiłem, to bez żadnego krętactwa płaciłem. Więc ona zaczęła nawet mnie szanować i wesoło na mnie patrzyła. Zauważyłem ja, że ona pali, więc ja jej czasem papie­rosów przyniosłem po tańszej cenie i bardzo przyjemnie z nią rozma­wiałem. Postanowiłem ja, że trzeba będzie zacząć z nią miłość kręcić. A że jest ona dużo ode mnie starsza, to znaczenia wielkiego nie ma. Bo naszych Sowietek - po tamtej szkole, którą mnie Nastka dała - miałem ja dość. Nawet patrzeć na nie było mi wstrętnie. Zawsze myśla­łem: może każda jest taka sama wydra jak i Nastka.
Otóż chodzę ja do tamtej straganiary i chodzę. Herbatę trąbię i trą­bię. Ale myślę sobie tak: "Jeszcze przyjdzie czas, kiedy ja darmo będę u ciebie, odpowiednio do mojej wysokiej szarży, wyżerał się". Zapro­ponowałem ja jej kiedyś do kina pójść. Ale ona powiedziała, że nie lubi do kina chodzić i że nie chce, żeby ją znajomi z wojskowym widzieli, bo zaraz zaczną obgadywać. Spytałem ojej rodzinę. Okazało się, że od trzech lat jest wdową i mieszka sama. Toż rozkosznie - pomyślałem - akurat dla mnie kobieta. Bardzo bogata, bo i stragan ma i własne mie­szkanie. Ale zrozumiałem ja, że z tymi głupimi burżujkami nie tak łatwo to idzie jak z naszymi babami. Wiadomo: nieuświadomiony element, pełen kapitalistycznych przesądów.
Kilka razy pomogłem ja jej wieczorem ze straganu do domu kosze z jedzeniem i duży, blaszany samowar zanieść. Nie zostawiała tego na noc w straganie, bo nasi chłopaki lubili bardzo podobne prowianty i rzeczy "racjonalizować". Gdy jej kosze do domu zanosiłem, to zawsze coś do jedzenia otrzymywałem. Ale na noc zostać nie pozwalała.
- Mam ja - powiedziała - córeczkę siedmioletnią i nie chcę, żeby dziecko dla matki szacunek straciło. Zły to przykład. No i sąsiedzi mogą się dowiedzieć.
Aż pewnego razu, po dłuższej znajomości, zgodziła się ona pójść ze mną w niedzielę na spacer za miasto. Ale przed tym powiedziała:
- Tylko nie liczcie na nic poza spacerem, bo ja jestem kobieta ho­norowa i uczciwa. Widzę, że młodzi jesteście i że smutno wam samemu, więc porozmawiamy i czas na wolnym powietrzu spędzimy.
Ale ja na to jej gadanie uwagi nie zwracałem. Ot - myślę sobie - takie są twoje burżujskie wykręty. Ale przyjdzie czas, to się skończą.
Wyszykowałem się ja na niedzielę należycie. Perfum dużo na głowę wylałem. Dwa zegarki wziąłem i angielskiego fasonu buty wzułem. Wyglądałem nie gorzej jak jakiś ważny sowiecki marszałek. Tak.
W sobotę kupiłem butelkę wódki, a w niedzielę poszedłem do stra­ganiary. Ona też szykownie się wystroiła. I poznać było trudno w no­wym palcie i w bucikach. Jak bardzo znaczna kapitalistka wyglądała. Przygotowała ona też paczkę z różnym jedzeniem i poszliśmy na spa­cer za miasto. Pogoda była znakomita. Wszystko zielone... Blisko mias­ta las zauważyłem, więc zaraz z szosy tam skręciłem. Znalazłem wygod­ne miejsce i rozesłałem płaszcz.
Zaczęliśmy jeść i rozmawiać. Bardzo było wesoło i kulturalnie. Tyl­ko wódki ona pić nie chciała. Ledwie ją na pół szklaneczki namówiłem. Resztę sam wypiłem. Potem zacząłem ja żądać od niej normalnego zadowolenia mnie jako mężczyzny. A ona powiada:
- U nas tak się nie robi. Jestem uczciwa kobieta, a nie jakaś ulicznica. Prosiliście mnie na spacer dla towarzystwa, więc zgodziłam się. Ale nic poza tym między nami być nie może. Chyba u was w Rosji jest inaczej i byle kto z byle kim łajdaczy się. Ale u nas jest inaczej.
Wstała ona, zapięła palto i kapelusz na głowie poprawia. Potem
- Bardzo przepraszam, ale czas mi już wracać do domu, bo dziecko zostało samo. Chciałam spędzić z wami trochę czasu dla przyjemnej rozmowy i towarzystwa. Ale jeśli wyszło inaczej, to bardzo żałuję. Pro­szę nie gniewać się na mnie. Ja te sprawy traktuję poważnie i muszę szanować się.
Zezłościło to mnie bardzo. Porwałem się ja na nogi i tak do niej powiedziałem:
- Jesteś głupia, burżujska świnia! Otumanili was kapitaliści i księża swoją faszystowską propagandą i zrobili z was dzikusów. Dopiero my przynieśli wam wolność i pojęcie o świecie. My pokazali wam prawdziwą kulturę. My wam dali swobodę. Ale ty, idiotko, tego nie ro­zumiesz, bo jesteś zatruta jadem imperialistycznych zabobonów!
A ona dostała wypieków i mówi do mnie:
- Chcecie wiedzieć prawdę: coście nam przynieśli z Rosji? Chcecie to wiedzieć?
- Tak - powiedziałem. - Proszę mówić. U nas każdy ma wolność słowa.
- Więc - powiada... Ale gdzież tam "powiada", omal nie krzyczy. - Przynieśliście nam głód, brud, wszy, choroby weneryczne i terror. Bo więcej u was nic nie ma!
- I terror też wam przynieśliśmy?! - spytałem, czując, że w oczach robi mi się ciemno ze złości.
- Tak - powiedziała. - Ludzie ulicami chodzić boją się. Kobieta wieczorem z domu wyjść nie może. Ciągle rabunki, morderstwa i kra­dzieże. Nikt nie jest pewien nocy ani dnia! Jak to wszystko się nazywa?
Popatrzyłem ja na jej burżujska mordę, na kapelusz z piórkiem. Potem cofnąłem się i chciałem kopnąć gadzinę w ten tłusty kapitali­styczny brzuch.
Ale przypomniałem sobie, że jestem oficerem i że mam na sobie mundur Armii Czerwonej. Więc, pomyślałem sobie, niech zna mój ho­nor! I tylko zajechałem ją pięścią w zęby. A ona jak worek mąki, chlap na ziemię. Nasza by, sowiecka baba, nawet i nie mrugnęła. A ta... od razu widać: burżujskie paskudztwo - żadnej w niej wytrzymałości nie ma! Splunąłem ja na nią z absolutną pogardą i nie oglądając się nawet dumnie odszedłem.
Od tego czasu ja do straganu więcej nie chodziłem. I w ogóle na żadną burżujkę uwagi nie zwracałem. Jednak nasze Sowietki są nie­skończenie lepsze i kulturalniejsze! Tak.