Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Na szlaku Narbutta

 

Cezary Chlebowski

 

Ten skok przygotowywali bardzo cichutko. Naoliwiono elkaemy - osiem sztuk tego już było, wycofano całą amunicję zapalającą, aby koszary zdobyć, a nie, broń Boże - spalić, i pewnej wyjątkowo paskudnej, dżdżystej i ciemnej październikowej nocy stu ludzi wlazło w bagno. Brnęli po pas w kleistej, zimnej mazi prawie do świtu, aż doszli, bez głośniejszego stuknięcia czy dźwięku.
Erkaemy, przeważnie z braku twardego podłoża oparte o plecy amunicyj­nych, zajęły wyznaczone stanowiska. Wystudiowany poprzednio krzyżowy ogień miał zablokować wszelkie wyjścia z koszar, zaryglować dojścia do bunkrów, słowem przydusić załogę tak, że po rozbiciu stanowisk broni maszynowej sprawa wygarnięcia nieprzyjaciela, zmuszenia go do podniesienia rąk, miała być kwestią minut.
Na blask rakiety zagrały kaemy długimi seriami, uchwyciły cele, zlikwi­dowały w zarodku próby dopadnięcia bunkrów przez rozbudzonych ze snu szaulisów, zachwiały ich zaufanie w przewagę trzystuosobowej załogi, sło­wem, partyzancka brać wzięła górę. I naraz, gdy drużynowi już podali komendy "granaty w dłonie", gdy od szturmu dzieliły tylko sekundy, zachłys­nął się i zamilkł jeden, potem drugi, wreszcie trzeci kaem. I na nic zdały się wysiłki celowniczych - broń milczała.
Misternie przygotowany plan zaczął się chwiać. W blokadzie ogniowej powstały luki - wykorzystał to nieprzyjaciel, dopadł bunkrów, ustawił kaemy, pociągnął po półutopionych w błocie. Zanosiło się na klęskę. Wtedy "Krysia" wezwał łącznika.
- Trzymać ogień przez kwadrans.
Sam zaś szerokim zakolem, z plutonem uzbrojonym w trzy ze zdatnych jeszcze do boju kaemów, obiegł umocnione koszary, ustawił broń na wzgórzu oddzielonym od koszar głębokimi zasiekami i załadowawszy magazynki samymi zapalającymi pociskami, zaczął pruć strumieniami ognia po drewnia­nych dachówkach, po belkowych stropach, po nasmołowanych ciosanych pniach, ułożonych w grube ściany.
- Nie zdobyłem, to choć spalę to wraże gniazdo - szeptał przez zaciśnięte zęby.
Jako też na wyniki tej palby nie trzeba było długo czekać. Pożar wybuchał w coraz liczniejszych miejscach i wkrótce cały posterunek stał się jedną wielką pochodnią, a każda próba gaszenia podejmowana przez szauli­sów była likwidowana gęstym ogniem. I może tym sposobem udałoby się
zdobyć koszary, gdyby rakiety placówek partyzanckich wystawionych na szosach do Grodna, do Ejszyszek i Lidy nie zaczęły sygnalizować walki z nadciągającymi posiłkami.
Odchodzili w las oświetleni łuną szalejącego pożaru. Na drugi dzień wywiad doniósł: szaulisi opuścili Koniawę. A więc droga aż do późnej wiosny była wolna. Na pierwszym biwaku rozebrano zacięte kaemy, aby poznać przyczynę niepowodzenia. Okazało się, że celowniczy przedobrzyli ze smarowaniem broni.
I to się działo zaledwie dwa miesiące temu, a wydaje się, że co najmniej rok minął - z tą myślą "Rączy" zasnął.
Obudzili się nazajutrz skoro świt. Wiadomości od porucznika "Zdzisła­wa" nie było żadnych. "Leszek" nadal miotał się w malignie, mróz trzymał i to było wszystko.
Zaczęły płynąć dni podobne do siebie jak krople wody, zamiast natych­miastowej akcji mieli prawie tydzień nudy.
Młody organizm "Leszka" przemógł chorobę, ale strach było patrzeć na wymizerowaną twarz chłopaka - już nie protestował, gdy pewnego ranka opatulonego w pierzyny wyniesiono go na sanki celem odwiezienia do rodzinnych Gud na wydobrzenie.
Gdy minęło Trzech Króli, dalsze oczekiwanie w Dolinie stało się nie do zniesienia - sześciu ludzi nie mogło objadać dalej biednego gospodarza, utrzymanie w tajemnicy ich pobytu stało się bardzo trudne; przy tym Niemcy w swych nasilonych antypartyzanckich działaniach mogli się tu zjawić w każdej chwili - słowem trzeba było zmienić miejsce postoju.
Komenda Okręgu wyznaczyła im nowe miejsce - Jewsiewicze. Przejazd odświeżył ich trochę. Tu też dołączył ściągnięty z oddziału na miejsce chorego "Leszka" "Hucuł", tu też odwiedził ich przybyły na jakąś odprawę w sąsiedz­twie "Krysia". Przywiózł co miał najdroższego - sześćset sztuk amunicji do automatów. Ściskał im mocno dłonie i mówił:
- Pamiętajcie, gdyby jakieś, nie daj Boże, niepowodzenie, gdyby was odcięto i nie było szans wyjścia, to w murach więzienia możecie się długo bronić i drogo sprzedać życie. Ale ja wierzę, że się uda.
Wiadomości dostarczane przez wywiad z Lidy były coraz tragiczniejsze. Choć komendant Obwodu AK, porucznik "Wiesław" - Kazimierz Krzywicki (zmarł w Zielonej Górze w połowie lat siedemdziesiątych), ujęty najwcześniej, nie załamał się mimo potwornych tortur i nikogo nie sypnął, aresztowania trwały nadal i objęły oprócz siatki w samym mieście prawie wszystkie placówki AK w promieniu trzydziestu kilometrów od Lidy. Podobno kryje się za tym "Miotła", który dostarczył Ripperowi listę z dwustu nazwiskami ludzi konspiracji. Nie ma tygodnia, aby lotne grupy wypadowe gestapo i SD me otoczyły niespodziewanie dwu, trzech wsi i nie wygarnęły kilkudziesięciu ludzi z listy. Tak było jeszcze w listopadzie w niedalekich Bińkiewiczach, gdzie z dawnej meliny "Rączego" wyciągnięto kilka osób, w tym właścicielkę domu, Adamowiczową, której syn, "Zadra", umknął dosłownie w ostatniej chwili. Tak było trzydziestego grudnia w Raduniu, gdzie o świcie stu pięćdziesięciu esesmanów, żandarmów i własowcow oto­czyło kaemami miasteczko, a miejscowy szef SD jak z saka wybrał trzon tamtejszej placówki AK: Lelewskiego, Witkowskiego, Schaba-Siatkowskiego, Wilczynskich - ojca i syna oraz Tadeusza Kupisa. Ta ostatnia wiadomość bardzo dotknęła "Rączego" i "Szczerbatego" - Tadek Kupis (doc. dr hab. - obecnie pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego) to ich serdeczny przyjaciel z jednej gimnazjalnej klasy. Tam też aresztowano oficera policji, Stanisława Maksymowicza, który jako porucznik "Ruczaj" oddawał konspi­racji nieocenione usługi.
I wreszcie ostatnia wiadomość przeraziła wszystkich - podobno gestapo aresztowało na dworcu kuriera Komendy Głównej AK, który z Berlina przez Warszawę-Wilno miał jechać do Dyneburga, Rygi i dalej. Jeśli ten człowiek się załamie, skutki mogą być nieobliczalne. Warszawa podobno naciska mocno na przyspieszenie operacji.
Dłużej już nie można było odkładać akcji uwalniającej, tym bardziej, ze istniały pewne przesłanki, iż około dwudziestego drugiego stycznia ma być dokonana czystka wśród aresztowanych - część do obozów, część za więzienną kuchnię, na rozstrzał.
Wreszcie dwunastego stycznia przyjechał do Jewsiewicz rozradowany i podniecony porucznik "Zdzisław".
- Chłopaki, już lada dzień uderzymy. Co prawda jeszcze nie wszystkie klucze do cel dorobione, to wina tego gównianego mydła, w którym odcisk robił porucznik "Wiktor", ale najważniejsze, że strażnik Krućko, pozyskany Białorusin, swój chłop, zgodził się na udział. Postawił tylko warunek, aby zapewnić bezpieczeństwo jego rodzinie. Właśnie wczoraj wywieźliśmy jego matkę, żonę i dzieci na naszą placówkę, a on dostał solidny zadatek finanso­wy. Teraz już dosłownie lada dzień.
Istotnie w dwa dni po odjeździe porucznika "Zdzisława" "Bez" otrzymał wezwanie do Lidy. Pojechał, a oni czekali cały dzień pełni napięcia, czy go ktoś ze znajomych nie rozpozna, czy nie wpadnie w czasie jakiejś kontroli dokumentów. Wrócił wieczorem zmarznięty, zmęczony, ale pełen nadziei i animuszu.
- A więc tak - relacjonował. - Więzienie jak sto pieronów, znacie je, co wam będę opowiadał. Niemców w Lidzie trochę ubyło, ale około dziesięciu tysięcy jest. Aż szaro na ulicach od mundurów. Teraz tak: na wartowni zawsze siedzi dziesięciu strażników, nie licząc tych, co na korytarzach. Ponieważ istnieje nakaz pełnego zaciemnienia i nie można świecić reflektorów na bocianach, są one obsadzone tylko w dzień.
- To świetnie - przerywa mu "Szczerbaty".
- Nie tak świetnie, bo za to przez całą noc dwóch uzbrojonych wartowni­ków chodzi wewnątrz wzdłuż murów, zaś co dwadzieścia minut teren między dworcem kolejowym a więzieniem patroluje dwunastu uzbrojonych po zęby esesmanów i żandarmów. Trzeba więc wybrać taki moment, aby wśliznąć się do więzienia bez nadziania się na jeden czy drugi patrol. Na wszelki wypadek dostaniemy tuż przed akcją hasło niemieckiego garnizonu Lidy. Melinę wypadową będziemy mieli w domku pewnego kolejarza.
Wreszcie piętnastego stycznia pod wieczór goniec z Lidy przywiózł wezwanie: natychmiast jechać całą grupą do miasta. Ale jednocześnie placówki rozstawione wokół wsi sygnalizowały, że kręcą się dość silne patrole niemieckie.
W tej sytuacji nie można było ryzykować spotkania z nimi po godzinie policyjnej i "Bez" zdecydował się nie jechać do Lidy. Trzeba było jednak zmienić miejsce oczekiwania, bo Jewsiewicze choć gościnne, za długo już ich miały u siebie. Tej samej więc nocy chyłkiem przeskoczyli do Ryłowców i tam pod lasem zaszyli się u pewnych ludzi.
Nazajutrz przyjechał porucznik "Zdzisław" - nie było czasu, by przeprowadzić śledztwo, dlaczego goniec z rozkazem jechał dziesięć kilometrów z Lidy do Jewsiewicz całą dobę - decyzję "Bza" jako rozsądną pochwalił i zarządził ostre pogotowie.
Wreszcie osiemnastego stycznia rano dostali kartkę: "Dziś godzina 23.00". Ogarnął ich szał radości. Nareszcie! Po prawie trzech tygodniach oczekiwania i nerwowego napięcia jadą na wymarzoną akcję. Nie myśleli jeszcze wtedy, że jadą na prawie pewną śmierć, że układ sił jest jak jeden do tysiąca. To przyszło potem.
Osiemnasty stycznia był dla nich taką samą datą jak każda inna - ani lepszą, ani gorszą. Ale była to data szczególna, utrwalona wielką tradycją, jakby zarezerwowana przez los dla podziemnego państwa na dokonywanie właśnie takich desperackich przedsięwzięć. Bowiem równo rok wcześniej, także osiemnastego stycznia w czterdziestym trzecim o godzinie siedemnas­tej, grupa cichociemnych i żołnierzy dywersji "Wachlarza" pod dowództwem porucznika "Ponurego" - Jana Piwnika niecałe dwieście kilometrów na południe od Lidy dokonała równie ryzykownego uderzenia na więzienie w Pińsku, rozbiła je i uwolniła oraz uwiozła do Warszawy kapitana "Wanię" i żołnierzy "Wachlarza". Może gdyby "Bez", "Rączy" i ich grupa o tym pamiętali, przyjęliby to za dobrą wróżbę; ale na razie nie trzeba im było dodatkowych podniet, cieszyli się, że to już dziś, że nareszcie.
Załadowali się na pięć sań - ośmiu ich już było, bo porucznik "Zdzisław" włączył do grupy "Groma" - Waldemara Lisowskiego, tak jak i oni przebra­nego w szynel szutzmana.
Początkowo sanie jechały w przepisowej odległości - co sto metrów. Dawało to możność wzajemnego ubezpieczenia się i chroniło przed wpadnię­ciem całej grupy w ewentualną zasadzkę. Ale gdy wjechano w pierwsze opłotki Lidy, wszystko się pomieszało. Przy torach, tam gdzie ulica gen. Gustawa Orlicz-Dreszera przechodziła w ulicę 3 Maja, tuż przy zamkniętym szlabanie zrobił się zator. Między jadące na targ chłopskie wozy wklinowała się niemiecka kuchnia, żandarmi zaczęli niby robić porządek, a w rzeczywis­tości turbować chłopów, rewidować, popychać, rekwirować żywność, i naraz wszyscy zdrętwieli - niemiecki patrol z metalowymi nerkami na piersiach był nie dalej jak cztery, pięć wozów od "Groma", ich pierwszych sań, na których leżała w sianie cała broń. A szlaban jak na złość ciągle był zamknięty.
"Grom" siedział w saniach spokojny, tylko dłoń zaciśnięta w kieszeni na karbowanym metalu granatu pociła się obficie. Naraz jego uwagę zwrócił uparty wzrok jakiegoś małego szkraba - może to miało osiem, może dziewięć lat - który spod pilotki dosłownie wisiał wzrokiem na twarzy partyzanta. Masz babo placek - złorzeczył w duszy "Grom" - toż to mały Rajmund, najmłodszy brat serdecznego przyjaciela "Minusa" - Władka Śmilgina. Jeżeli ten mnie poznał, to krewa. A mały Śmilgin jakby na potwierdzenie tego zaczął się szybko przeciskać między wozami, przypadł do sań "Groma" i wyciągną­wszy rękę w podartej rękawiczce, prosił:
- Pan, daj cygarety, daj - a rozgorączkowanym szeptem dodał - Waldziu, zapnij guzik płaszcza pod szyją, bo ci widać polski mundur.
Mrugnął na niego "Grom" z wdzięcznością, dopiął szybko guzik, a potem rozdarł się tak, że konie przysiadły na zadach:
- Udieraj, malczyk!
Chłopiec nurknął między sanie, żandarmi byli tuż-tuż, gdy naraz chude ramię szlabanu podniosło się w górę, chlasnęły bicze po końskich grzbietach i wreszcie mogli wyrwać się z tej matni.
Stąd na ulicę Legionową było już blisko. Broń ukrytą w workach szybko przeniesiono na strych domku kolejarza, a podwody odjechały na Mostową, gdzie nie zwracając na siebie uwagi w targowy dzień, miały postój do zakończenia akcji.