Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

5 maja 1940 roku Lida

Wczoraj miałem ja służbę przez całą dobę. A dzisiaj wyspałem się należycie i zapisuję to wszystko, aby nie zapomnieć. Postanowiłem prowadzić te Zapiski według planu. A plan mój jest taki: zbierze się trochę interesujących rzeczy, to je zanotuję i już. Może to stanowić bardzo ważny materiał historyczny, a tak samo filozoficzny. Mam na­wet zamiar przerobić to w przyszłości na bardzo wielką powieść. Ta­ką, na przykład, jak Wojna i pokój Tołstoja. Czytałem ja ją trochę. Ale bardzo nudna i marnie napisana. W ogóle uważam, że nic nie jest warta. Bo i po francusku dużo w niej gadają i są tam różne kapitalistyczne pasożyty. Co w tym może być dla nas ciekawego? Sama ciemnota, głu­pota i zabobony. Nawet modlą się tam i o Bogu często wspominają. Poza tym różnych głupich hrabiów i książąt wysławia. Ja zaś napiszę o naszej niezwyciężonej Armii Czerwonej, ojej zwycięstwach, o moich bohaterskich czynach i o naszym wielkim wodzu STALINIE. To dopie­ro będzie wspaniała powieść!
Służbę objąłem ja wczoraj w dzień i rozstawiłem warty, aby ochro­nić koszary i socjalistyczny majątek przed zamachami kapitalistycznych agentów. Wartownia jest tuż przy koszarach i ja, jako dowódca warty, miałem przy niej osobny pokoik. Czas leciał. W nocy ja wiele razy warty sprawdzałem i czujnie stałem na straży armii. Dopiero o godzinie trzeciej nad ranem posłyszałem ja wystrzał. Potem drugi. Wziąłem ja dwóch bojców z wartowni i pobiegłem dowiedzieć się: co się stało?... Strzelał posterunek numer czwarty, przy składzie prowiantowym w po­bliżu koszar. Przybiegliśmy tam, a wartownik wali z karabinu do góry. My też po parę razy machnęli na strach wrogom. Potem pytam ja war­townika:
- O co chodzi?
- Sabotażysta jakiś, albo złodziej, wlazł na lipę i innym daje stamtąd sygnały!
Rzeczywiście obok magazynu prowiantowego duża lipa stała i na­wet jakby poruszenie jakieś w gałęziach u góry drzewa było słychać.
- Zejdź, reakcjonisto! - krzyknąłem ja groźnie. - Zejdź natychmiast, bo zestrzelimy!
Nikt z lipy nie odpowiedział. Więc ja latarką świecić zacząłem. Ale wysoko. Nic dostrzec nie można, bo światło w gałęziach gubiło się. Ja znów krzyknąłem:
- Zejdź, faszysto, po dobremu, bo koniec ci będzie na tej lipie!
A tam cicho. Wtedy kazałem ja dać ognia po lipie. Więc bojcy zaczęli po niej z karabinów pruć, a ja z pistoletu. Tylko gałęzie i liście w dół leciały, ale nikt nie spadł.
Potem wydałem ja rozkaz bojcom leźć na lipę i tamtego drania za nogi w dół ściągnąć. Bali się bardzo, ale poleźli. Rozkaz musieli wy­konać. Łazili oni po tamtej lipie chyba z godzinę czasu. Krzyczeli, gałę­zie trzęśli, lnic...
Tymczasem rozwidniło się. Całą lipę widać, ale nikogo na niej nie ma. Powiadam ja do wartownika:
- Coś tobie w głowie się pokręciło! Widzisz, że nikogo na lipie nie ma.
- Ale był - powiada. - Był i innym sygnały dawał.
- Jakie sygnały?
-  Świstał po cichu. Aleja wyraźnie słyszałem... O, proszę posłu­chać... Znów świszczę!
Stoję ja przy nim i uważam. Z początku nic nie słyszałem. A potem rzeczywiście świsty rozległy się. Patrzę ja na wartownika i dostrzegłem, że to u niego w nosie świszczę, a nie na lipie. Rzeczywiście: tak ono i było. Zrugałem ja wartownika odpowiednio i poszedłem. Napisałem szczegółowy raport o powodzie urządzenia fałszywego alarmu i w po­łudnie służbę zdałem.
Pierwszy maja obchodziliśmy bardzo uroczyście. Całe miasto było udekorowane czerwonymi flagami i wszędzie wisiały portrety naszego wielkiego WODZA Stalina. Były też portrety Lenina a nawet i Marksa, ale, rzecz jasna, mniejsze i mniej ich było. Bo cóż oni znaczą wobec NIEGO! Owszem, oni też są wielcy i zasłużeni wobec proletariatu i ludzkości. Ale nie ma takiej wielkości na świecie, która by nawet w przybliżeniu stanowiła coś w stosunku do NIEGO!
W dzień była defilada wojska i pochody związków robotniczych, urzędów oraz szkół. I zauważyłem, że ludność miejscowa coraz wię­cej kocha naszą wielką Rosję i Stalina. Tyle nieśli różnych sztandarów i transparentów z proletariackimi hasłami. Na przykład: CHWAŁA WIELKIEMU STALINOWI! - IMIĘ STALIN - GWARANCJĄ PO­KOJU, WOLNOŚCI I DOBROBYTU! Tak, i burżuazja zaczyna po tro­chu uświadamiać sobie potrzebę wprowadzenia socjalizmu stalinow­skiego. Inaczej nie może być!
Wieczorem poszedłem ja na mityng do klubu kolejowego. Tam można było wejść tylko członkom klubu, kolejarzom, oficerom i niektó­rym zaproszonym gościom. Po drodze do mnie Lipa zbliżył się. Zoba­czyłem ja: pijany zupełnie. Ale trzymał się na nogach dobrze. Nie każdy by dostrzegł nawet, że jest pijany.
- Winszuję z naszym proletariackim świętem! - krzyczy do mnie. A ja mu powiadam:
- Długo musieliście czekać, żeby wam pozwolono to święto ob­chodzić.
- Dlaczego? - spytał.
- No jakże - powiedziałem. - Dopóki nas tu nie było, to kapitaliści na pewno nie pozwolili wam w tym dniu świętować. Chyba jeszcze większe normy pracy nakładali.
-  Ot ty i mylisz się - powiedział. - I bez was my to robotnicze święto obchodzili. I to jeszcze jak!... Teraz to i popatrzyć nie ma na co.
Dziwnie było mi to słyszeć, ale niech tam gada. Chyba pamięć za­wiodła go po wódce. Bo wychlał on dzisiaj chyba z wiadro gorzały. Lipa spytał mnie:
- Dokąd idziesz?
- Na mityng - powiedziałem. - Będą różne ciekawe rzeczy gadać. Jeden mówca, specjalnie na ten dzień, nawet z Moskwy przyjechał do Lidy.
- To i ja z tobą- rzekł Lipa. - Jestem ciekaw, jak u was takie mityn­gi urządzają.
Nie bardzo mi się chciało z nim iść, ale nie wypadało odmówić. Więc poszliśmy razem.
Ludzi zebrało się dużo. Pełna sala. I tu nasi proletariaccy wodzo­wie na portretach wiszą i różne takie robotnicze hasła widać. Słowem: bardzo pięknie i uroczyście.
Zaczęli różni mówcy na estradę wychodzić i pięknie o naszym wiel­kim Związku Radzieckim i o jego wodzu, Stalinie, mówić. Orkiestra też była i często Międzynarodówka grała.
Jeden mówca bardzo długo i składnie omawiał obecną sytuację na świecie. Wyjaśnił należycie podłą, zaborczą politykę krwawych an­gielskich imperialistów... tych podżegaczy wojennych i eksploatatorów setek milionów ludności w koloniach. Udowodnił, że Anglicy są i od wieków byli pasożytami świata. Powiedział, że na wyspie swojej na­wet zboża nie chcą siać, lecz sprowadzają z kolonii, bo nie chcą pra­cować uczciwie. A całe ich zajęcie to znęcanie się nad robotnikami, polowania na lisy, picie w barach i urządzanie giełd pieniężnych. Poza tym wywołują nieustannie wojny, żeby i na tym zarobić. Zakończył on swoją mowę tak: "Są w angielskim hymnie narodowym słowa, że nigdy Anglik nie będzie niewolnikiem; że zawsze będzie panował nad innymi narodami i że wszyscy będą mu służyć i go bać się. Ale to się skończy wkrótce. Jest rzeczą wielkiego rosyjskiego narodu powetować ludzkości
tę krzywdę, którą jej przez stulecia wyrządziła Anglia. Za to musi ją spotkać ciężka i słuszna kara. Bo wrzód ten musi być wypalony na zaw­sze i bez śladu z ciała ludzkości, aby go nie wyniszczał i nie zatruwał!".
Mowa ta nam wszystkim najwięcej się spodobała i długo krzycze­liśmy: brawo! i okalskiwali mówcę.
Niedługo przed zakończeniem mityngu wyszedł na estradę politruk, i opowiadał nam bardzo wzruszająco o prawach i obowiązkach obywa­teli sowieckich. Długo porównywał je z prawami obywateli państw kapitalistycznych. I zrozumieliśmy, że tam są nie prawa obywateli, lecz całkowite bezprawie, terror i wyzysk. Tylko my, szczęśliwi obywatele Związku Radzieckiego, cieszymy się swobodą, o jakiej nawet pojęcia nie mają obywatele państw burżuazyjnych. W pewnej chwili politruk zwrócił się do sali i spytał:
- Kto mi powie: jaki jest obowiązek dobrego żołnierza Armii Czer­wonej?
Z sali ktoś powiedział głośno:
-  Bić wrogów Rosji Sowieckiej w każdym czasie i w każdym miejscu!
- Słusznie! - potwiedził jego słowa politruk. Rozległy się oklaski i brawa.
- A kto mi powie: jaki jest obowiązek dobrego komunisty lub kom-somolca?
-  Być wiernym towarzyszowi Stalinowi oraz partii i posłusznie wykonywać ich rozkazy! - krzyknął z głębi sali jakiś cywil.
- Słusznie! - potwierdził politruk. Znów rozległy się oklaski i brawa.
- A kto mi powie - rzekł dalej politruk - jaki jest główny obowią­zek prawdziwej sowieckiej kobiety?
Na sali milczeli, bo to niełatwo zgadnąć albo zrozumieć. Przecież obowiązków tych jest niemało. A tu trzeba krótko odpowiedzieć w taki sposób, żeby do więzienia albo do łagru nie trafić. Ale po dłuższym milczeniu całej sali politruk powiedział sam:
-Najważniejszym obowiązkiem prawdziwej sowieckiej kobiety jest: wychować swe dzieci na wiernych synów Związku Radzieckiego i jego wielkiego wodza Josifa Wissarionowicza Stalina.
Cała sala rozbrzmiewała od oklasków, które trwały bardzo długo. Potem mówca spytał:
- A jaki jest obowiązek prawdziwego mężczyzny?
I tym razem wszyscy milczeli. Rzecz jasna: każdy człowiek chce żyć i to żyć na wolności, nie zaś w łagrze. Nagle odezwał się Lipa, który stał obok mnie:
- Dobrze zapinać rozporek.
Ja struchlałem. Na sali milczenie. A Lipa czka i pyta jakiegoś lejt-nanta:
- Dobrze mu powiedziałem?... Co?...
Na szczęście nie wszyscy go słyszeli i nie wszyscy zrozumieli, co powiedział. Bo to można by i za kpiny kontrrewolucyjne uznać. Jakiś kapitan NKWD nawet już nim się zainteresował i spytał mnie:
- Kto to taki?
- Pijany robotnik kolejowy - powiedziałem. - Ucieszył się ze święta i wolności, więc upił się i coś tam mamrocze.
Zacząłem ja od Lipy odsuwać się, żeby nie zapodejrzano mnie, że go znam. Czy można wiedzieć: kto jego słowa słyszał i jak je zrozumiał? Na szczęście mówca znów zabrał głos i sprawę tę sam wyjaśnił:
- Prawdziwy sowiecki mężczyzna musi być zawsze gotów (w tym miejscu Lipa pewnie coś bardzo paskudnego powiedział, bo wszyscy zaczęli od niego odsuwać się) oddać swe życie i pracę dla dobra Związ­ku Radzieckiego!
Cała sala długo oklaskiwała politruka. Ja też waliłem w dłonie z ca­łych sił. A jednocześnie boczkiem, boczkiem, ku wyjściu kierowałem się, aby jak najprędzej znaleźć się dalej od Lipy.
Bardzo ja żałuję, że u Lipy mieszkam. Zdawałoby się, że powinien być porządnym człowiekiem i uczciwym robotnikiem. Ale, jak widać, jest on zupełnie głupi. Jestem pewien, że niedługo on się tu uchowa i że wyślą go na przeszkolenie tam, gdzie dla podobnych elementów miejsca są przygotowane.
Jednak tym razem Lipa nie wpadł. Chociaż późno bardzo, ale wrócił do domu. Idąc, jakąś polską piosenkę śpiewał. Ja czym prędzej światło zgasiłem i udałem że śpię. Bałem się, że może do mnie zajść. Bardzo to niebezpieczny człowiek!