Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Niedługo czekali na porucznika "Zdzisława". Zjawił się obładowany paczkami i butelkami - dwa litry samogonu, dziesięć butelek piwa, kiełbasa, bułki. Zaczęło się preparowanie trunków - do samogonu i piwa wsypano solidne porcje środków nasennych.
Teraz już plan był rozbity dosłownie na minuty. Przewidywał, że tuż przed godziną policyjną jedna z córek gościnnego kolejarza, Haneczka, dostarczy pod bramę więzienia paczkę i poprosi strażnika o przekazanie jej jednemu z aresztowanych. Jako wyraz wdzięczności miał dostać litr wódki i piwo, rzecz bardzo łakoma. Znano tu już zbójeckie praktyki strażników, którzy paczki przyjmowali, ale nigdy nie oddawali adresatom, sami zżerając zawartość. Liczono na to i dlatego w paczce był drugi litr usypiającego samogonu. O dwudziestej pierwszej łącznik miał dostarczyć hasło podane o dwudziestej na całą dobę przez komendanturę, o dwudziestej drugiej do więzienia przychodził zastępca komendanta, wyjątkowy drań, którego przy okazji należało zlikwidować, o dwudziestej drugiej piętnaście w więzieniu zapadała cisza nocna i wtedy do akcji wchodzili oni.
- Pamiętajcie o drodze odskoku - przypominał porucznik "Zdzisław". - Po wyjściu z więzienia prowadzimy całą grupę ulicą Syrokomli, potem ulicą Tartaki, Legionową dochodzimy do cmentarza, tam przez niski mur, między grobami i do ulicy Grażyny. To bardzo ruchliwa ulica, nawet w nocy. Niemcy tędy jeżdżą, więc trzeba ją ubezpieczyć. Potem polami dochodzimy do rzeczki Lidziejki. Koło przepompowni nasi chłopcy z placówki zwalili dziś deski i bale, pewno teraz budują już kładkę, bo na mostku koło ulicy Grażyny stoją wartownicy. Po przejściu Lidziejki idziemy przez pole dzielnicy Wyzwolenie i na krańcu miasta oczekuje nas patrol oddziału "Ragnera", który już rozprowadzi na meliny. Pamiętajcie o tej drodze, gdyby wam przyszło przedzierać się pojedynczo.
- Czy pan przypuszcza, poruczniku, że w wypadku nie udania się kom­pletnego zaskoczenia, mamy jakiekolwiek szansę na przedarcie się w poje­dynkę? - powątpiewa "Rączy".
"Zdzisław" rozkłada ręce i chwilę przytrzymuje spojrzenie "Rączego" swoim.
- Zawsze trzeba mieć nadzieję, "Rączy". Zawsze, rozumiesz? - mówi z naciskiem.
O dwudziestej trzydzieści objuczona paczkami i butelkami Haneczka poszła pod bramę więzienną. Działanie środków nasennych było obliczone na trzy godziny. A więc do północy strażnicy nie powinni być groźni. Oczekiwano z niepokojem jej powrotu, wreszcie zjawiła się tuż przed godziną policyjną.
- Wzięli i nawet nie bardzo się krępowali, od razu przy mnie rozerwali paczkę - relacjonowała.
O dwudziestej pierwszej umownym pukaniem zameldował się "Róża", w mundurze, z bronią i plecakiem.
- To mój ostatni występ w mundurze, a pierwszy jawny z wami. Ziemia mi się tu pali pod nogami, moje godziny są policzone. Pryskam więc do lasu. W więzieniu przydam się, znam je jak własną kieszeń. Przynoszę hasło obowiązujące na dzisiejszą noc. To chyba dobry prognostyk dla nas, bo hasło brzmi "Warschau".
- Warszawa - powtórzył "Zdzisław". - To chyba dobrze. "Róża" przed wyjściem na punkt zdołał być jeszcze pod więzieniem, rozpylał o plotki, od niego to pochodziła wiadomość, że naczelnik więzienia
Bittner wrócił o dwudziestej trzydzieści z miasta, jak zwykle podpity, wybrał z celi jedną aresztantkę i zamknął się z nią w swym pokoju nad bramą.
- Chłopaki, tego nie ruszać - instruował "Zdzisław" - chyba, żeby zaszła absolutna konieczność. Raz, że on nie jest jeszcze najgorszy, a dwa, że mogą być represje. Ale za to zastępcę, wyjątkowego sukinsyna, oraz szefa straży więziennej, własowca Surokina - likwidujemy. To są kanalie, które własnoręcznie mordują więźniów bez wyroków.
O dwudziestej drugiej trzydzieści zgłosił się Jończyk z ostatnim meldun­kiem spod więzienia - zastępca komendanta, ten, na którym mieli wykonać wyrok śmierci, nie zjawił się w więzieniu, podobno chory i został w swej kwaterze na mieście.
- Będzie dziękował Bogu za tę chorobę. Taki s... syn ma szczęście - złorzeczył "Bez".
Pięć przed dwudziestą trzecią byli gotowi do wyjścia.
- Sznury są?
- Są.
- A klucze do cel?
- Też są.
Wymaszerowali dwójkami, tak jak chodzą niemieckie patrole - na czele w niemieckich mundurach "Bez" i "Rączy", obaj z automatami przez pierś, na końcu w szynelach schutzmanów "Hucuł", "Kula", "Szczerbaty", "Saszka" z karabinem, a pochód zamyka "Drzazga" z erkaemem i policjant "Róża". W środku w cywilnych kurtkach, z ukrytą bronią krótką porucznik "Zdzi­sław", Jończyk i "Grom", w sumie jedenastu straceńców.
Na wypadek zetknięcia z patrolem prawdziwym, ich jedyna nadzieja w walorach "Bza" - jak to powiedział "Krysia", w jego hochdojczeszprache, w znajomości zwyczajów wojskowych i patrolowej służby. Właśnie prowadzą trzech ujętych partyzantów do więzienia. Brzmi to prawdopodobnie. A jeśli tamci nie uwierzą, zostaje ratunek w automatach i granatach. Ale ratunek to nikły.
Na szczęście ulica Tartaki jest krótka i bezludna, zaraz za rogiem skręt w Syrokomli i więzienna brama.
- Cholerny łysy, akurat dziś musi świecić - złorzeczy księżycowi "Szczerbaty".
"Bez" zerka na zegarek - jest dwudziesta trzecia trzy, czyli trzy minuty temu przeszedł tędy esesmański patrol. Jego następny nawrót przewidziany jest o dwudziestej trzeciej dwadzieścia. Teraz - szybko pod bramę. Przylepia­ją się do zimnego metalu. Nacisk. Nic. Nie ustępuje. Mocniej! Ani drgnie.
- Krućko miał minutę po dwudziestej trzeciej uchylić - szepcze "Róża" z rozbieganymi z nerwów oczyma.
- Może jego zegarek idzie inaczej? - zagaduje bezgłośnie Jończyk.
- A czy on w ogóle ma zegarek? - powątpiewa "Rączy".
- Dostał specjalnie na tę akcję - przerywa spór porucznik "Zdzisław". - Odczekamy jeszcze pięć minut.
Stoją w wąskim paśmie cienia, jaki od księżycowej poświaty rzuca kamienny wykusz muru. Szczęście, że brama pomalowana na czarno, nie widać ich na tym tle.
- A może zdradził? - denerwuje się "Saszka".
- Nie... chyba nie, to swój chłop - zapewnia "Róża".
- Chłopcy, tylko spokojnie - szepce porucznik "Zdzisław". - Zdradzić, nie zdradzał, przecież my mamy w ręku całą jego rodzinę.
Gdzieś za rogiem ulicy Tartaki po grudzie stukają podkute wojskowe buty i czterech podpitych żołnierzy doskonale widocznych w świetle księżyca staje na skrzyżowaniu i spiera się czy iść w lewo, obok więzienia, czy w prawo. Spór trwa, już trzech zwolenników jest za więzieniem i w tej chwili "Bez" naciąga sprężynę szmeissera. Ale czwarty, widać najstarszy stopniem przery­wa dyskusję, rzucając na szalę cały swój autorytet:
- Auf mein Befehl, rechts urn, marsch! (Na mój rozkaz, w prawo zwrot, marsz.)
Równym, prawie przybijanym krokiem podpite a przecież potulne brac­two oddala się w kierunku śródmieścia.
- A żeby was jasny szlag trafił - oddycha z ulgą porucznik "Zdzisław", ocierając czoło mimo mrozu zroszone potem.
- Która godzina? - szepce "Hucuł".
- Dwudziesta trzecia dziewięć - odpowiada "Bez".
- Mieliśmy po pięciu minutach odskoczyć - przypomina "Saszka".
- Jeszcze minutę - decyduje porucznik "Zdzisław".
Ta minuta składa się z godzin. Minuta, jak to cholernie długo.
- Za dziesięć minut będzie tu patrol - przypomina "Róża".
- Chyba trzeba będzie odstąpić - nieśmiało jakby proponuje "Zdzi­sław".
- Panie poruczniku, tam ojciec i brat - szept "Szczerbatego" jest cichy, lecz twardy.
Stoją dalej, spoceni z emocji mimo mrozu, nie mogą uwierzyć, że trzy tygodnie nerwów i przygotowań wezmą w łeb tylko przez takie głupstwo, że brama nie uchylona.
- Dwudziesta trzecia trzynaście - głośniej oddycha "Bez".
Naraz...