Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 


Obrońca Warszawy

 

Gdy pewne dzieje historyczne odchodzą w ponad półwiekową przeszłość i wiadomości o nich można czerpać tylko ze źródeł pisemnych, nadarza się nieraz okazja spotkać żywego świadka tych wydarzeń i z przyjemnością posłuchać jego opowiadań. Mam tu na myśli Wojnę Obronną Polski w 1939 roku przeciw Niemcom hitlerowskim, a żyjącym świadkiem i uczestnikiem tych wydarzeń jest pan Bernard Biercewicz, mieszkaniec wsi Ciaby koło Lidy. Urodził się pan Biercewicz w 1917 roku i w lutym 1939 roku został powołany do służby czynnej w Wojsku Polskim, którą odbywał w I pułku artylerii w 7 baterii przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. Gdy rozpoczęła się wojna z Niemcami zadaniem ich była ochrona warszawskich mostów na Wiśle (Poniatowskiego, Kierbiedzia i kolejowego) przed atakami lotnictwa niemieckiego. Pan Biercewicz wspomina, że cała załoga była mocno nastawiona do nieugiętej walki z hitlerowskim najeźdźcą. Hitlerowskie lotnictwo bardzo często i zajadle przypuszczało ataki na mosty, lecz artylerzyści nie dawali im bezkarnie latać. Świadczy o tym fakt, że za 27 dni niemieckiemu lotnictwu udało się zbombardować tylko jedno przęsło w jednym moście. Niejeden niemiecki as lotnictwa wpadał w "kosz" polskiej artylerii i w większości szedł z niego z czarną smugą do dołu.
Szczególnie wysokie nastawienie patriotyczne mieli oficerowie. Niewyspani i brudni od dymu  artylerii i kurzu od niemieckich wybuchów, z oczami nabrzmiałymi w krew, narażając swe życie na czyhającą wszędzie śmierć, swym przykładem podtrzymywali na duchu swych żołnierzy. Siły walczących stron były nierówne, szczególnie, gdy oba najeźdźcy rozszarpały Polskę, a Niemcy przerzucili 6 swoich dywizji ze wschodniego frontu i szczelnym pierścieniem opasali Warszawę. Zażądali od polskiego dowództwa obrony Warszawy bezwarunkowej kapitulacji. Niemieccy parlamentarzyści przybyli do polskiego dowództwa i oznajmili, że wszelka walka jest beznadziejna, że Warszawa jest w szczelnym pierścieniu i na żołnierski honor chcą pokazać to osobiście polskiemu generałowi, wzięli go do samochodu i obwieźli dookoła Warszawy. Po powrocie do swych podwładnych generał powiedział, że rzeczywiście dalsza walka z wrogiem nie ma sensu, a każdy żołnierz pozostały przy życiu jeszcze przyda się Polsce i zarządził koncentrację wojska do kapitulacji. Szczególnie boleśnie tę wiadomość przyjęli niektórzy oficerowie. Dla kapitulacji ściągnięto około 14 tysięcy obrońców Warszawy. Działo się to 28 wrześnie 1939 roku, gdy nasi wrogowie przeprowadzili zwycięską defiladę w Brześciu.
Po złożeniu w stosy broni, którą starano się rozkompletować lub jakoś uszkodzić, jeńcy zostali skierowani do miejscowości Góra Kalwaria. Oficerów oraz podoficerów do stopnia kaprala i grenadiera odseparowano. Nie karmiono, lecz podczas przejścia jenieckiej kolumny, w której był pan Biercewicz przy drodze było pole kapuściane i niektórym żołnierzom udało się zapakować do chlebaka główkę kapusty, która była wtedy wielkim rarytasem. W obozie Niemcy przeprowadzili szczegółową ewidencję jeńców i tych, co pochodzili z terenów zagarniętych przez ZSRR popędzono do Mińska Mazowieckiego. Na pożegnanie dobrze nakarmiono i dano po kawałku mięsa do chlebaka, następnie załadowano do towarowych wagonów i odtransportowano do sowieckiej strefy okupacyjnej i rozładowano w jakimś lasku zwanym Laskiem Traugutta. Tu znów sowieccy oficerowie szczegółowo zbadali polskich jeńców zgodnie ze spisami przekazanymi przez Niemców. Po paru dniach niektórych puszczono do domu od miejsca, a tych co byli bardziej ze wschodu załadowano do towarowych wagonów i przywieziono do Baranowicz. Dalej każdy żołnierz już radził sam jak dostać się do domu.
Tak przez miesiąc po kapitulacji Warszawy pan Biercewicz znalazł się w ojcowskim domu w rodzinnych Ciabach. Następnie los dopisał mu, bo wojnę przeżył szczęśliwie we wsi, a w latach 1944-45 pracował na kolei, więc uniknął mobilizacji na front. Do czasu zorganizowania kołchozów pracował na gospodarstwie ojca, a gdy zaczęła się kolektywizacja uniknął niewolniczej pracy i znalazł zatrudnienie w Lidzkim Kombinacie Młynarskim. Pracował jako młynarz. Był sumiennym pracownikiem i otrzymał wiele sowieckich odznaczeń: medal "Weteran Pracy", znak Zwycięzcy Współzawodnictwa Socjalistycznego. Przyznano mu uprawnienia kombatanckie i został odznaczony również białoruskimi medalami "Weteran Wojny 1941-45", "60 lat Zwycięstwa w Wojnie Ojczyźnianej 1941-45", "60 lat Wyzwolenia Republiki Białoruś od Faszystowskich Najeźdźców". Jednak te wszystkie "honory" w żaden sposób nie poprawiły bytu codziennego jego rodziny. Pan Biercewicz zawsze był człowiekiem wierzącym i otwarcie chodził do kościoła. W Zakładach Młynarskich stał w kolejce na otrzymanie komunalnego mieszkania, które było w tamtych czasach szczytem marzeń zwykłych robotników. Żona Irena również pracowała w mieście. Mieli nadzieję, że wkrótce tak jak i inni zamieszkają we własnym mieszkaniu "z wygodami". Lecz pewnego dnia pan Biercewicz w czasie pracy został niespodziewanie wezwany do gabinetu dyrektora zakładu. Był zdziwiony i nie wiedział o co chodzi. W gabinecie siedziało jeszcze dwóch nieznajomych panów. Zadano mu głupie pytanie, żeby opowiedział swoje czynności w ciągu dnia pracy, a gdy opowiedział jak i co robi, dodał, że stara się, aby była wykonana norma pracy. Nagle zadano mu pytanie, czy jest wierzącym i czy chodzi do kościoła. Odpowiedział, że tak, nie miał czego się wstydzić. Panowie, którzy go przesłuchiwali zalali się szyderczym śmiechem. Zrozumiał, że szykują zaczepki, żeby nie przydzielić mu mieszkania, bo możliwe mieli kogoś "bardziej potrzebnego". Rozgniewany szyderczym śmiechem pan Biercewicz powiedział tym panom, że oni wezwali go, aby postawić na pośmiewisko za wiarę, jak Żydzi postawili Jezusa przed Piłatem. Włożył czapkę i poszedł kontynuować swoją pracę. Mieszkania oczywiście nie otrzymał.
Dziś z żoną samotni, zamieszkując na kolonii w zestarzałym jak oni ojcowskim domku, czas od czasu przeglądają w pudełku błyszczące odznaczenia. Myśli pana Bernarda powracają do czasów, kiedy byli w pełni sił i zdrowia, dobrze mogli pracować, gdy ich szanowano. Lecz te miłe myśli nie mogą zamienić im codziennych trosk w tak podeszłym wieku o utrzymanie mieszkania, zaopatrzenia w paliwo, kłopoty z utrzymaniem gospodarstwa, bez którego na wsi niemożliwe jest przeżyć. Trzymają jeszcze krowę, prosiaka, parę kur. Pan Bernard chwali się, że tego roku jeszcze własnymi siłami jakoś "naskrobał" sianka dla krówki, ale jak będzie dalej utrzymywał krowę nie wie. Gdyby wówczas otrzymał mieszkanie komunalne, starość byłaby o wiele lżejsza.
Będąc na emeryturze z własnej inicjatywy uporządkował wiejski cmentarzyk, za co ś.p. ks. Stanisław Rojek podziękował mu w obecności mieszkańców wsi.
Gdyby pan Biercewicz zamieszkał po wojnie w Polsce, to na pewno nie jeden raz miałby okazję uczestniczyć w okolicznościowych imprezach kombatanckich, spotkaniach z kolegami broni (już w naszych czasach otrzymał polskie odznaczenia: medale "Za udział w Wojnie Obronnej 1939 r.", "Pro Memoria"), a tu przez dziesiątki lat nie mógł głośno opowiadać jak walczył za Polskę, a którą na zawsze zachował w swym sercu.

 

Stanisław Uszakiewicz