Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Jadwiga Wołodźko,

urodzona 18  grudnia 1933 r. w Lidzie w patriotycznej polskiej rodzinie. Ojciec - Tadeusz, żołnierz 5 pułku lotniczego, matka - Zofia, polonistka z nieukończonym wyższym wykształceniem, rodem z Białegostoku. Jadwiga po ukończeniu w 1946 r. 6-ej klasy polskiej szkoły średniej w Lidzie była zmuszona kontynuować naukę w języku rosyjskim, ponieważ polska szkoła była zlikwidowana. W 1958 r. wyjechała z Lidy na studia, ukończyła chemiko-biologiczny wydział Instytutu Pedagogicznego w Witebsku, a w 1966 r. napisała i obroniła pracę doktorancką. Do 2003 r. pracowała w różnych instytucjach naukowo-badawczych Białoruskiej Akademii Nauk. W 1998 r. została mianowana członkiem-korespondentem  Międzynarodowej Akademii Gerontologii w Moskwie, posiada ponad sto opublikowanych prac naukowych.
Skłonności literackie objawiły się bardzo wcześnie, już w szóstym roku życia. Brutalne lata wojenne nie pozwoliły na ich rozwój. Większość wierszy powstała w okresie lidzkim. Na nieliczną twórczość poetycką Jadwigi Wołodźko składają się wiersze liryczne, a także utwory na tematy religijne.

 

 

 

Powrót

Lidzka ziemio! dziś wracam do ciebie
Po długich wędrówkach, u zmierzchu życia,
Wiem, że nie odrzucisz, przygarniesz do siebie,
Bo dzieci tobie wierne miłujesz skrycie.

Urok twój, zapach twych łąk i pól
Był zawsze ze mną, z dziecinnych lat,
Sad dziki za oknem, co koił każdy ból...
I ręką matczyną posadzony kwiat;

Słowików śpiew, zapach macierzanki,
Szerokie miedze wśród złocistych zbóż,
Z błękitnych chabrów plecione wianki, -
To tylko wspomnienia, daleka przeszłość już.

Dawno zmieniono nazwy ulic miasta,
Dziś się nie przejdę Krzywą, czy Grażyny.
Przy każdym kroku dom nowy wyrasta.
Chce się popłakać nie bez przyczyny.

Bo nie mają powrotu lata młodości
Dawno brak tych, których myśmy kochali...
Nowy rytm życia dzisiaj tu gości.
W wspomnieniach tonę, stojąc w oddali.

31 sierpnia 2005 r.

Tajemnica

Po bezkresnym firmamencie
Srebrny księżyc płynie.
Czy też moje okno minie i spojrzy
W tym momencie,

Kiedy siedzę zadumana,
Zapatrzona w szare mroki,               
Kiedy liczę czasu kroki
W stary zegar zasłuchana.

Czy też wślizgnie się ukradkiem
Przez firanek sieć pajęczą
I na czole białą tęczą
Łuk zakreśli, tak, przypadkiem...

Blade usta ucałuje
I do serca się zakradnie,
Tajemnicę mą odgadnie
I wraz ze mną żal poczuje.

I poniesie w świat nieznany
Ból, co na dnie wciąż tam leży,
Bo on jeden dla mnie wierzy,
Bo był w sercu zabłąkany.

Więc, gdy ujrzysz twarz księżyca
Nocą jasną zatroskaną,-
Nie dziw się, wszak jest mu znaną
Moja smutna tajemnica.

Lida 1951 r.

 

W zimowy poranek

Ciężki, mglisty zimowy poranek.
Tylko gdzieś w dali, - hen...
Słychać szmer uwożących sanek,
Jakby przez sen.
To jego zabrali... Przez okno wchodzi
Dzień blady i smutny.
Wrogi, obcy. W serce twe godzi
Mrozi sztyletem. Okrutny!
Wyrwał ostatnią pociechę i miłość.
I rzucił szalejące serce
Na pastwę mękom, i bólu zawiłość
Topi teraz w rozterce.
Ach! On ci głosi z szyderczą miną:
"Wszystko skończone,
I pod najskrytszych marzeń ruiną
Twe szczęście złożone".
Lecz oto naraz promień słońca złoty
Urągając śnieżnej zawiei,
Rozbija chmury i w czarne serca groty
Strąca iskry nadziei,
Że przecież wróci kiedyś poranek wiosenny,
Ziści się cud, marzenie...
Uśmiechnie się radośnie maj promienny...
Czy masz jeszcze jakie życzenie?

Luty, 1951 r.

 

Bez nadziei

Raz jeden lekki dotyk dłoni
Z ciepłym uśmiechem,
I rozmarzenie, co oczy słoni
Tęsknoty echem.
Pamiętasz? W majowy dzień
Wszak to było.
Ach! I łez miłosnych tchnień
Jedno spotkanie kryło!..
Wierzysz? To nie złudzenie,
Co sercem szarpie.
Nie! To miłość, sen, marzenie
Od lat gra na harfie.
Smutna melodia! Tęsknota, żal
Beznadziejnej miłości.
Ból serce rwie, wzrok biegnie w dal
Szukając wciąż przeszłości.
Kilku chwil, gdy przypadkiem
Skradło się jasne spojrzenie,
Ukochanej dłoni tknęło się ukradkiem,
Wierząc w ziszczone marzenie.
Po cóż cierpieć daremnie! Serca rany
Krwawią boleśnie.
Ona ci przecież nie szepnie "kochany"
Nawet we śnie.

1952 r.

Nastrój jesienny

Wieczór jesienny, mrok i wiatr,
Czarne niebios sklepienie.
Drżący, co z latami padł
Promień w ulicy cienie,
Pieści twarz smutnej dziewczyny,
Blade usta zwarte boleśnie.
Szare oczy cierpiące bez winy,
Z których blask zgasł przedwcześnie.
Dziewczyna piękna i młoda,
A już opuszczona, samotna.
I przyszłość jej niewiadoma,
A przeszłość bezpowrotna.
Na los się skarży okrutny,
Co zabrał wszystkie nadzieje
I widząc teraz wzrok smutny
Tylko szyderczo się śmieje.
Nie ma w jej życiu radości,
I szczęścia nie ma żadnego;
Daleka gwiazda przyszłości
Nie śle dnia promiennego.
Jedynie noc ta jesienna
I wicher lodem zionący
Jej przyjaciółka niezmienna,
Przyjaciel wciąż kochający.
Więc pełna cichego żalu
Na przód zdąża samotna
I marzy o jakimś kochaniu,
Lecz droga ta bezpowrotna...
I idzie pośród mroków,
Płacząc, że szczęście ucieka,
W rytm własnych zmęczonych kroków.
... Droga smutna, daleka.

1952 r.