Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

W sierpniu 1940 roku Vilnius

 

Hura! hura! hura! Jestem znów w Vilniusie.
Poprzednio nie miałem wcale czasu na pisanie. Ale teraz opowiem pokrótce, co zaszło ważnego od początku maja tego roku.
Potężnym ciosem naszej żelaznej, czerwonej pięści rozgromiliśmy litewskich, faszystowskich ministrów i kapitalistów. A sam ich prezy-
dent gdzieś uciekł. Ale od tego są nasze orły z NKWD, żeby go odna­leźć i na zawsze unieszkodliwić. Co prawda walk wielkich nie było. I -zdaje mi się - w ogóle bez tego się obeszło, bo wystarczyło ultimatum, postawione przez nasz rząd krwiożerczym pachołkom anglo-amerykań-skiego kapitalizmu, i całe ich państwo rozsypało się, jak stara beczka, z której spadły obręcze.
Tak: wielka i potężna jest nasza matka ROSJA i nikt nigdy nie będzie mógł jej sprzeciwić się!... W taki to sposób, po trochu, wykoń­czymy wszystkich burżujów i kapitały ich sobie pozabieramy. Pięknie!
Ja, na przykład, dlaczego nie mógłbym być znacznym kapitalistą? Czego mi do tego brakuje? Tylko dużo pieniędzy. A jak pieniądze capnę, to też potrafię co dzień jeść kiełbasę w większych ilościach, ku­pić jeszcze ze trzy zegarki i butów z cholewami kilka par. No i rower, a także patefon. I - naturalnie - zawsze bym mieszkał w osobnym poko­ju, żeby mnie ktoś czegoś nie skradł. Tak, pięknie to wszystko układa się i zapowiada na przyszłość. I jeśli tak dalej pójdzie, to może i ja w sposób socjalistyczny do wielkich kapitałów się dochrapię.
A z tymi Litwinami to dla mnie wielka niespodzianka wyszła. Ciągle czytałem w gazetach i słuchałem przez radio o naszej wielkiej, niezłom­nej, wieczystej sowiecko-litewskiej przyjaźni. Tymczasem okazało się, że oni reakcyjną robotę prowadzili i zagranicznym kapitalistom wysłu­giwali się. Do tego stopnia nawet, hieny, rozzuchwalili się, że pochwy­cili naszego szeregowca i w podziemiu go męczyli, żeby im wszystkie tajemnice Głównego Dowództwa i Politbiura ujawnił. Ale tamten wszy­stko przetrzymał i niczego nie zdradził. Potrafił nawet zmylić ich czuj­ność i uciec. Teraz, za tę zbrodnię, wszyscy Litwini będą ciężko odpo­wiadać i - naturalnie - wykazali, że nie są godni mieć własnego państwa i muszą być włączeni do Związku Radzieckiego... Zresztą nie jest to nawet kara, lecz największy zaszczyt. Nawet sami Litwini błagali o to. Tak: dobroć naszego OJCA Stalina nie ma granic. Inny by się zgniewał na cały naród litewski i na zawsze zerwał z nimi stosunki. A ON nawet raczył przyjąć ich do rodziny szczęśliwych sowieckich narodów.
Mieszkam ja znów u nauczycielek. Chociaż są to zatwardziałe bur-żujki, lecz wolę żyć u nich niźli gdzie indziej, bo jestem pewien, że nie okradną. A teraz, gdy mam własną walizkę i dużo drogocennych rzeczy, muszę być bardzo ostrożny. Po tamtej nauczce, którą mi Nastka dała do nikogo teraz nie mam zaufania.
Nauczycielki, jak widać, nie bardzo się ucieszyły, że wróciłem. Ale nic mnie o tym nie powiedziały. Zresztą rozmawiam ja tylko z Marią Iwanownąi to wówczas tylko, gdy jest duża potrzeba.
Przede wszystkim kazałem ja wyrzucić z mego pokoju obraz tamtej damy z koroną, bo znów go na dawnym miejscu powiesiły. Zamiast nie­go ja portret OJCA naszego umieściłem. Zapaliłem przed nim lampę i zacząłem bardzo głośno Międzynarodówkę śpiewać. Niech słyszą, faszystowskie gadziny, i drżą ze strachu!
Za kilka dni udało mi się znaleźć w ilustrowanym tygodniku portret Hitlera, zamieszczony na całej stronie. Bardzo ja tym ucieszyłem się i chociaż tygodnik był nie mój, wydarłem z niego tamtą stronę. Potem, w domu, na tekturę nakleiłem i dużymi literami taki oto napis u dołu zrobiłem: "ADOLF HITLER - NAJWIĘKSZY PRZYJACIEL WO­DZA ROSJI, J.W. STALINA". Powiesiłem ja portret Hitlera naprzeciw portretu Stalina. Niech sobie tak wiszą, kochani wodzowie, i cieszą się sobą... Stalin patrzy na Hitlera i, zdaje mi się, mówi:
"Jak tam, kochany towarzyszu, bijemy burżuazję?".
"Jeszcze jak, przyjacielu najdroższy - powiada Hitler. - Jak tylko Żydów i Polaków wykończę, to zaraz do Anglików się zabiorę!".
"Wal ich, wal, Adolfku! - powiada Stalin. - Jak sam nie podołasz, to ja ci pomogęi".
Bardzo to ładnie wyszło: "krugom" socjalistycznie.
A wczoraj otrzymałem ja list od brata. Pisze:
"3 czerwca 1940 roku Miasto Moskwa
Drogi brat Miszka!
Przede wszystkim powiadamiam ja ciebie, że zostałem przeniesio­ny na stałe do Moskwy, gdzie będę pracował w fabryce mebli. Cały po­przedni zarząd fabryki został wyrzucony i posłany tam, gdzie podob­nemu zarządowi należy się być. Okazało się, że wielki sabotaż uprawiali i niszczyli produkcję oraz maszyny. Sami przyznali się w sądzie na roz­prawie, że za taką zdradziecką robotę brali pieniądze od luksemburskich imperialistów.
Ja tu jestem kierownikiem magazynu materiałowego. Udało mi się nawet otrzymać, dla siebie tylko, pokój. Mały, bez pieca i ciemny, ale całkowicie niezależny. Może ty w to nie uwierzysz i pomyślisz sobie, że przechwalam się tylko, lecz jest to prawda całkowita. A udało mi się to w ten sposób, że nowy kierownik fabryki oraz Wydział Planowa­nia wydali mi zaświadczenie, że zabieram pilną robotę do domu i tam
również pracuję. Jednak zamierzam ja teraz jak najprędzej się ożenić. Wówczas będzie większa pewność, że do mego pokoju nikogo więcej nie dadzą.
Za fotografię twoją bardzo ci dziękuję. Ale że zegarki, które widać, że masz na ręku, są prawdziwe i dobre, to, po bratersku ci piszę, uwa­żam za bujdę. Jestem za stary i za mądry na to, żeby w cuda wierzyć.
Wczoraj zarządzający naszej Spółdzielni sprzedał mi na przydział pół funta masła. A ponieważ wiadomo mi jest, że w tej nędznej Litwie i Polsce zawsze był wielki głód, to zebrałem ja dla ciebie paczuszkę prowiantową i posyłam. Poratuje to ciebie od wycieńczenia... Masło to jest ze specjalnej fabryki, którą niedawno zbudowano w pobliżu Mos­kwy i nazwano imieniem słynnej zagranicznej rewolucjonistki: Karvu-cie. Bardzo mi się chciało spróbować: jak masło smakuje, bo pierwszy raz w życiu je zobaczyłem. Ale wolę ciebie od głodu poratować. Poza tym chcę, żebyś i ty zobaczył i przekonał się: jakie są teraz nasze sowie­ckie osiągnięcia.
Przesyłam ci ukłony i braterskie pozdrowienia
Wasia"
Trochę mi przykro zrobiło się, że brat mi masło posyła, bo przecież mam tego, ile chcę, po dwa lity za kilo. Ala znowuż przyjemnie, że i my teraz mamy sowiecką fabrykę masła. Jak otrzymam paczkę, to konie­cznie zawołam Marię Iwanownę i pokażę. Niech nosa nie zadziera. One myślą, że u nas, w Sowietach, to już nic dobrego nie ma.
Z mieszkania mojego jestem bardzo zadowolony. Przede wszystkim to dobrze, że nie ma tu Lipy. Bardzo ja się go bałem. Zupełnie nienor­malny człowiek. Zawsze mówi, dureń, to, co myśli. I w ten sposób może nie tylko sam zginąć, ale i innych zgubić. A te nauczycielki, to przy mnie nawet pysków otworzyć nie ośmielają się. Dobrze je wyćwiczy­łem. Jedynie Maria Iwanowna trochę śmielsza ze mną. Takie reakcyjne draństwo trzeba twardo trzymać w garści!
A wczoraj w nocy ja wielki wynalazek zrobiłem. Długo nie spałem, bo zdawało mi się, że ktoś tam na schodach się rusza. Teraz, gdy jestem zamożnym człowiekiem, wyposażonym w walizkę i zapasowe buty z chromowej skóry, muszę nieustannie i bardzo uważnie wszystkich do­okoła obserwować, żeby mnie mojej własności nie skradli. Więc leżę ja cicho i nasłuchuję. Może złodziej zakradł się i będzie próbował drzwi otworzyć?... Pistolet odbezpieczyłem i w pogotowiu trzymam. Ale nic... ucichło wszystko. Jednak usnąć ja długo jeszcze nie mogłem, bo
bardzo mię skóra swędziała. Przecież w łaźni ja ze trzy miesiące nie byłem.
Otóż zacząłem ja o wannie nauczycielek myśleć i nagle przyszła mi do głowy genialna myśl. Przecież ja niekoniecznie muszę myć się w go­rącej wodzie lub całkiem zimnej. Można nalać do wanny jednocześnie gorącej wody i zimnej, i tak ją wymieszać, żeby była dobra do mycia się... Usnąłem ja jakoś. A rano nawet nie ubierałem się, bo i tak trzeba będzie do kąpieli się rozebrać, tylko wprost do Marii Iwanowny walę i powiadam:
- Proszę mi natychmiast gorącą wodę przygotować, bo takie jest moje życzenie, żeby całemu się wymyć. No, żywo, bo ja potrafię was przyspieszyć!
Naturalnie dodałem jeszcze parę mocniejszych słów, do słuchu im, żeby mnie lepiej zrozumiały i niedługo z robotą się koszkały.
Słyszę ja: nauczycielki po schodach biegają, drzewo ze składzika na górę noszą, piłują je, rąbią... Dobrze ja te babska wytresowałem. Umiem z burżuazją obchodzić się.
Za pół godziny Maria Iwanowna do moich drzwi zapukała.
- Kąpiel gotowa!
- Dobrze - powiedziałem.
Chciałem nawet podziękować, ale pomyślałem sobie, że za dużo będzie dla nich honoru. To ona musi cieszyć się i dziękować, że ma zaszczyt czerwonemu oficerowi usłużyć.
No nic. Poszedłem ja do kąpielowego pokoju. Napuściłem pół wan­ny gorącej wody i zacząłem zimnej dolewać. Wreszcie tak wymiarko-wałem, że woda była ciepła i przyjemna. Tylko to gorzej, że wanna była pełna. Ale ja tak się ucieszyłem, że na taki drobiazg i uwagi nie zwraca­łem. Przysunąłem taboret do wanny, stanąłem na nim, krzyknąłem "hura!" i skoczyłem. Połowa wody z wanny aż pod sufit wyleciała, ale jeszcze dość zostało, żeby wymyć się.
Otóż wyszorowałem się ja pierwszorzędnie. Dwa razy nawet namy-dliłem się i spłukałem. Bardzo było przyjemnie.
Wylazłem ja z wanny i zamierzałem brudną wodę spuścić, ale była aż czarna i wprost gęsta, więc nie chciałem do niej czystej ręki wsa­dzać. Ale to było najgorsze, że ręcznika ze sobą z pokoju nie wziąłem, żeby po kąpieli wytrzeć się. Można by obeschnąć, ale długo czekać. Więc ja mokry do swego pokoju poszedłem, a brudną bieliznę w ręku niosłem. Nauczycielki i Andzia były w kuchni i herbatę piły. Jak zo­baczyły mnie gołego i mokrego, to oczy pospuszczały. Po prostu śmiech i głupota. Żadnej cywilizacji w sobie nie posiadają.
Więc ja powiedziałem do Marii Iwanowny:
- Dobra była kąpiel... Teraz zamierzam nawet co jakiś czas kąpać się. My higienę uwielbiamy bardzo!

 

Sergiusz Piasecki