Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Na szlaku Narbutta

 

Tak, szczęknęły jakieś drzwi za więzienną bramą. Zdusili oddechy i wszystko teraz, cała uwaga skoncentrowała się w uszach. Ktoś skrzypiał po śniegu ostrożnymi krokami, tam za stalową blachą. Znów cisza. Złudzenie? Nie. Cicho zgrzytnął zamek, naparli na skrzydło. Drgnęło. Z wąskiej szpary buchnął rozgorączkowany szept Krućki.
- Nie teraz... za dwie minuty... Właśnie wraca patrol... Śnieg znów zaskrzypiał pod nogami umykającego. Od podwórza narastał tupot butów i stłumione głosy. Zdawało się, że nadchodzący za chwilę dojdą do bramy, szarpną ją i... Znów szczęknęły jakieś drzwi, przez szparę dojrzeli poblask światła odbitego od śniegu i wszystko ucichło.
- Teraz! - wyrzucił z siebie "Bez".
Jedenaście par ramion nacisnęło zgodnie. Teraz każdy już wiedział, co do niego należy. "Rączy", "Drzazga" i "Kula" skoczyli pod drzwi wartowni, pozostali z "Bzem" i porucznikiem "Zdzisławem" na czele pomykali pod murem ku głównemu korpusowi. Jeszcze tylko jeden marudził chwilę, przymykając rozwarte stalowe wrota.
"Rączy" kiwnął przyzwalająco głową i "Kula" szarpnął klamkę. Ostre światło palnęło w oczy mocno, ale tylko na chwilę.
- Hande hoch! - warknął "Rączy" ze szmeiserem podanym do przodu.
Blokował drzwi, podczas gdy "Drzazga" i "Kula" odskoczyli pod ściany.
Strażników było dziesięciu - dwóch, którzy właśnie wrócili z patrolu, odstawiwszy karabiny ściągało szynele, dwóch innych, widać gotowych do zmiany, kierowało się do wyjścia. Reszta przy stole zastawionym otwartymi butelkami piwa, grała w karty. Nikt nie spał!!!
Jeden z wychodzących nieco zdziwiony, biorąc "Rączego" za Niemca, powiedział wyjaśniająco, kalecząc niemczyznę:
- My na patrule. Verstanden? Patrula! Tiurma.
- Ty uże nikuda nie pajdiosz - odparł mu Rączy.
I tamten naraz pojął. Poderwał błyskawicznie karabin i w tej samej chwili ucapił go za lufę "Kula". Grający porwali się od stołu, ale ruch lufy "suki" w ręku "Drzazgi" sparaliżował ich. A "Kula" i strażnik walczyli coraz zacieklej.
Jeśli któryś strzeli... - przebiegło "Rączemu" przez myśl. Puścił na pas szmeisera, wyszarpnął ciężką belgijkę i z pełnego rozmachu, lufą rąbnął po zaciśniętej na kolbie łapie strażnika.
Skowyt bólu i koniec zapasów.
Już bez oporów pojedynczo rozbrajali potulnych strażników, rozbierali z mundurów i wiązali przygotowanymi sznurami. Wtedy "Rączy" przez ciekawość sięgnął po butelkę piwa i spróbował. Teraz zrozumiał, dlaczego butelki są prawie nietknięte, a strażnicy wcale nie śpiący - środek nasenny tak zmienił smak piwa, że stało się ono niezdatne do picia.
Naraz w grupce pętanych strażników coś stuknęło, cicho, ale zwróciło uwagę "Rączego". U stóp grupki leżał wyświechtany, przepocony portfel.
- Kopnij go w moją stronę - polecił temu, który stał najbliżej.
Tamten, acz niechętnie, wykonał rozkaz.
Pierwsze co rzuciło się w oczy po odgięciu okładek, to legitymacja gestapo. Surokin. Własowiec, szef straży więziennej. Sadysta i wyjątkowy bandyta.
- Ach, to ty! - zdumiał się "Rączy".
Pętali chłopa mocno, nie wyrywał się, tylko sapał. Gdy już związali jak barana, obmacali dokładnie - pod podszewką kurtki, pod palcami coś zaszeleściło: druga legitymacja z poprzedniej, również agenturalnej służby, zatrzymana na wypadek, gdy mocodawcy się zmienią.
- Zaknebluj go -polecił "Rączy" "Kuli". Wepchnęli w zarośniętą gębę brudny ręcznik.
- Wykonasz wyrok, "Kula". Chłopak pobladł.
- Ja? Na związanym?
- A jak? Chciałeś iść na tę akcję.
- Ale tak? Bezbronnego? Zastrzelić?
- Nie zastrzelić. Zabić.
"Rączy" spojrzał wymownie na bagnet. "Kuli" krew uciekła z twarzy.
- Pomyśl, ilu on wykończył.
- "Rączy", nie potrafię. Bagnetem? Nie potrafię. Jeszcze strzelić, ale związanego?
- O strzelaniu nie ma mowy.
"Kula" kręcił głową i dyszał ciężko. Naraz wyszarpnął bagnet z pochwy.
- Ale nie tak jak nożownik.
Nasadził ostrze na lufę karabinu i opuścił je ku Surokinowi.
Tymczasem grupa "Bza" dopadła do głównego budynku. Dwóch ludzi zaopatrzonych w grube kije bezszelestnie wspięło się po schodach prowadzą­cych na piętro do pokoju komendanta. Chwilę słuchali, ale poza chrapliwym oddechem śpiącego nie wyłowili żadnych innych dźwięków. Podparli dębczakami klamkę i zbiegli na dół.
Tu już "Róża" dopasowanym kluczem otwierał główne drzwi. Koryta­rzowy widać drzemał, bo na widok munduru "Bza" sprężył się na baczność i sięgnął ręką do kontaktu, by zapalić światło na korytarzu. "Bez" ruchem dłoni powstrzymał go.
- Lass das (Zostaw to!) - zabulgotał.
Świecąc latarkami biegli od drzwi do drzwi celi. Tych, gdzie siedzieli kryminaliści, w ogóle nie otwierali. W innych między zaduch i przerażenie rzucali trzy, cztery nazwiska i krzycząc: Raus! - ustawiali ludzi pod ścianą na korytarzu.
Rozbudzony budynek wypełniał się szeptem przerażenia. Tu i tam zaczęto odmawiać modlitwy za konających, ktoś intonował "Pod Twą obro­nę", ale inni wnet go uciszyli.
Tylko jeden człowiek, zmaltretowany porucznik "Wiktor" wiedział, że to nie kolejny transport na rozstrzał. Gdy tylko otwarto drzwi jego celi i wywoła­no: "Krzywicki! Kupis!" - szepnął swemu młodemu towarzyszowi niedoli:
- Spokojnie, to nasi.
Tymczasem na korytarzach z wywołanych formowano kolumnę. Przygo­towane listy okazały się bardzo dokładne. Zgadzały się nazwiska, cele. Z kamienną twarzą oczekiwała spełnienia losu wywołana z celi Adamowiczowa, twardo unosił głowę skatowany porucznik Maksymowicz - sądzili, że to już ostatnia godzina. A tłumek na głównym korytarzu pęczniał, przekroczył pięćdziesiątkę, zbliżał się do siedemdziesiątki.
"Bez" wywoływał dalej.
Z satysfakcją niektórzy z więźniów dostrzegli, że dołączono do ich grupy pięciu znanych kapusiów więziennych, którzy niejednego już posłali swymi donosami na śmierć. Dobrze, że i ich czeka taki koniec za tę podłą służbę - myśleli mściwie. Wreszcie wśród lamentu i płaczu kolumnę wywołanych sprowadzono na dół. Było ich sześćdziesięciu dziewięciu.
Tuż przed bramą dołączyła do nich grupa z wartowni. Przed chwilą właśnie zamknięto w karcerze związanych i rozebranych do bielizny strażni­ków. I wtedy dopiero Adamowiczowa dostrzegła "Rączego", kolegę syna, który jeszcze pół roku temu kwaterował w jej chacie w Bińkiewiczach.
- Ludzie - wołała przez wielki szloch. - To nie Niemcy, to nasi, jesteśmy wolni.
Zapadła najpierw cisza, a potem podniósł się gwar wielu ludzi. Wyrwał "Rączy" z kabury pistolet i skoczył w tłum.
- W łeb palnę każdemu, kto otworzy gębę - syczał. - Chcecie wszystko zepsuć?
Uciszyła się gromada, choć nie mogli uwierzyć, że ten strach przed chwilą był ich powitaniem z wolnością.
"Bez" wyszukiwał co silniejszych z więźniów, ci natychmiast na śniegu i mrozie przebierali się w strażnicze mundury, repetowali broń. Wreszcie gdy zegarek na ręku "Bza" wskazywał dziesięć minut po północy, gdy odczekano w kompletnej ciszy, aż pod bramą przemaszerował w kolejnym nawrocie esesmański patrol, uchylono skrzydło więziennych wrót i czoło kolumny wyszło na ulicę Syrokomli.
Wyglądało to, jakby wyprowadzano ludzi na rozstrzelanie - na czele szedł "Bez" i "Rączy" z niemieckimi automatami, za nimi dreptali więźnio­wie, podtrzymujący się wzajemnie, niektórzy w cienkich, nieraz podartych marynarkach, a dokoła uwijali się uzbrojeni "strażnicy" pod wodzą "Róży" (w dwa tygodnie później zginał w akcji przeprowadzonej przez kompanię "Krysi" pod Horodnem). Ale gdy ktoś uważniej przyjrzał się tej grupie, zdumiałby go niepomiernie niespotykany humanitaryzm oprawców; miast krzyczeć - pomagali, miast bić - zachęcali łagodnie do pośpiechu.
Gdy czoło kolumny skręcało już z Syrokomli w Tartaki, ogon wychodził dopiero z bramy, którą skrupulatnie przymknął jak zwykle idący w straży tylnej "Drzazga" z "suką" na ramieniu.
Już mijają ulicę Legionową, dokoła pusto, księżyc na szczęście pokryły strzępiaste chmury, teraz skręt w pole, do ulicy Cmentarnej. Naraz "Drzazga" dostrzega w prześwicie ulicy Legionowej niemieckiego oficera. Ten choć pijany, choć trzyma się płotu, by nie stracić równowagi, przygląda się im w wyjątkowym skupieniu. I czy to niecodzienność pory w wyprowadzaniu tak dużej grupy z więzienia, czy też dostrzegł mimo zamroczenia alkoholowego, że "Drzazga", schutzman, zamiast zwykłego karabinu dźwiga erkaem, broń przeznaczoną "Nur fur Deutsche", bo naraz wrzasnął:
- Halt! Halt!
"Grom" był najbliżej Niemca, więc podbiegł ku krzyczącemu najszybciej jak tylko mógł. Jeszcze piętnaście, jeszcze dziesięć kroków, a zdzieli go kolbą i sprawa się zakończy bezgłośnie.
W tym momencie Niemiec wyszarpnął z kabury pistolet - "Grom" był jednak szybszy, strzelił prosto między oczy.
Rozbroili rozciągniętego na śniegu oficera, zabrali jeszcze czapkę jako trofeum i uchwyciwszy za ręce i nogi przerzucili przez płot.
Ale strzał "Groma" poderwał całą kolumnę do szybkiego biegu. Teraz o powodzeniu całego przedsięwzięcia decydowały minuty.
Uwolnieni, niejednokrotnie wprost po torturach, inni bez butów - zaczęli słabnąć, na nic nie zdawały się prośby i zaklęcia...
Wreszcie osiągnięto cmentarny mur. Nawet ta niska, bo zaledwie jedno-metrowa przeszkoda była za wysoka dla niektórych, trzeba ich było podsa­dzać, przenosić, podciągać.
Cmentarz krył nową pułapkę. Śniegowy kożuch grubości sześćdziesięciu centymetrów wypełniał idealnie całą powierzchnię, skrył i groby, i przerwy między nimi. Ludzie biegli potykając się, przewracali, czołgali, zaczęli krzy­czeć , że rezygnują, że już dalej nie mają sił iść.
I znów niesamowity przypadek dokonał więcej niż dotychczasowe proś­by i nalegania "Bza" i towarzyszy. Bo oto w tej cmentarnej scenerii, pełnej krzyży i szeleszczących zeschłych liści na drzewach, buchnął krzyk dziki, skowyt:
- Polizei! Polizei! Hilfe! Polizei!
Runęli między groby i pnie drzew z nową porcją sił, z włosem zjeżonym ze śmiertelnego strachu, a przerażający wrzask Niemca - jak się okazało - nie zabitego przez "Groma", a tylko ciężko rannego, któremu mróz dość szybko wrócił przytomność, gonił ich jeszcze długo:
- Polizei! Hilfe!
Ścigani tym krzykiem, nie wiadomo jak przeskoczyli niebezpieczną ulicę Grażyny, potem pole i wreszcie zatrzymała ich kręta, błotnista i nigdy nie zamarzająca Lidziejka.
- Tu gdzieś powinna być kładka - wołał zziajany, rozgorączkowany porucznik "Zdzisław".
Powinna, ale jej niestety nie było.
Skoczył więc wpław "Rączy", a za nim kilku odważniejszych - zapadli się po szyję, ziąb wyparł dech z piersi, muliste dno więziło nogi. Jakoś jednak dobrnęli do drugiego brzegu, niosąc broń ponad głową.
Ale główna grupa więźniów nie byłaby w stanie przebyć rzeczki tą drogą. W wyniku narady odbytej ad hoc ustalono, że "Bez" z uwolnionymi, osłaniany przez zbrojnych z jednego i drugiego brzegu, dojdzie do mostku obok przepompowni i jeśli - jak jest normalnie - będzie tam stał wartownik, przejdzie mostek siłą, podczas gdy osłona będzie blokowała ogniem sześćdzie­sięciu własowców kwaterujących sto metrów dalej.
Znów skończyło się tylko na nerwach - wartownika na mostku nie było, a włąsowcy spali tak mocno, że można by ich powynosić z łóżkami.
I teraz przez pełną wykrotów i dołów dzielnicę Wyzwolenie, a potem, po opuszczeniu miasta, przez pokryte śniegiem pola trwał aż do świtu katorżni­czy marsz sześćdziesięciu dziewięciu uwolnionych i ich jedenastu oswobodzicieli. Tego, co przeżyli, nie opisze żadne pióro, nie odda żadna opowieść. Szli bez przewodnika - bo choć miał być, nie było go. Mający ich osłaniać już od rogatek miasta patrol oddziału "Ragnera" odnalazł się dopiero o bladym świcie.
A jednak mimo tylu niepowodzeń i niespodziewanych przygód, wszyscy, tak jak przewidywała lista, o świcie dotarli na wyznaczone kwatery, gdzie czekała na nich ciepła strawa, opiekuńcze dłonie kobiet z siatki i okazja do dalszej walki.
Prawie połowa uwolnionych trafiła do partyzanckich oddziałów, reszta została ukryta na melinach.
W mieście tymczasem ucieczkę z więzienia dostrzeżono dopiero rano, gdy więzienna karetka SD podjechała po codzienną porcję ludzi wiezionych na tortury. Gdy nie odniosło skutku dobijanie do bramy, Niemcy pchnęli ją, ustąpiła. Cisza na wartowni, słabe odgłosy dobijania z podziemnego karceru wyjaśniły wszystko. Sprowadzono ekipę spawalniczą z pobliskiej parowo­zowni i po wytopieniu zamka uwolniono uwięzionych strażników. SD usunęło dębczak spod drzwi komendanta więzienia i od nich ledwo rozbudzony Bittner dowiedział się o wydarzeniach nocy. Przygwożdżonego bagnetem do stołu Surokina pochowano wstydliwie i cicho.
"Bez" i jego grupa "desperatów" wrócili do oddziału "Krysi". Witano ich tam jak przybywających z innego świata. Tu też pięciu "wyzwolonych" szpiclów doczekało się sądu wojennego i sprawiedliwego wyroku.
A w jakiś czas potem, już wiosną 1944 roku, przed frontem rozrosłej do siły batalionu 77 pułku Armii Krajowej kompanii, dowódca porucznik "Krysia" odczytał rozkaz, na mocy którego wszyscy uczestnicy wyprawy na więzienie lidzkie otrzymali Krzyże Walecznych, potem Warszawa zawiadomiła, że "Bez" i "Rączy" udekorowani zostali Virtuti Militari.
Przez bogaty w historyczne wydarzenia rok czterdziesty czwarty aż do wyzwolenia walczyli z okupantem i niejednemu z nich przyszło zginąć na Szlaku Narbutta, pozostali, nieliczni, żyją wśród nas, cisi, skromni, niepozor­ni - często niedocenieni.

 

Cezary Chlebowski