Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Zapiski oficera armii cyerwonej

 

 

W sierpniu 1940 roku Vilnius

Nie lubię często pisać, bo teraz właściwie nie ma o czym. Więc czekam zawsze, aby zebrało się więcej spraw o znaczeniu wszech­światowym, a wtedy dopiero uwieczniam je w tym moim dziele na­ukowym. Zresztą od tego czasu, jak postanowiłem ja napisać najlepszą na świecie powieść, o naszych sowieckich osiągnięciach i o bohater­stwie niezwyciężonej Armii Czerwonej, to straciłem ja chęć do pisania tych drobiazgów. Lecz dzisiaj nie wytrzymałem i piszę ponownie. Bo dzień dzisiejszy (26 sierpnia 1940 roku) jest wielkim dniem.
Otóż: siedzę ja za stołem i piszę, a przede mną na stole stoi para butów. Ale jakich BUTÓW!!!... Po prostu dotknąć się ich boję, a nie tylko w nich chodzić!
Stoi takie coś na stole, na białym obrusie i lśni jak słońce, jak gwiaz­da na sowieckim sztandarze. Skóra na nich cieniutka, mięciutka, a moc­na -jak nasz Związek Radziecki. Obcasy zgrabne, noski zachwycające, ranty wprost marzenie... A cholewy!... Nawet słów mi brak na wyra­żenie ich piękności! Po prostu nie buty, lecz mauzoleum Lenina na Czerwonym Placu albo sowiecki czołg ostatniej konstrukcji!
Całą noc ja nie spałem i na nie patrzyłem. I strach mnie nawet bierze, że jestem właścicielem takiego skarbu. Będę musiał bardzo go pilnować. Postanowiłem nad ranem, że koniecznie trzeba drzwi do po­koju zamykać i klucz ze sobą zabierać. Poza tym kupię porządną kłódkę do drzwi i mocne skoble w nie wprawię. Nie mogę takiego skarbu lek­komyślnie narażać. Dobrze chociaż, że mój pokój jest na drugim piętrze, więc chyba z ulicy złodziej reakcyjny do nich łatwo się nie dobierze.
Tak. Otóż siedzę ja i piszę, co chwila na buty spoglądam i myślę sobie tak: "Wielkim i ważnym człowiekiem, Michaile Nikołajewiczu, jesteś! Możesz być dumny z siebie!".
A ze ściany moim butom z jednej strony towarzysz Stalin się przygląda, a z drugiej strony WIELKI nasz przyjaciel, towarzysz towa­rzysza Stalina, sam Adolf Hitler. I wydało mi się nawet, że ci kochani wodzowie taką oto rozmowę prowadzą:
STALIN: Popatrz, Adolfku, jak ja swego bohaterskiego oficera wy­posażyłem! Przyjemnie popatrzeć.
HITLER: Tak. Rzeczywiście buty zdumiewające. Bardzo tobie winszuję i cieszę się ogromnie tym wielkim sukcesem Związku Ra­dzieckiego.
STALIN: On u mnie nie tylko buty ma wspaniałe, lecz i walizkę i dwa zegarki!
HITLER: Ja to już zauważyłem i gdybym nie był tak bardzo zajęty niszczeniem Polaków, Żydów, Francuzów i innych reakcjonistów, to osobiście przyjechałbym, żeby te skarby obejrzeć.
Tak. Ogromnie przyjemne samopoczucie. Tylko jedno mam zmart­wienie: boję sieja te buty na nogi wzuć. Chyba zrobię to na jakąś wielką i bardzo radosną dla Związku Radzieckiego uroczystość. Na przykład: jeśli nasz kochany towarzysz Hitler po Francuzach do Anglików się zabierze i wyrzuci tamtą zarazą z wyspy do morza, żeby się potopili podli reakcjoniści!
Pisząc to spostrzegłem ja, że dawno nic o sprawach politycznych nie nadmieniłem. Ale cóż o tym dużo pisać? Jest to rzecz naszego wiel­kiego WODZA i jego PRZYJACIELA. Oni tę robotę sprawnie i facho­wo poprowadzą. Wymiotą Europę i świat cały z kapitalistycznych paso­żytów. I jeszcze tego dokonają, że ja sobie patefon, a może nawet i radio zdobędę. Któż to wie! Ostatni rok przekonał mnie, że spełniają się w moim życiu takie rzeczy, o jakich ja ani myślałem, ani marzyłem, ani śniłem nawet. Jeden dowód tego stoi przede mną na stole. Drugi -walizka - lśni miedzianymi zamkami. A dwa zegarki szepczą dniem i nocą... Jeden: wielkiemu Stalinowi hura, hura, hura... Drugi: wiel­kiemu Hitlerowi brawo, brawo, brawo!
Otóż o sprawach politycznych nie ma co dużo rozpisywać się. Wszystko idzie według planu politycznej produkcji, ustalonym przez dwóch największych dobroczyńców ludzkości. Zabraliśmy już Litwę, Łotwę, Estonię, pół Polski, Besarabię, Białoruś, Ukrainę. Tylko z Fin­landią nie bardzo nam się powiodło. Ale tam ogromnie chytrzy reak­cjoniści z całego świata się zebrali i za angielskie kapitały taką obronę
zrobili, że trudno do nich na razie dobrać się. Opowiadał mi znajomy kapitan, dwukrotny bohater Związki Radzieckiego, który był na fińskim froncie, że bardzo mocno tam faszyści zasiedli. Okazało się, że zrobili umocnienia z gumy. My więc walimy do nich z armat albo łupimy bom­bami z samolotów, pociski zaś odskakują od gumy i żadnej im szkody nie wyrządzają. Więc plunęliśmy na tę zarazę i zostawiliśmy ich na póź­niej. Tymczasem nasi uczeni takie promienie wynaleźli, co gumę z dale­ka rozpuszczają. Tylko aparaty jeszcze nie są wykończone, bo jakiś sa-botażysta do fabryki wlazł i robotę popsuł. Ale to tylko na krótko sprawę odwlecze. Potem jak ruszymy z tamtymi promieniami na Finów, to cała guma im się rozpuści i potopią się w niej jak muchy w smole. A dla nas jeszcze i ta korzyść będzie, że dużo gumy na wyrób kaloszy dla roboczego narodu zdobędziemy, więc mniej ludzi będzie boso chodzić. Słowem: przewiduje się z tego wzrost dobrobytu w Związku Radzieckim i postęp gospodarczy.
A nasz druh serdeczny, Adolfek, tymczasem Francję uporządkuje i inne państwa tak samo... Pewnie i jego bohaterowie dużo zegarków, walizek i butów nakupili albo po prostu zsocjalizowali. Można przy­puszczać, że im nie gorzej jak nam powodzi się. Więc wszystko się roz­wija bardzo przyjemnie, jak trzeba, według planu wojskowo-politycznej produkcji. Po stachanowsku, można powiedzieć, nasi kochani WO­DZOWIE Europę obrabiają. A jak ją wykończą, to trochę odsapną i do Ameryki się zabiorą. Tam też będzie bardzo interesująca robota, bo dolarów tam, jak słyszałem, jest dużo i będzie za co pohulać. Wówczas ja sobie nawet rower kupię... z pompką.
Wczoraj jeszcze jedno interesujące zdarzenie było. Paczkę ja od brata Wasyla z Moskwy otrzymałem. I nawet prędko doszła, bo tylko dwa i pół miesiąca w drodze była. A najgłówniejszą rzeczą jest to, że nic z paczki nie zginęło. Może trudno w to uwierzyć, lecz to szczera prawda. Zbadałem dokładnie, bo wewnątrz znalazłem wykaz rzeczy, napisany ręką brata. Bardzo przyjemnie, że u nas w Związku Radziec­kim urzędnicy są tak sprawni i uczciwi. Możemy służyć za przykład całemu światu kapitalistycznemu.
W paczce było: trzy kilo kartofli - nawet nie popsuły się w dalekiej drodze, kilo cebuli, dwa duże buraki, woreczek chlebowych sucharów, paczka machorki i arkusz gazety do kręcenia cygarek. Była też flaszecz-ka oleju i - rzecz najważniejsza - pół kilograma masła, naszej sowiec­kiej produkcji, wykonanego w fabryce imienia słynnej rewolucjonistki, Karvucie. Przeczytać napisów na opakowaniu masła ja nie mogłem, bo było drobno pocięte, przez cenzurę, która badała czy wewnątrz nie
ma czegoś politycznie szkodliwego. Ale nazwa fabryki była dobrze uwidoczniona: KARVUCIE.
Wyłożyłem ja ostrożnie to masło na talerz. Poskładałem kawałeczki, żeby było w porządku i postanowiłem, że Marii Iwanownie je pokażę. Niech, kapitalistyczna gadzina podziwia nasze sowieckie osiągnięcia i wysoką stopę życiową.
Z innymi produktami ja tylko kłopot miałem i musiałem wieczorem po cichu z domu wyjść i w odludnym miejscu to wszystko przez parkan wyrzucić. Bratu trzeba będzie napisać, żeby nic więcej mnie nie posyłał. Niech lepiej sam to spożywa na zdrowie, bo mnie przecież niczego nie brakuje. Sam posłałbym mu wiele paczek z wędlinami, słoniną, kiełba­sami, masłem, lecz obawiam się, aby i jego, i siebie lekkomyślnie na więzienie lub zesłanie do łagru nie narazić.
Otóż dziś rano zawołałem ja Marię Iwanownę.
- Proszę wstąpić do mnie na chwileczkę - powiedziałem. - Chcę ja tobie pokazać zdumiewającą, można powiedzieć, rzecz, która dobitnie świadczy o olbrzymim poziomie naszej sowieckiej cywilizacji!
Weszła ona do pokoju, ale była bardzo nieśmiałą boja ostatnio twa­rdo te burżujki za pysk trzymałem. Zacząłem nawet je różnymi zoologi­cznymi imionami nazywać. Niech wiedzą, z kim mają do czynienia i gdzie jest ich miejsce!
Otóż stanęła ona przy drzwiach i z zachwytem patrzy na buty, któ­re ja ustawiłem pośrodku stołu na jej białym obrusie. To mnie trochę zmiękczyło, więc powiedziałem:
- Podejdź bliżej. Nie bój się. Dzisiaj ja jestem w bardzo dobrym hu­morze i nie zamierzam względem ciebie żadnego mordobicia czy inne­go kopania stosować!
Zbliżyła się ona do stołu i z podziwem na buty patrzy. A ja jej pal­cem na talerz wskazałem i spytałem:
- A to widzisz?
- Widzę - powiedziała.
- Przyjrzyj się dobrze: co to jest?
Ona pochyliła się, powąchała i powiedziała:
- To jest zepsute masło.
- Masło może i jest zepsute, ale o czym to masło świadczy? Zastanowiła się ona przez pewien czas, popatrzyła na mnie i mówi:
- To masło świadczy o tym, że ktoś miał go za dużo i nie zjadł w po­rę, więc zjełczało.
- Tępa z ciebie głowa! - powiedziałem do niej. - A jeszcze nauczy­cielką byłaś!... To masło świadczy o naszych ogromnych sowieckich
osiągnięciach, bo jest wyprodukowane w specjalnej fabryce masła pod Moskwą, którą nazwano imieniem słynnej zagranicznej rewolucjonistki proletariackiego pochodzenia która zginęła w walce z burżuazją o wyz­wolenie proletariatu.
A ona popatrzyła na mnie i mówi:
- To trochę dziwne, co wy mnie opowiadacie, bo masło to jest nie z Moskwy, lecz z Kowna. Oto jest stempel. I wszystkie nadruki są w ję­zyku litewskim. A "Karvucie" nie jest wcale ludzkim imieniem, lecz nazwą krowy po litewsku.
- Krowy?! - spytałem.
- Tak... krowy - powtórzyła.
Wówczas ja się wyprężyłem, palcem na drzwi wskazałem i powie­działem tylko jedno słowo:
-Wont!!!
Ale jak powiedziałem?!... No, naturalnie, znikła z pokoju w jeden moment. Z burżujkami trzeba umieć odpowiednio postępować. Tak.

30 września 1940 roku Vilnius


Wielkiemu Hitlerowi hura! hura! hura!
Radość rozpiera moje sowieckie serce i wypełnia po brzegi komso-molską duszę. Duma zalewa mój socjalistyczny mózg. Jestem tak szczęśliwy, że postanowiłem napisać to wszystko w szczególnie uro­czysty sposób. Więc wzułem nowe buty i co chwila na nie spoglądając, piszę te słowa.
Dzień ten jest dniem wielkiej radości dla Związku Radzieckiego, proletariuszy całego świata w ogóle, komunistów zaś szczególnie... Po prostu nie mogłem uwierzyć swoim oczom i uszom, gdy czytałem o tym wszystkim w gazetach i słuchałem przez radio. Ale przekonałem się, że tak ono i jest... I to od 7 września.
Otóż:
HITLER BOMBARDUJE LONDYN!!!
Dobrał się nareszcie kochany WÓDZ niemieckich socjalistów i naj­większy przyjaciel sowieckiego narodu do angielskiej skóry! Potańczą oni teraz pod bombami. Bardzo my się tym cieszymy. Wszyscy nasi chłopaki chodzą uśmiechnięci i ręce z radości zacierają. Wiemy, że jest to początek końca angielskiego narodu. Tyle lat czytałem i słuchałem o tej największej pladze ludzkości i najpodlejszym wrogu Związku Radzieckiego, Anglii, aż doczekałem się wreszcie, że wzięto ją w robo­tę! Szkoda tylko, że nas tam nie będzie. Nauczyliby my ich ruskiego
boksu! Pohulaliby chłopaki do woli. No i pożytek byłby wielki, bo na pewno tam co dziesiąty Anglik zegarek ma, a niektórzy, więksi kapita­liści, mogą nawet rowery posiadać. Byłoby z kim tam się zabawić!... A może kochany Hitlerek sam nie podoła i nas poprosi dopomóc? To dopiero byłoby święto! A Polacy chodzą jak struci. Nosy pospuszczali. Ja już Marię Iwanownę z dziesięć razy pytałem: "Cóż to wasi Anglicy tak długo tu nie przychodzą, aby was wyzwalać? A może swojej skóry muszą bronić?". Ale ona na to nic mnie nie odpowiedziała albo mówiła, że nie zna się na tych sprawach. Też chytra bestia!
W ogóle ten miesiąc jest bardzo uroczysty i ważny dla Związku Ra­dzieckiego. 17 września obchodziliśmy rocznicę wielkiego zwycięstwa Armii Czerwonej nad faszystowską Polską. Stanowi to, można powie­dzieć, dowód naszej potęgi, której nikt nigdy przeciwstawić się nie może. Wielka w tym dniu była radość i zadowolenie.
A przedwczoraj zawołałem ja ślusarza, żeby odpowiednie zabezpie­czenia na drzwiach do mego pokoju porobił. Bo ja od tamtego czasu, gdy buty kupiłem, bardzo niespokojnie spałem. Na dzień jak zawsze drzwi na klucz zamykałem. Ale to niepewne zabezpieczenie. A nuż któraś nauczycielka drzwi wytrychem otworzy i moje buty, albo walizkę ukradnie!
Ślusarz drzwi obejrzał i spytał, co ma robić? Powiedziałem mu, że chcę mieć takie zamknięcia, żeby najsprytniejszy złodziej do pokoju dostać się nie mógł. Ślusarz podrapał się w głowę i odrzekł:
- Od dobrego złodzieja całkiem pewnego zabezpieczenia nie ma. Bo jak zamki będą dobre, to on drzwi z zawiasów wyważy albo w nich filong wytnie.
- A czy możesz zabezpieczyć drzwi tak, żeby w żaden sposób nie poradził?
- Tego - powiedział - gwarantować nie mogę. Ale jeśli wam pienię­dzy nie szkoda, to można silnie zabezpieczyć. Wówczas drzwiom rady nie da i będzie musiał innej drogi do pokoju szukać.
- Wiele by to kosztowało?
On zastanowił się i powiedział:
- To trzeba obliczyć. Zawiasy muszą być wpuszczone przez futrynę w cegły, a "wąsy" od nich trzeba będzie w murze cementem zalać. To jest pierwsza sprawa. Następnie drzwi od wewnątrz trzeba będzie grubą blachą obić i przynitować. Wówczas borem dziur nie wytnie i filonga nie wyjmie. Brzegi drzwi koniecznie trzeba grubymi listwami żelaza obić, tak żeby żadnej szpary nie było, i wówczas w nie zamek "Yale"
wprawić. A z zewnątrz można jeszcze dwa mocne skoble dać dla dwóch cuhaltowych kłódek.
- Wiele by to kosztowało?
- Dwieście rubli - powiedział. - Sam materiał będzie kosztował 80 rubli. Zamek "Yale" i dwie dobre kłódki 70. No a 50 za robotę, bo w jeden dzień chyba nie skończymy i we dwóch pracować będziemy.
Pomyślałem ja: co tu robić? Drogo mi się wydało. Ale czyż nie lepiej zabezpieczyć od razu moją socjalistyczną własność od zama­chów wszelkich reakcyjnych złodziejów i mieć spokój? Więc zgodzi­łem się na tę cenę, lecz poprosiłem, żeby robotę prędko wykonano.
Półtora dnia zabezpieczali oni drzwi. Ja zaś przez cały ten czas z do­mu nie wyszedłem, bo bałem się buty i walizkę bez dozoru zostawić. Ale wreszcie skończyli robotę. Sprawdziłem wszystko. Rzeczywiście wyszło dobrze.
Pomocnik ślusarza spytał mnie:
- Po co wam takie zamknięcia? Tu przecież nie bank.
- Jak to: po co?! Ot walizkę dobrą mam. A najważniejsze to są buty! A on jak zacznie śmiać się i powiada:
- To ty, żeby ochronić buty, które kosztują 80 rubli, wywaliłeś na te drzwi 200 rubli!
Więc powiedziałem mu dorzecznie:
- Po pierwsze: buty te kosztują nie 80 rubli, lecz 100 rubli, bo są ze specjalnego zagranicznego towaru zrobione. A po drugie: to ja może jeszcze coś ważniejszego kupię. Na przykład patefon albo radio.
Wtedy on powiedział:
- Najlepiej te buty swoje zabezpieczyć, jeśli je na nogi wzujesz.
Zapłaciłem ja ślusarzowi za robotę i odetchnąłem. Teraz mogę spo­kojnie spać i na miasto bez obaw wyjść. Wiem, że moja święta własność nie będzie zagrożona. Tak: przyjemne to samopoczucie. Za 200 rubli wszelkich obaw się pozbyłem.
A wieczorem tego dnia ja list do Duniaszki wyrżnąłem, bo dawno już do niej nie pisałem.
"30 września 1940 roku Vilnius
Najukochańsza moja Duniaszko!
Przepraszam ciebie bardzo, że nieczęsto piszę, lecz możesz chyba zrozumieć, że ja, przy moim wysokim stanowisku, mało czasu wolnego mam. Jestem bardzo zajęty umacnianiem socjalizmu i krzewieniem kul­tury w tym dzikim kraju. Życie moje wśród tutejszych burżuazyjnych
bydlaków łatwe nie jest. Lecz ja nie narzekam i jestem dumny, że wprowadzam tu naszą sowiecką kulturę.
Teraz ja jestem bardzo ważną osobistością. Posiadam nawet dwie pary zapasowych butów. A z nich jedna takiej piękności, że i opisać ci tego nie umiem. Jak będę miał trochę więcej wolnego czasu, to zaniosę je do fotografa i każę zrobić z nich zdjęcie. Poślę je tobie wówczas, żebyś zobaczyła: jak wysoko twój Miszka zaszedł i jakie skarby posia­da! O walizce ja tobie już pisałem. I o zegarkach też. Zaczynam nawet myśleć o patefonie i może po nowym roku kupię.
Dużo czasu zabiera mi pilnowanie się przed zamachami na moją własność różnych burżuazyjnych elementów. Ale ja dureń nie jestem i ze mną łatwo im nie pójdzie.
Teraz, gdy wychodzę pięknie ubrany i przy dwóch zegarkach na miasto, to wszystkie burżujki na mnie z podziwem i uwielbieniem pat­rzą. Ale ja na to nawet żadnej uwagi nie zwracam, bo tylko o tobie myślę i zawsze wierny ci będę.
Pozdrawiam wszystkich znajomych. Całuję ciebie mocno.
Twój do grobowej deski
młodszy lejtnant, Michaił Zubow"
A dziś rano z ciekawym, można powiedzieć, człowiekiem zapozna­łem się. Poszedłem ja na rynek pospacerować trochę, no i towary obej­rzeć. Bo tutejsi burżuje różne rzeczy tam na sprzedaż wynoszą i czasem za małe pieniądze można kupić bardzo wartościowe przedmioty. Zoba­czyłem ja na rynku jakiegoś mężczyznę, który ze sobą duże pudło miał.
- Co sprzedajesz? - spytałem go.
- Akurat to dla ciebie - powiedział. - Wielkiej wartości muzykal­ny instrument. Tanio ci sprzedam, bo widzę, że bardzo ty sympatycz­ny chłop i nadzwyczajnie mnie podobasz się. Korzystaj ze sposobności.
- Ale co takiego?
- Organy, gramofon, patefon i pianino razem. Cała orkiestra w tym pudełku się mieści. Ostatni cud techniki muzycznej. Tanio sprzedaję, prawie darmo oddaję?
- No a pokaż mnie: jak ta twoja maszyna działa?
On zaraz u pudła nogę drewnianą do oparcia przysposobił, rzemień sobie przez plecy przełożył i zaczął z boku jakąś rączkę kręcić. Słyszę ja: maszyna kaszlnęła, sapnęła, a potem jak bumknie, jak uderzy i...
marsza gra. I to jak gra? Głośno! No, ludzie się zebrali i podziwiają. A on rączką kręci i do mnie mruga.
- Co, piękny wynalazek?... To mnie jeden wielki profesor z Akade­mii Sztuczek Muzycznych sprzedał, bo z głodu zdychał. Aż zapłakał, gdy sprzedawał, bo wiadomo, wielkiej to wartości instrument.
- A za ile ty go kupiłeś? - spytałem.
- Jak za darmo. 250 rubli dałem. A to powinno gruoe tysiące koszto­wać. Bo to, rozumiesz, jest instrument demokratyczny: dlą każdego!... Bo ani tobie nut nie trzeba, ani prądu... jak w radio na przykład. Ani płyt -jak w gramofonie. Tylko nastawiaj i graj, co chcesz, z całych sił, ludzi tym zadziwiając. W tym oto jednym pudle cała duża orkiestra się mieści. Ot co.
On tak sobie gada do mnie, rączką kręci, a instrument gra na całe­go. Ludziska dookoła nas się zebrali, słuchają i bardzo zdumiewają się.
- Wiele byś za to chciał? spytałem.
- Jak dla ciebie - powiedział - to tylko 300 rubli. Bo widzę, że bar­dzo jesteś inteligentnym człowiekiem i na muzyce dobrze się rozumiesz. Więc akurat pasujesz do tego instrumentu, a on do ciebie.
- Ale cóż - powiedziałem - kiedy on tylko marsza gra. Sprzedawca oburzył się nawet.
- Jak można mówić na ten szlachetny instrument, że on tylko marsza gra! Zaraz coś innego zagramy.
Przesunął on jakiś regulator z boku instrumentu, rączkę chwycił i kręci. Słucham ja i aż zaśmiałem się z radości. Toż mój ulubiony walc Dunajskie fale. Bardzo pięknie wychodziło. A sprzedawca rączką krę­ci, świszczę i do mnie wciąż pomruguje.
- No jak: podoba się? - spytał.
- Niczego sobie - powiedziałem.
- Tylko za trzysta rubli sprzedam ci - powtórzył. - Innemu to bym i za tysiąc nie oddał. A ty, widzę, człowiek z wyższym wykształceniem i na muzyce się znasz dobrze. Więc bierz ten skarb i miej go na zdro­wie. Będziesz sobie i innym czas uprzyjemniać.
- Nie - powiedziałem. - To dla mnie za drogo.
- A ile byś dał?
- Dałbym tobie 250 rubli. Tak jak ty zapłaciłeś. Ale pieniędzy mam wszystkiego 170 rubli. Jeśli chcesz, to oddaj za tę cenę.
- To - powiedział - niemożliwe. Nie tylko żadnego zarobku nie miałbym, lecz jeszcze 80 rubli straciłbym.
- Co robić - westchnąłem - kiedy więcej pieniędzy nie posiadam. Kupiłem niedawno drogie buty i jeszcze inne wydatki miałem. Teraz czekam na pensję.
-  A wiesz co - zwrócił się on do mnie. - Ty, widzę od razu, człowiek porządny i nie zechcesz mnie skrzywdzić. Dawaj teraz te 170 rubli, bo ja zaraz pieniędzy na inny interes potrzebuję. A po 80 rubli ja do ciebie później przyjdę. Tylko mnie adres swój daj. Wiem, że mnie nie oszukasz, bo honorowym oficerem jesteś.
Zgodziłem się ja na to z wielką radością. Dałem mu swój adres i po­wiedziałem, żeby za trzy dni przyszedł. On to wszystko na kartce papie­ru zanotował i powtórzył, że całkowicie mi ufa, ponieważ widzi, że jes­tem oficerem i wysoce wykształconym człowiekiem. Obiecał zawsze mi pomóc, gdy będę potrzebował tanio coś kupić, bo zna miasto jak swoją kieszeń.
No, pożegnaliśmy się. Ja instrument tamten na plecy wziąłem i po­szedłem do domu. Jednak jest ciężki. Bardzo ja się zmachałem, póki go z rynku do domu doniosłem. Przez całą drogę ludziska za mną z po­dziwem i zazdrością oglądali się.
Przyniosłem ja ten instrument do domu, ustawiłem go należycie i jak zagram, to aż w kamienicy naprzeciwko ludzie zaczęli okna i lufciki otwierać i na ulicę wyglądać. Pewnie myśleli, że to orkiestra wojskowa gra. Więc ja, żeby omyłki nie było, instrument na balkon wyniosłem i tam ze dwie godziny, na podziw całemu światu, grałem.
Teraz mam ja bardzo ciekawe zajęcie i wielką z tego przyjemność otrzymuję. Poza tym wolny czas kulturalnie spędzam. Znowuż i ta ko­rzyść jest, że mogę ludziom moimi zdolnościami artystycznymi impo­nować.
Bardzo jestem teraz szczęśliwym człowiekiem. W ogóle ten mie­siąc był bardzo dla mnie pomyślny. Buty kupiłem rozkoszne. Miesz­kanie moje zabezpieczyłem kategorycznie. Rocznica rozgromu wojsk polskich imperialistów też była ogromnie przyjemna. A najważniejszą rzeczą jest to, że nasz kochany Hitlerek Londyn bombarduje i bombar­duje.
Muszę ja na jego cześć marsza zagrać i z balkonu jeszcze ze trzy razy hura krzyknąć. Więc przerywam pisanie do następnego razu.

Sergiusz Piasecki.