Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Żyć nie dali i umrzeć nie dali

 

Urodziłem się na Ziemi Wileńskiej w rodzinie polskiego rolnika. Dom jedną stroną przylegał do sadu z pasieką, drugą do ogrodu. Obszerne budyn­ki gospodarcze połączone drewnianym płotem stanowiły zagrodę świadczącą o tym, że gospodarstwo posiada liczny inwentarz żywy. Ciągnące się jak okiem sięgnąć pola uprawne, łąka i las stanowiły naszą własność.
Bliżsi i dalsi sąsiedzi to również zasobni gospodarze. Wszyscy nosili to samo nazwisko, co nikogo tu nie dziwi, bo jest to nazwisko takie samo jak nazwa miejscowości, co świadczy o tym, że jesteśmy ludnością zakorzenioną tu i związaną z tą ziemią od dawien dawna. Ludzie są tu pracowici, gospodarni, pobożni i prawi. Od wieków przekazują następnym pokoleniom dobra materialne, będące owocem ich pracy, i zasady moralne, według których sami starali się żyć, i które pragnęli zaszczepić swoim dzieciom.
Ten piękny kraj, którego odbiciem jest poemat "Pan Tadeusz" - to moje strony rodzinne. A ponieważ moja mama jest z domu Mickiewiczówna, więc mam tę świadomość, że z wielkim wieszczem łączy mnie nie tylko piękno stron ojczystych, ale po kądzieli jestem jakąś odległą gałęzią tych samych praprzodków.
Nie wiedzieliśmy wtedy, że już gromadzą się ciemne chmury na horyzon­cie, że wicher dziejów zmiecie to wszystko, co wydaje się trwałe i stabilne, a nasze losy splącze i pokieruje na tory, których nikt nie mógł przewidzieć.
Urodziłem się 6 grudnia 1922 roku z ojca Henryka Dowgiałło i matki Marii Mickiewicz w okolicy Wielkie Dowgiałły, gmina Werenowo, powiat Lida, województwo nowogrodzkie, ziemia wileńska. Tak prawidłowo wtedy się pisa­ło, słowo okolica me jest równoznaczne ze słowem wieś. W okolicach, zaś­ciankach i majątkach mieszkali ludzie pochodzenia szlacheckiego, mówiący na codzień po polsku. Natomiast we wsiach mieszkali również Polacy, ale mowa, którą się posługiwali, była gwarą, na którą składały się wyrazy pol­skie, rosyjskie i białoruskie. Mówiono o nich, ze mówią "po prostu", ponieważ byli to ludzie prości. Dzięki temu, że oświata zaczęła docierać wszędzie, oraz ze zaczęły powstawać organizacje strzelców, strażaków i koła gospodyń wiejskich - różnice zaczynały się zacierać.
Mając lat 18 zostałem zaprzysiężony jako żołnierz Związku Walki Zbroj­nej, która to organizacja z dniem 14 lutego 1942 roku została przemianowa­na na Armię Krajową. Pseudonim przyjąłem "Sabko". Powierzono mi funkcję łącznika pomiędzy naszą V kompanią kryptonim "Żyżna", a II batalionem
porucznika "Krysi". Uzbrojony w pistolet i dwa granaty przemierzałem rowerem okolice gmin Werenowo, Ejszyszki i Raduń.
Na przełomie lat 1942/43 zostaje zorganizowana przez dowódcę naszej kompanii rezerwowej ppor. "Horynia" szkoła podoficerska. Zostałem jej słu­chaczem, uciekłszy potajemnie z domu, gdyż rodzice nigdy by się na to nie zgodzili. Byłem ich jedynym synem, oprócz mnie mieli dwie córki, starsza była już mężatką i miała własne gospodarstwo. Nawet jeśli pominąć względy rodzicielskiej miłości i troski o moje życie, to jeszcze pozostawały względy materialne: gospodarstwo było duże, a zatrudnienie siły najemnej do pracy w polu lub przy inwentarzu stało się zakazane, jako forma wyzysku biednych przez kułaków i obszarników, za jakich byliśmy poczytywani w okresie władzy sowieckiej, a w czasie okupacji hitlerowskiej o siłę najemną było bardzo trudno. Tak więc nie usiłując nawet rozmawiać z rodzicami na ten temat, gdyż me liczyłem na to, żebym mógł ich przekonać, podjąłem samodzielną decyzję opuszczenia domu rodzinnego i wstąpienia na drogę kariery wojsko­wej. Tak to wtedy oceniałem. Ach, cóż to za piękne życie, jakie ciekawe czasy dawały mi obietnicę spełnienia najwspanialszych marzeń każdego chło­pca w moim wieku - szkoła podoficerska, później oficerska kariera wojskowa, która wydawała się spełnieniem najśmielszych oczekiwań.
Po półrocznym kursie podoficerskim, na polecenie dowódcy II batalionu por. "Krysi" dowódca szkoły ppor. "Horyń" otrzymuje rozkaz zorganizowania kompanii lotnej w oparciu o słuchaczy kursu ochotników z gmin Werenowo i Ejszyszki. Napływało tylu chętnych, że można było zorganizować cały bata­lion, ale przyjęci zostali tylko ci, którzy przyszli z bronią w ręku.
W późniejszym terminie kompania nasza weszła w skład nowozorganizowanego V batalionu 77 pp. dowodzonego przez Stanisława Truszkowskiego pseudonim "Sztremer", który jest autorem książki "Partyzanckie wspomnie­nia", opisującej naszą działalność. Wydał ją w 1968 roku
Kompania nasza została przemianowana na I, jej dowódca, ppor "Horyń", wysoki, barczysty, z lornetką na piersi, mapnikiem przy boku, z pistoletem maszynowym na ukos klatki piersiowej - wzór partyzanta - troszczył się o nas, szkoli, ubiera jednolicie w drelichy z farbowanego płótna wiejskiego, szyje ładownice, szewcy szyją nam buty, ze skóry zarekwirowanej w garbarni Ejszyszki 20 stycznia 1944 roku. W dniu 2 lipca 1944 roku V batalion był wizytowany orzez generała "Wilka" [Aleksander Krzyzanowski], dowódcę okręgu Wilno i Nowogródek we wsi Raściuny koło puszczy Rudnickiej, gdzie również zawarto porozumienie z partyzantką radziecką. W czasie tej wizy­tacji V batalion wypadł bardzo korzystnie, z czego byliśmy bardzo dumni. Dowódca V batalionu "Sztremer" zostaje oddelegowany do pracy w sztabie generała "Wilka", a jego miejsce obejmuje kapitan Bystroniak, który był stale przy naszej I kompanii.
Po nieudanej akcji "Burza", w pierwszych dniach lipca 1944 r. zaczyna się tragedia Armii Krajowej na Wileńszczyźnie. Niektóre oddziały zostają rozbrojone przez Armię Czerwoną i osadzone w Miednikach, koło Wilna, inne walczą z Niemcami, większość otrzymuje rozkaz koncentracji w Puszczy Rudnickiej. Ponieważ byłem kontuzjowany, po pobycie w szpitalu polowym w Szwajcarach koło Wilna, mogłem dołączyć do kompanii w puszczy Rudnickiei, a odnaleźć ją mogłem jedynie przez łączników.
Wojska AK w zwartych kolumnach udają się do puszczy, w czym nie przeszkadzały im oddziały Armii Czerwonej maszerujące w różnych kierunkach. Jesteśmy w Puszczy Rudnickiej, gdzie było pełno wojska z oddziałów nowogródzkich i wileńskich, już po aresztowaniu sztabu generała 'Wilka" w dnu 17 lipca 1944 roku.
Przy naszej I kompanii znalazł się major "Kotwicz" wspaniały oficer bez ręki powyżej łokcia, sztabowiec generała "Wilka". Nie tylko nie traci ducha, lecz wywiera ogromny wpływ psychiczny na nas młodych chłopców, którzy po raz pierwszy znaleźli się w tak niebezpiecznej sytuacji. Patrole wysyłane w rożne kierunki donoszą, że puszcza została okrążona pierścieniem wojsk sowieckich, a kukuruźniki kontrolują przemieszczanie się oddziałów AK z powietrza. Nie mógł znieść tej sytuacji kpt. Bystromiak, wyrywa karabin jednemu z partyzantów i strzela w kierunku przelatującego samolotu. Kukuruźnik trafiony znika za wierzchołkami drzew. Kpt. Bystromiak był wyboro­wym strzelcem. Major "Kotwicz" i kapitan Bystromiak zbierają wokół siebie żołnierzy i zaczynają śpiewać nasze partyzanckie piosenki, jakby nic się nie stało.
Nocą przychodzi rozkaz zamelinować ciężką bron w masywach leśnych puszczy, a kto z żołnierzy mieszka blisko i ma chęć, może iść do domu bez broni, pozostali będą się przedzierać do Puszczy Nackiej, lasów augustow­skich, następnie do Polski centralnej.
Dowódca naszej kompanii "Horyń" zbiera koło siebie pewnych i gotowych na wszystko chłopaków, oficerów i podoficerów uzbrojonych w broń automatyczną i proponuje przejść na własne tereny oddalone około 20 km od Pusz­czy Rudnickiej z bronią w ręku. Zebrało się nas około 30 i nocą przechodzi­my przez pierścień okrążenia do majątku por. "Śmiałego" dowódcy III kompanii V batalionu. Wszystkie placówki zostały zawiadomione przez łączni­ków, którymi były przeważnie młode dziewczęta, a na bieżąco byliśmy in­formowani, jaką trasą mamy się posuwać, żeby nie napotkać wojsk Armii Czerwonej.
Normalna droga z puszczy do naszych terenów mogła być przebyta w ciągu dwóch dni, tym razem trwało to dwa tygodnie. Lecz najważniejsze jest to, że udało się. Wróciliśmy tam, gdzie zaczynaliśmy przed dwoma laty pełne nadziei i otuchy życie partyzanckie. Jak wyglądaliśmy, trudno opisać -niespokojni, skupieni, nieświadomi swego jutra, głodni, zarośnięci i brudni.
Zebrał nas nasz dowódca wokół siebie, podziękował za wierność i wytrwałość, rozkazał wrócić do domów i czekać. Każdy myślał - co dalej? Czego się doczekamy? Lecz na to ostatnie pytanie nikt nie umiał dać odpo­wiedzi.
Zabrałem ze sobą podchorążego "Antoniego" (Antoni Rymdejko) z naszej kompanii i uzbrojeni tylko w pistolety wróciliśmy do mego rodzinnego domu, gdzie powitano nas z ogromną radością, że jesteśmy żywi i zdrowi. Włączyliśmy się obaj do pracy w rolnictwie. Tak upływał dzień za dniem, a czekanie stawało  się  beznadziejne. Front przesunął  się dalej na zachód, a wojska Armii Czerwonej zaczęły robić stalinowski porządek na tyłach frontu. Licz­ne oddziały z bagnetem na karabinie przeczesywały masywy leśne, bagna, szuwary w poszukiwaniu młodych ludzi czyli białych bandytów, jak nazywali żołnierzy Armii Krajowej. Okrążali całe wsie, wyłapywali młodych ludzi, a gdy ktoś próbował ucieczki, zabijali na miejscu. Ponieważ mieszkaliśmy blisko granicy litewsko-białoruskiei,  zaczęliśmy unikać tych łapanek prze­chodząc z jednej republiki do drugiej. Antoni udał się do pobliskiej wsi Podzitwy, gdzie w czasie okupacji uczył dzieci, stamtąd miał się udać do Wilna, aby następnie wyjechać do Polski. Nasze tereny przestały należeć do Polski, i dlatego, żeby mieszkać znowu w Polsce, trzeba było opuścić rodzinne stro­ny. Granica się przesunęła i trzeba było szukać swego losu w innych niezna­nych miejscowościach.
Przez moją kuzynkę Martę Dowgiałło, która mieszkała w Wilnie, miałem otrzymać dowód osobisty na inne nazwisko, udać się do Wilna i tez próbować wyjazdu do Polski.
Niestety, oczekiwanie przedłużało się i w dniu 5 października 1944 roku dom moich rodziców został okrążony, a ja aresztowany przez żołnierzy III Frontu Białoruskiego. Kazano zabrać ze sobą dwie zmiany bielizny, jedzenia na dobę i pożegnać się z rodziną. Pożegnałem się więc z siostrą Scholą i z mamą, która z rozpaczy i bólu zemdlała nie mogąc znieść tej tragedii. Ojca mego w tym momencie nie było w domu.
Otoczonego żołnierzami trzymającymi broń gotową do strzału pognano mnie przez Wielkie Dowgiałły, a stamtąd do Bołotnik. W Bołotnikach zauważyłem jadącego wozem konnym ojca. Zwróciłem się z prośbą do prowadzą­cych mnie żołnierzy, żeby pozwolili pożegnać się z nim, na co wyrazili zgodę. Ucałowałem spracowane dłonie mojego ojca i pomarszczoną od zmartwień twarz - więcej nigdy jego, ani mamy nie ujrzałem.
Ileż rodzice moi przeżyli zmartwień, strachu przed wywózką jako kuła­ków. W 1940/41 wywieziony został z rodziną, żoną i pięcioma córkami cio­teczny brat mamy Józef Kacmajor, przodownik policji w Łożkach koło Wilna. Nigdy nie został odnaleziony - prawdopodobnie zginął w Katyniu. Okupacja hitlerowska. Moje pójście do partyzantki. Ponowne przyjście Armii Czerwo­nej. Wszystko to było ciągłym pasmem trosk i śmiertelnej trwogi o życie syna, o własne bezpieczeństwo i niepewne jutro.
W drodze do Werenowa grupa nasza powiększała się. Coraz to nowi młodzi ludzie złapani podobnie jak ja, znajomi z partyzantki lub nieznajomi z innych oddziałów byli przyprowadzani i dołączani do nas.
W naszych stronach było bardzo wiele oddziałów partyzanckich. Ściągały tu zwabione wielkością masywów leśnych oraz oddaną im ludnością, której przychylność bardzo sobie ceni leśna brać. Puszcze Nacka, Wiśniewowska, Rudnicka zapewniały im bezpieczeństwo i spokój ze strony Niemców, którzy siedzieli w dużych miastach otoczonych zasiekami i bunkrami.
Były to następujące oddziały:
II batalion 77 pp. dowódca por. "Krysia"
III batalion 77 pp. dowódca por. "Szablewski" UBK [Uderzeniowe Bataliony Kadrowe]
IV batalion 77 pp. dowódca ppor. "Ragner"
V batalion 77 pp. dowódca kpt. "Sztremer"
VII batalion 77 pp. dowódca mjr "Ponury"
6 Brygada Dyspozycyjna majora "Konara".
Było również wielu innych wracających z powstania wileńskiego, a teraz bezlitośnie wyłapywanych przez Armię Czerwoną.
Dostarczono nas do Werenowa i przekazano w ręce NKGB (Narodnyj Komisariat Gosudarstwiennoj Biezopasnosti - Naczelny Komisariat Pań­stwowego Bezpieczeństwa). Zostałem zamknięty w stodole pełnej młodych ludzi i starszych wiekiem bogatych gospodarzy. Stodoła wchodziła w skład zagrody gospodarstwa i młyna pożydowskiego.
Całe dnie i noce kogoś doprowadzano. A o dwunastej w nocy brano na przesłuchanie. Po dwóch dniach pobytu, jak zwykle nocą, wywołano mnie zaspanego i nieprzytomnego z głodu do sliedowatiela (prowadzącego śledz­two) na przesłuchanie.
Wprowadzono mnie do pokoju, gdzie siedział za biurkiem oficer. Na stole leżał kawał kija i pistolet bez amunicji oraz jakiś papier. Siadajcie - nazwisko i imię, imię ojca, data urodzenia, wasza kliczka (pseudonim) i kliczka dowódcy oddziału. Postanowiłem na razie nie ujawniać pobytu w partyzantce, a może wezmą do polskiego wojska. Nie wiem nawet, kiedy kij wylądował na mojej głowie, na plecach, na rękach - to za kłamstwo - krzyknął mój oprawca - i tak wszystko o tobie wiemy. Stawaj pod ścianą, ręce na kark! - i wyszedł z pokoju. Ach, jak ja się wtedy bałem, a oburzenie paliło jak ogniem, że tak mnie potraktowano, sojusznika wspólnej walki z hitleryzmem. Ugodzono w mój honor żołnierza i człowieka.
Po paru minutach wszedł żołnierz z karabinem, na którym osadzony był bagnet. Tym bagnetem popychał mnie do drzwi i krzyczał: Wychadi! (wy­chodź). Do stodoły już nie wróciłem. Zaprowadzono mnie do jednej z komó­rek gospodarczych, w której niegdyś trzymano drób i trzodę chlewną, a teraz zamieniono w więzienie dla takich jak ja.
Spotkałem tam mnóstwo znajomych z partyzantki, mniej lub bardziej pobitych i skopanych. Traktowano nas gorzej niż zbrodniarzy. O jedzeniu dla nas nikt nawet nie pomyślał. Na szczęście jesteśmy jeszcze na swojej ziemi, w swoich rodzinnych stronach. Więc rodziny nasze dostarczają nam suchy prowiant i dzięki temu specjalnego głodu nie czujemy. Jedynie dokucza­ją ciasnota i ból po pobiciach oraz bezsilność wobec miażdżącej i bezwzględ­nej przemocy. O tym, że do wojska nas nie wezmą, już zdawaliśmy sobie sprawę.
Po tygodniu na dziedziniec wjechały dwie furmanki. Całość otoczono wojskiem Zaczęto wywoływać nazwiska i ustawiać nas czwórkami. Tak ze­brano około 40 osób. Cały nasz dobytek każą położyć na furmanki, a nam odczytano formułkę, którą bardzo często potem słyszałem i która będzie mi towarzyszyć w dalekiej drodze na północ. "Krok w lewo, krok w prawo - konwój strzela bez uprzedzenia". I pognano w kierunku Lidy.
Z Werenowa do Lidy było około 30 km. Te trzydzieści kilometrów w rodzinnych stronach idziemy otoczeni wojskiem jak bandyci. A jeszcze tak niedawno byliśmy otoczeni szacunkiem i podziwem, oraz troską i opieką ze strony ludności, którą chroniliśmy przed okupantem. Nasza walka z groźnym, silnym i bezwzględnym wrogiem powodowała, że wróg nie czuł się taki pewny siebie na naszych terenach, wręcz bał się zapuszczać daleko w głąb zajętych przez siebie obszarów. Dawało to ludności większe poczucie bezpieczeństwa, chroniło przed represjami, dawało nadzieję przetrwania, było powodem dumy narodowej, że nie damy się tak łatwo zniszczyć mimo klęski wrześniowej.
Teraz wszystko się zmieniło. Dotknęła nas nowa klęska, tym dotkliwsza, że przezywa się ją osobiście i na własnej skórze odbieram razy i znoszę upokorzenie i brutalność, jestem bezsilny, nie mogę tego uniknąć lub zapo­biec.
Ulice miast i osiedli są puste. Każdy przechodząc ogląda się z trwogą, nikt nie wie, czy jutro nie spotka go podobny los. Och, gdzie są te czasy, gdy maszerowaliśmy z piosenką na ustach przez wsie, ludzie nas witali z uśmiechem i radością, a dzieci biegły za nami z nadzieją i ufnością. Październik jest miesiącem dość ciepłym. Dzień jest pogodny i słoneczny. Pod wieczór bez żadnych przygód docieramy do Lidy. Więzienie przy ulicy Trzeciego Maja jest rozbite i wypalone.
Ustawieni w dwuszeregu zostajemy poddani oględzinom komendanta wię­zienia, przyjęci i rozmieszczeni na pierwszym piętrze budynku. W celi około 100 m. kw. jest już pełno takich jak my więźniów. A nad nami piękne gwiaździste niebo, bo dach został zerwany w czasie bombardowania Lidy.
Rano, gdy obudziliśmy się, wśród tej masy narodu szukamy znajomych. Spotykam tu dwóch braci Mickiewiczów, Józefa i Bronisława z Dowgiałł, którzy są strasznie pobici i me mogą się ruszać. Wszyscy podobnie jak my są niegoleni i głodni.
Opowiadają o metodach śledztwa, sposobach bicia, wymuszania wszelkimi sposobami przyznania się do winy. Zarzuca się im, że należeli do Ruchu Oporu i że przechowywali polskich partyzantów. Żądają wydania nazwisk i adresów polskich oficerów i wskazania imiennie, kto z Dowgiałł należał do partyzantki, zgodnie ze stalinowską zasadą dajcie nam człowieka, a para­graf sami dopasujemy.
Byli to stosunkowo zamożni gospodarze. Mieli duże budynki gospodarcze położone w pobliżu lasu i rojst, dlatego przechodzące tędy oddziały party­zanckie chętnie tam kwaterowały, mając dogodne warunki schronienia i wspaniałe pole do odwrotu. Sami gospodarze obarczeni liczną rodziną do partyzantki nie należeli. Uzgodniliśmy od razu, że oni nic o mnie nie wiedzą, ani ja me wiem o nich, mieszkaliśmy bowiem w różnych końcach okolicy od­dalonych od siebie o około trzy kilometry.
W lidzkim więzieniu przy ulicy Trzeciego Maja siedziało wtedy wielu za­cnych obywateli miasta Lidy. Między innymi byt starosta Garniewicz, jego kolega Jotko i wielu, wielu innych. Mieli oni stały kontakt z rodziną i prawie każdego dnia otrzymywali pieredaczy czyli paczki z żywnością.
Za zgodą pana Garniewicza napisałem kartkę z informacją o moim miejscu pobytu i przymocowawszy ją do kawałka cegły przerzuciłem przez okno w kierunku, gdzie w tłumie przed więzieniem stała jego żona. Prosiłem o powiadomienie mojej ciotki Eugenii Mickiewiczowei, zamieszkałej w Lidzie przy ulicy Rajskiej oraz moich rodziców o miejscu mego pobytu i o sytuacji, w jakiej się znalazłem.
Ciocia Mickiewiczowa sama była więźniem politycznym w latach 1940/41 za przynależność do Ruchu Oporu swego siostrzeńca Kleofasa Piaseckiego, pseudonim "Lolik", i została oswobodzona przez ludność m. Lidy po wkrocze­niu Niemców na nasze tereny. Rozumiała więc sytuację i powiadomiła moich rodziców, gdzie jestem i co się ze mną dzieje.

Marian Dowgiałło