Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Partyzancki fortel w Wasiliszkach



W pierwszej dekadzie kwietnia 1944 roku zostałem powiadomiony przez dowódcę plu­tonu ppor. Witolda Ginela "Czertwana" o rozkazie stawienia się u dowódcy batalionu. W godzinach rannych zameldowaliśmy się u por. "Ponurego". Był tam już dowódca 1 kom­panii ppor. Bojomir Tworzyański. Od dowódcy batalionu otrzymaliśmy zadanie udania się do miasteczka Wasiliszki obsadzonego przez placówkę niemieckiej żandarmerii i posterunek policji. Wyprawa ta, jak okazało się tydzień później, miała przygotować grunt do rozbrojenia wspomnianego garnizonu.
Szczegółowe informacje i polecenia związane z tą wyprawą były następujące:
1. Szef wywiadu batalionu ppor. "Witek" uzyskał wiadomość, iż dowódca żandarmerii w Wasiliszkach przy okazji rozmowy z mieszkańcem miasteczka okazał chęć spotkania się z dowódcą grupy partyzanckiej polskiej. Podał przy tym znak rozpoznawczy umożliwiający kontakt.
2. Zadaniem patrolu, którego dowództwo powierzono ppor. "Czertwanowi", było spraw­dzenie faktycznego zamiaru Niemców i wykorzystanie tego spotkania do przeprowadzenia rozeznania przed planowaną akcją na Wasiliszki.
3. Bezpośrednie spotkanie się z szefem żandarmerii powierzono kpr. "Saszce" ze względu na dobrą znajomość języka niemieckiego i sprawdzenie się w poprzednich kilku akcjach.
4. Omówiono tok postępowania oraz sposób wycofania się w przypadku dojścia do potyczki. Zgodnie z ustaleniami patrol nasz udał się tego samego dnia po południu do Wasiliszek.
Jechaliśmy czterema furmankami. Na jednej z nich jechał ppor. "Czertwan" przebrany w cywilne ubranie oraz ja i strz. "Sonder", którego dobrałem jako pomocniczego tłumacza.
W miasteczku zatrzymaliśmy się w bezpiecznej odległości od bunkra chroniącego doj­ście do budynku żandarmerii. Ja i "Sonder" idąc środkiem ulicy zbliżaliśmy się do bunkra. Na dany przez nas znak - poziome rozłożenie ramion - nikt z bunkra do nas nie wyszedł. Zbliżyliśmy się więc do murowanego jednopiętrowego budynku żandarmerii. Tu również dałem znak, ale nikt nie wychodził, a tylko przez okratowane i osiatkowane okna na piętrze wyglądały twarze Niemców.
Po pewnym czasie drzwi otworzyły się i stanął w nich żandarm w stopniu podoficerskim. Najpierw nieufnie rozejrzał się, a potem ruszył w naszym kierunku. Po powitaniu bez poda­wania ręki powiedziałem, że jestem kapralem Armii Krajowej. On również przedstawił się. Poinformowałem go, że nasze dowództwo chce spotkać się z nim. Zastanawiał się długo. Ponagliłem więc go pytaniem co mam przekazać mojemu dowódcy? Po zastanowieniu wykrztusił, że zgadza się na spotkanie i prosi o wcześniejsze poinformowanie o terminie i miejscu spotkania.
Przystąpiłem więc do załatwienia następnej sprawy. Powiedziałem, że chcemy zebrać od mieszkańców miasteczka polski sprzęt wojskowy. Na uwagę komendanta żandarmerii, że nie wie kto go posiada, odpowiedziałem, że my wiemy i że potrzebna nam jest tylko zgoda na tę akcję. Żandarm po namyśle zgodził się. Kończąc rozmowę przed budynkiem, gdyż do środka nas nie zaprosił, pożegnaliśmy się i rozeszli.
Dałem wówczas znak ppor. "Czertwanowi". Podjechał do nas z towarzyszącą mu druży­ną. Zapoznałem go z przebiegiem rozmów i o możliwości rozpoczęcia rekwizycji, która oczywiście była wyłącznie kamuflażem dla dalszego działania. Wyznaczeni żołnierze prze­prowadzili zbiórkę polskich mundurów, część zaś pozostała na ubezpieczeniu.
Po trwającej godzinę naszej działalności goniec zameldował porucznikowi, że w okolicy Możejkowa patrol akowski rozbroił grupę żołnierzy niemieckich. W tej sytuacji ppor. "Czertwan" dał rozkaz opuszczenia Wasiliszek. Uważałem jednak, że dla zachowania pozo­rów należy przed tym pójść do szefa żandarmerii i podziękować mu za zgodę na przepro­wadzenie akcji. Porucznik zaakceptował ten pomysł. Zrealizowałem go razem ze strz. "Sonderem".
Szczegółowy meldunek o przebiegu wyprawy został złożony Komendantowi "Ponure­mu". Uzyskane informacje i "kontakt" z żandarmem pozwoliły na przygotowanie właściwej zaplanowanej akcji.
Po upływie tygodnia na odprawie u dowódcy batalionu ustalono:
1. Por. "Czertwan", kpr. "Szaszka" i jeszcze dwie dobrane przez wymienionych osoby udadzą się do Wasiliszek na spotkanie z żandarmerią. Za wszelką cenę grupa ta powinna wejść do budynku i rozbroić załogę składającą się z kilkunastu żandarmów.
2. Kpr. "Saszka" przedstawi żandarmerii ppor. "Czertwana" jako dowódcę kompanii partyzantów polskich przybyłego na umówione spotkanie.
3. Pluton I dowodzony przez ppor. "Ostoję" podejdzie w początkowej fazie akcji możliwie dyskretnie jak najbliżej budynku aby móc udzielić ewentualnej pomocy patrolowi znajdują­cemu się w budynku, jak również wziąć udział w końcowej fazie rozbrajania żandarmów i policji stacjonującej w pobliżu żandarmerii.
4. Pluton II ppor. "Okonia" ubezpieczy drogę od strony Lidy oraz przetnie wszystkie po­łączenia telefoniczne z Wasiliszkami, natomiast pluton III ubezpieczy drogę od strony Szczuczyna.
Zgodnie z powyższym planem wyruszyliśmy w godzinach rannych 15 kwietnia z miej­scowości Rudowo w kierunku Wasiliszek. Dowódcą całości był dowódca 1 kompanii VII bat. ppor. "Ostoja". Do grupy "szturmowej" mającej rozbroić żandarmów prócz dwójki ustalonej na odprawie dołączyli zgodnie z moją propozycją strz. Edmund Harasimowicz "Sonder" oraz kpr. Jan Dubilewicz "Roland".
Przed wjazdem do Wasiliszek poszczególne plutony i patrole udały się na wyznaczone miejsca, natomiast nasza czwórka weszła do miasta i znaną z poprzedniej wyprawy trasą przemaszerowała w pobliże bunkra, z którego mimo dawanych znaków nikt nie wyszedł. Poszliśmy więc do budynku żandarmerii. Po daniu umówionego znaku czekaliśmy dłuższą chwilę aż ukazał się w drzwiach znany mi z pierwszego spotkania dowódca żandarmerii. Nie odchodząc od drzwi stanął w pozycji tarasującej wejście do wnętrza budynku. Podszedłem do niego i powołując się na znajomość i uzgodnienia z poprzedniej wizyty przedstawiłem mu ppor. "Czertwana" jako dowódcę kompanii, który wystąpił w pełnym oficerskim mundurze z odpowiednimi dystynkcjami.
Niemiec nie kwapił się z zaproszeniem nas do środka tłumacząc, że nie jest przygoto­wany do rozmowy gdyż nie został przez nas zawiadomiony o dzisiejszej wizycie. W tej sytu­acji zdobyłem się na odważną decyzję i ciałem naparłem na niego. On wolno przesunął się do wnętrza, a my za nim. Znaleźliśmy się w dość dużym korytarzu. Dla wyjaśnienia sprawy zawiadomienia o wizycie oświadczyłem, że pismo w tej sprawie zostało wysłane za pośred­nictwem mieszkańca Wasiliszek i tu podałem zmyślone nazwisko. Odpowiedział, że nie otrzymał tego pisma. Starałem się kontynuować rozmowę aby niepostrzeżenie otoczyć go ze wszystkich stron.
Nie zaproszeni do jego kancelarii staliśmy ciągle na korytarzu, tuż przy schodach pro­wadzących na górę a więc do pomieszczeń niemieckiej załogi. Z prawej strony były drzwi do pokoju, za sobą mieliśmy drzwi wejściowe.
Rozmowa stawała się chaotyczna. Niemiec był zdenerwowany, my również byliśmy niespokojni, gdyż wiedzieliśmy, że budynek jest nafaszerowany sporą ilością dobrze uzbrojonych żandarmów. W pewnej chwili mój wzrok spotkał się ze spojrzeniem i gestem "Czertwana". Z nich wyczytałem rozkaz do rozpoczęcia akcji.
Kazałem żandarmowi, aby podniósł ręce do góry i wezwał swoich żołnierzy do zejścia na dół również z podniesionymi rękami. Niemiec powołując się na honor żołnierza nie chciał wykonać rozkazu. Odciągnąłem więc błyskawicznie zamek mojego pistoletu maszynowego dając do zrozumienie, że skończyły się konwenanse. Niemiec ponownie powołał się na ho­nor żołnierza i próbował sięgnąć ręką do kabury. Przeszkodził mu w tym "Roland" chwytając go od tyłu za ręce a "Czertwan" wyjął pistolet z kabury.
Rozbrojony dowódca żandarmerii nadal odmawiał poddania swoich żołnierzy. Wtedy przystawiłem pistolet do piersi Niemca trzymając palec na spuście. To poskutkowało. Natychmiast wezwał żandarmów do zejścia na dół. Wszyscy posłusznie ustawili się pod ścianą unosząc ręce do góry. W tym momencie otworzyły się drzwi do wspomnianej uprzednio kancelarii i wyszło z niej trzech żandarmów dołączając do reszty załogi. Przez otwarte drzwi zobaczyliśmy stojący na stole erkaem wycelowany w naszym kierunku. Ciarki przebiegły nam po ciele.
Kiedy sytuacja wewnątrz budynku była wyjaśniona, usłyszeliśmy łomot do drzwi wej­ściowych. "Roland" chciał je otworzyć, jednak okazało się, że są zamknięte i klucz wyjęty z zamka. Żandarm nie przyznawał się do wyjęcia klucza, ale szybkie przeszukiwanie jego kieszeni odkryło zgubę. I znów refleksja... Jak mogła skończyć się ewentualna walka we­wnątrz tej zamkniętej "jaskini".
Przez otworzone drzwi wpadł najpierw st. strz. Romuald Andrzejewski "Raczek" z I plu­tonu a za nim reszta mojej drużyny. Chłopcy sprawnie zabierali broń, amunicję i sprzęt woj­skowy.
Poddanie się Niemców bez prawdopodobnej walki było wynikiem manewru ppor. "Ostoi", który po pięciu minutach naszego przebywania w budynku otoczył dowodzonym plutonem placówkę żandarmerii, co Niemcy niewątpliwie zobaczyli z okna i stwierdzili, że ich szansę wydostania się z budynku są żadne.
Posterunek policji, który również był obiektem naszych działań, został zajęty bez walki. Stało się to za sprawą znacznej części policyjnej załogi, która należała do akowskiej konspi­racji. Po akcji dołączyli oni do naszego rozbudowującego się batalionu.
Łupy wojenne wypełniły cztery lub pięć wozów. Było to około 20 karabinów, 2 erkaemy, 5 pistoletów maszynowych, 26 sztuk broni krótkiej, wiele skrzyń amunicji i granatów, sprzęt wojskowy, mundury, buty, 4 konie, 2 wozy i kilkanaście rowerów.
Po akcji wycofaliśmy się do kolonii Lucjanowo, a Niemcy pieszo poszli do Lidy. W oba­wie przed odwetem Niemców niektórzy mieszkańcy Wasiliszek opuścili swe domy. Na szczęście do odwetu nie doszło, a posterunek żandarmerii pozostał do końca nieobsadzony.

Eustachy Byliński ps. Saszka