Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Żyć nie dali i umrzeć nie dali

 

Jak długie i monotonne są dni w więzieniu, ten tylko zrozumie, kto to sam przeżył. Cały młody życiorys, wszystko, co się stało, co się przeżyło dobre i złe, kilkakrotnie odżywa w pamięci, a niepewność jutra i strach przed ponownymi przesłuchaniami i biciem odbiera sen, ogarnia przerażenie i po raz nie wiem który stawia pytanie: co się ze mną stanie? Co będzie dalej?
Otrzymałem paczkę z domu i humor trochę się polepszył. Ta paczka to widomy znak, że nie jestem sam na świecie. Oni, kochani i bliscy, myślą o mnie i martwią się o mój los. Może już niedługo ten straszny koszmar minie, znowu znajdę się we własnym dostatnim domu. Młodość jest pełna optymizmu i broni się przed rozpaczą i złym losem, marzeniami i złudzenia­mi. W Amerykę i dalszą drogę wierzyliśmy wtedy gorąco i wiara ta choć coraz bardziej nikła, trwała jeszcze długo. Źródłem jej była wiara w spra­wiedliwość dziejów.
Od czasu do czasu wrzucają kogoś nowego. A ostatnio nowymi przyby­szami są żołnierze i oficerowie sowieccy, którzy me chcą dalej ginąc. Wolą grabić okoliczną ludność, gwałcić kobiety, i nawet iść do więzienia, bo tu im nie grożą niebezpieczeństwa, jakie czyhają na froncie.
Przywożą także żołnierzy Armii Krajowej, którzy z Miednik wywiezieni do Kaługi zostali skierowani do wojska polskiego w Białymstoku, a widząc beznadziejną sytuację i pomni przysięgi na krucyfiks uciekają. Złapani trafia­ją do nas.
Z chwilą pojawienia się wśród nas żołnierzy sowieckich rozpoczynają się kradzieże i każdy śpi mając pod głową zamiast poduszki worek z jedzeniem, który mimo to rano bywa przecięty, a jedzenie zabrane.
Żołnierze sowieccy to nieraz byli więźniowie, z ogromnym, wieloletnim doświadczeniem. Uczą nas życia więziennego, form obrony przy przesłucha­niach i wielu innych rzeczy. Udało im się przemycić, pomimo dokładnej rewi­zji, żyletki, które teraz przymocowane do patyka służą jako brzytwa. Za kawałek chleba golą nas. Pomimo okropnego bólu, jaki to sprawia, człowiek czuje się raźniej, gdy jest ogolony. Każdy z nich umie robić masaże, co w warunkach bezruchu znacznie poprawia obieg krwi.
Zaczynają pojawiać się wszy. A łaźni ani mycia tu nie ma. Jedynie rano po 10 osób wypuszczają do ubikacji na parterze. Nocą, piątego dnia pobytu w więzieniu zostają wezwani na przesłuchanie. Te same pytania, co w Werenowie, tylko tym razem bez bicia i po dwóch godzinach powrót na gorę, gdzie cała cela ożywia się. Pytają, oglądają i po prostu nie wierzą, że mnie tym razem nie bito. Okazało się później, przy przesłuchaniu innych, że jesteśmy specjalnie wybrani, i że szykują nas do przegnania gdzie indziej, i w związku z tym nie chcą zostawiać żadnych śladów złego traktowania
Zaczynają się pierwsze dni listopada i zimno zaczyna nam dokuczać. Pew­nego dnia zaczynają wywoływać po nazwisku i każą "z wieszczami" (z rze­czami) wyjść na dziedziniec więzienny. Krótkie pożegnanie ze znajomymi. Ustawiają nas dwójkami. Około 50 osób. Znana już formuła - "szag w prawo, szag w lewo, konwój strzela bez uprzedzenia. Ręce do tyłu. Nie gadać Marsz!" Dokąd?
Idziemy wyludnionymi ulicami Lidy, otoczeni wojskiem z bronią gotową do strzału skierowaną na nas. Prowadzą nas do więzienia przy ulicy Syrokomli. Z tego więzienia nie tak dawno por. "Krysia" odbił żołnierzy Armii Krajowej, więzionych tu przez Niemców. Było to 18 stycznia 1944 roku. Teraz my jesteśmy więźniami i wiemy, że została zlikwidowana ta siła zbrojna, która mogłaby nas stąd uwolnić.
Tutaj zostajemy po oględzinach przez naczelnika więzienia. Sprawdzono personalia i kierują nas do fryzjera i łaźni, a nasze rzeczy do odwszawienia. Jaka to przyjemność po dwóch miesiącach móc się umyć, być ostrzyżonym na pałę i ogolonym, oraz otrzymać wprawdzie cuchnące ubranie, ale bez insektów. Po zabiegach kosmetycznych poddaje się nas szczegółowej rewizji i po parę osób, ze zgrzytem krat i zamków świdrującym uszy aż do mózgu, zamyka się w prawdziwych celach więziennych, z pryczami do spania, "paraszą" (kiblem) do załatwiania fizjologicznych potrzeb w kącie, judaszem w drzwiach i pluskwami w deskach.
I tutaj jest pełno chłopców z partyzantki, starszych panów z władz mia­sta, właścicieli ziemskich majątków i "kułaków" oraz dezerterów z sowieckie­go wojska. Jest nas około 20 osób w celi przeznaczonej na dziesięć miejsc. Nie ma tutaj kradzieży. Żywnością dzielimy się solidarnie. Otrzymujemy dwa razy dziennie jakąś kawę i po 200 g chleba, na obiad bałandę (zupę) z nieobranych ziemniaków lub buraków.
Rano cela po celi wypuszczana jest do ubikacji położonej na tym samym piętrze, gdzie można się umyć pod bieżącą wodą, zostawić gryps, ostatni wychodzący wynoszą kibel. Raz w tygodniu wyganiają nas na progułkę (spa­cer) do boksu ogrodzonego trzymetrowym płotem pod okiem strażników na bocianich gniazdach. Nie wolno rozmawiać. Spaceruje się gęsiego w kółko, a w tym czasie w celi są przeprowadzane rewizje
Najgorsze są wezwania na przesłuchanie. Odbywają się nocą. Zgrzyt klucza w zamku. Szczęk otwieranych drzwi. Pada nazwisko tego, po kogo przyszli. Oby nie po mnie, bo jestem senny, i nie bardzo wiem, co się dzieje.
Niestety, przyszła moja kolej. Zostaję zbudzony. Ubieram się pośpiesz­nie. Wychodzę na korytarz i przynaglony kopniakiem "bystrej" idę do pokoju śledczego.
Na kolejnym, nie wiem, którym przesłuchaniu, nie wiem, którym biciu, oficer zmienia taktykę. Od razu pyta - pseudonim dowódcy, koledzy, kompa­nia, gdy nie odpowiadam, chwyta lezący przed nim na stole-biurku pistolet i bije kolbą, gdzie popadnie, następnie każe mnie zamknąć do karceru, w którym siedzę, a raczej stoję 24 godziny, woda z sufitu kapie mi na głowę, zimno przenika do kości.
W dniu następnym zostaję doprowadzony do tego samego pokoju i znowu na stole leży pała gumowa i pistolet. Jak się później dowiedziałem był on nie nabity i służył do prowokacji, a może więzień go złapie, i zaczęło się od nowa. Tym razem odkryto przede mną karty - wiemy o tobie wszystko. Przecież byłeś w partyzantce. Jako kapral byłeś w domu na urlopie w mun­durze, zwróciłeś się do szewca, żeby ci podzelował buty. Po co więc się wy­pierasz? Chcesz naocznej "stawki" (konfrontacji)?
Przypomniałem sobie, że faktycznie dawałem buty do żelowania ruskiemu szewcowi. Był on ewakuowany przez Niemców z linii frontu. Miał dwie nie­letnie wtedy córki, które pracowały obecnie w NKWD w Werenowie.
Cóż miałem robić? Znów zostać zbitym? I tak wszystko o mnie wiedzą. Nikogo przecież nie zabiłem, nikogo nie ograbiłem, nie okradłem, a jako Polak byłem w polskiej partyzantce i walczyłem z okupantem niemieckim o niepodległość ojczyzny, a ruscy tu dodawali: chcesz Polszy od morza do
morza.
Ponieważ Władek Gojrzewski "Wichura" został zabity w walce naszego plutonu z Litwinami i Niemcami pod Ejszyszkami 29 czerwca 1944 roku, po­dałem, że zostałem przez niego zaprzysiężony, i że wykonywałem jego roz­kazy jako dowódcy drużyny. Opisałem wygląd dowódcy kompanii, jak również podałem pseudonim "Horyń", gdyż nazwiska faktycznie nie wiedziałem, jak nie wiem również i dzisiaj. Podałem pseudonimy dowódców plutonów i drużyn, gdyż nazwisk nie miałem prawa znać. Zresztą w naszym życiu partyzanckim nigdy nazwisk nie używaliśmy i nie staraliśmy się za dużo wiedzieć o sobie nawzajem. Takie są zasady konspiracji. Nauczony byłem przez współwięźniów, żeby nie dopuszczać do spotkania w cztery oczy (do konfrontacji), bo wtedy śledczy wyciągnie z nas wszystko, a każdy broni się jak może, jak również podawać jak najmniej znajomych osób. Gdy mi się zdawało, że ten cel osiągnąłem, i na rozprawie sądowej będę sam, pewnego dnia, a raczej nocy, bo przecież prowadziliśmy tam, można powiedzieć pełne koszmarnych przeżyć życie nocne i wszystko najbardziej ważne, od czego zależały dalsze losy, działo się nocą - więc jak mówię, którejś nocy mój pan i władca zaczął nagle wypytywać mię o Jana Dowgiałło, starszego pana, był on sołtysem w Dowgiałłach.
Byłem zaskoczony i wstrząśnięty. Popularny Jaś, syn Adama, jako sołtys bardzo dużo ludziom pomagał, był przyjacielem mego ojca, bogatym gospodarzem i sprzyjał partyzantce jak każdy na Wileńszczyźnie i Nowogrodczyźnie. Sprowadzono nas obu w nocy do tego samego śledczego, oficera NKWD, który od razu spytał mnie, czy go znam, i czy on był w partyzantce, w jakim oddziale itd. Wyjaśniłem z miejsca, że jak mi wiadomo, do żadnej partyzant­ki nie należał. Ponieważ byłem od 1942 roku w oddziale, więc wiem na pew­no, że partyzanci nikogo o zakwaterowanie nie prosili, tylko przychodzili i zajmowali pomieszczenia i przebywali tyle czasu, ile było to im potrzebne.
Po jeszcze kilkakrotnych przesłuchaniach, bez bicia na szczęście, śledz­two zostało zakończone, a mnie przerzucono do innej celi, w której przeby­wali więźniowie po ukończeniu śledztwa. Cela jak wszystkie inne była zagęsz­czona i chętnych do pracy, a szczególnie fachowców brali do roboty na tere­nie więzienia i poza jego bramą. Do takich należał zdun Jan Machnacz z Lidy, który dostarczał nam najnowsze wiadomości.
W końcu listopada przez całe więzienie przeszła smutna wieść, że pod Surkontami koło Lidy została zorganizowana przez NKWD i wojsko sowie­ckie zasadzka na polskich partyzantów, których bardzo dużo zginęło. Między innymi por. "Krysia" dowódca II batalionu, którego znałem osobiście. Po tej akcji na dziedziniec więzienia przywieziono szubienicę i powieszono Jurka Pazurkiewicza oraz innych partyzantów. Ale kogo, nie dowiedzieliśmy się dokładnie. Niewielkie były nasze możliwości w zdobywaniu prawdziwych i rzetelnych wiadomości. Ale i to, co do nas docierało, i to, co mogliśmy sami zauważyć, było przerażające i okrutne ponad miarę ludzkich odczuć, sprze­czne z ogólnie przyjętymi w świecie cywilizowanym zasadami. To, co się działo z nami i wokół nas, było pogwałceniem zasad moralnych i praw mię­dzynarodowych.
Siedzimy, opowiadamy każdy swoje koleje losu, rozmyślamy zostawieni sami sobie, układamy piosenkę, którą nawet potem bardzo często śpiewamy. Daje ona upust naszej bezsilnej złości, wściekłości w odpowiedzi na nasze poniżenie i katorgę.


Na rozkaz każą tu jadać, na rozkaz każą tu s...ć
Nic tu dobrego me słychać, jak tylko j... twoja mać
Klucznik cię j...m częstuje, przed nosem zamyka drzwi
gdy się o swoje upomnisz, on ci odpowie idi!

Nie traćmy bracia nadziei, nie lejmy na próżno łez
nadejdzie dzień porachunków, a teraz j...ł ich pies.

Przed Bożym Narodzeniem 1944 roku zostaję wezwany przed - jak mi odczytano - Wojenny Trybunał III Frontu Białoruskiego na rozprawę sądo­wą. Sprawa moja została połączona ze sprawą Jana Dowgiałły, który przed­stawił dodatkowych świadków, że nie był w partyzantce. Wobec tego sprawa została odroczona. Umieszczony w tej samej celi oczekuję dalszej zmiany losu, za jedyne zajęcie mając polowanie na wszy i pluskwy.
W tym czasie wrzucają do naszej celi oficera wojsk sowieckich Igora Mazurkiewicza, który jest pełen życia i werwy, opowiada o froncie, o bez­nadziejnych walkach, o kobietach frontowych i pozafrontowych, u których przebywał nie chcąc walczyć i ginąć, o obozach, w których przebywał i z
których został zwolniony na dalekiej północy i wiele innych ciekawych i wstrząsających historii, które wyglądały jak niewiarygodne i straszne bajki. Nie myślałem wtedy, że sam to przeżyję, że jego dramatyczne koleje losu są zapowiedzią mojej dalszej drogi życia.
Na początku stycznia 1945 roku ponownie zostajemy wezwani przed Wojenny Trybunał, w którym bierze udział jakiś oficer, kilku żołnierzy i parę osób cywilnych. Nas pilnuje dwóch żołnierzy z automatami. Jestem zupełnie obojętny na to, co się mówi i czyta, jakie stawiają mi zarzuty. A przy tym wierzę, że to jest chwilowe i na pewno Amerykanie nas uwolnią.
Zapytany, czy przyznaję się do zarzucanych mi win, odpowiadam: nie mam do czego się przyznawać, nie popełniłem żadnego przestępstwa, jako Polak byłem w polskiej partyzantce, walczyłem z okupantem o Polskę wolną i niepodległą.
Zapytany o to samo Jan Dowgiałło nic nie odpowiedział, tylko płakał. On zostawił w domu małą córeczkę, która mu się urodziła w czasie okupacji, a także żonę i syna. Ta reakcja nie uczyniła na sędziach żadnego wrażenia. Co mówiono, co czytano, nikt z nas nie wiedział. Zarządzono przerwę i sąd udał się na naradę. Po dziesięciu, a może mniej minutach wprowadzono nas na salę. Kazano stać i odczytano wyroki: Marian Dowgiałło syn Henryka otrzymuje 20 lat łagru z paragrafu 58, 5 lat pozbawienia praw i konfiskatę mienia osobistego. Jan Dowgiałło został skazany na 10 lat łagru, 5 lat po­zbawienia praw i konfiskatę mienia.
Następnie pozwolono nam zabrać głos. Jako pierwszy odpowiedziałem, że jestem Polakiem i chcę iść do wojska polskiego na front. Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi od reprezentantów władzy sowieckiej. Jan Dowgiałło i tym razem nic nie odpowiedział.
Jak dowiedziałem się po powrocie z Syberii, konfiskata mojego mienia wyglądała tak: rodzicom zabrano cały dobytek ruchomy i nieruchomy za to, że syn był białym bandytą. W domu zrobili szkołę. Po pięciu latach przyje­chała komisja z Mińska, by wyjaśnić co zabrano, lecz rodzice nie zgłosili żadnych zastrzeżeń, aby nie ulec takiemu losowi, jaki mnie spotkał, tj. wy­wózki na Syberię, tak byli zastraszeni tym wszystkim, co się wokół działo w tym czasie.
Po wyroku sadowym przeniesiono mnie do celi pojedynczej jako szczegól­nie groźnego. Nikt nie może sobie wyobrazić, kto tego nie przeżył, jak dłu­gie są noce i dnie sam jeden, cztery ściany, kibel i judasz. Można zwariować. Przemyślałem całe swoje młode życie chyba ze sto razy. Nie wymyśliłem nic, co by mnie pocieszyło. Po raz setny pytałem siebie: co dalej? Po siedmiu dniach, ze względu na brak miejsc, przerzucono mnie do celi ogólnej, gdzie siedzieli wszyscy sądzeni; mój wyrok był najwyższy. Przebąkiwano, że szykują etap na Syberię.
W zwracanych po otrzymaniu paczki rzeczach udało mi się zaszyć kar­teczkę do moich rodziców, w której powiadomiłem ich, jaki los mnie czeka. Tą kartkę jakimś cudem w domu odnaleziono. Po tygodniu otrzymałem ogromny wór z zawartością, która przerastała moje oczekiwanie: kożuch,
ciepłe skarpety, rękawice, suchary, słonina. Były to w mojej sytuacji rzeczy istotnie niezbędne i cenne bardziej niż cokolwiek na świecie. To kochająca mnie rodzina pogrążona w rozpaczy, przerażona moją dolą, starała się przynajmniej w miarę swoich sił i możliwości ulżyć mi choćby w małym stop­niu, na tej krzyżowej drodze, w jaką miałem się udać. Była to ostatnia paczka z domu, jaką otrzymałem przed wywózką z ojczystych stron.

Marian Dowgiałło