Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Zapiski oficera armii cyerwonej

 

23 listopada 1940 roku Vilnius

Co się ze mną stało, nie rozumiem, ale zakochałem się po same uszy. I to w kim?... W burżujce. W córce jakiegoś wielkiego kapitalisty. Chodzę jak pijany i o niczym innym myśleć nie mogę, tylko
0 niej. I wstyd mnie nawet, że ja, ideowy komsomolec proletariackiego pochodzenia, tak zadurzyłem się w arystokratce. Ale nic ja na to pora­dzić nie mogę. Zresztą: czyż to jest taka wielka zbrodnia, że urodziła się kapitalistką? Lenin przecież był nawet dziedzicem. To znaczy krwiopij­cą i eksploatatorem cudzej pracy. Ale potem się rozmyślił, poprawił i stał się nawet ojcem proletariatu. Tak samo Łunaczarski albo Cziczerin. No a Piotr Wielki, na przykład, to nawet carem był, a pomimo tego przez całe życie dla dobra proletariatu i partii komunistycznej pracował i fundamenty Związkowi Radzieckiemu budował.
Ale muszę ja to wszystko opowiedzieć dokładnie. Zaczęła się ta moja miłosna historia od tego muzykalnego instrumentu, który ja tak szczęśliwie na rynku kupiłem. Jak potem się dowiedziałem, nazywa się on katarynka. Nawet bardzo przyjemna nazwa. Nasza rosyjska. Od Katiuszy chyba pochodzi. A możliwie, że sama caryca Jekatierina Wielikaja go wynalazła. Chyba tak ono i jest... Otóż lubiłem ja wie­czorami na katarynce koncerty dla całej ulicy dawać. Niech burżuazja wie, że Armia Czerwona wielkie muzykalne uzdolnienia i zamiłowania posiada. Więc wyjdę ja sobie wieczorem na balkon i zagrywam, to walca, to marsza, to półeczkę. Bo właśnie te trzy rzscTy w katarynce są. Otóż pewnego razu gram ja sobie walca i widzę, że po przeciwnej stronie ulicy, w oknie naprzeciw mnie, jakaś śliczna panienka siedzi. Pewnie mojej muzyki słuchała. Więc zacząłem do niej uśmiechać się, oko robić i bardzo znacząco pokaszliwać. Więc i ona do mnie uśmiech­nęła się. A gdy ściemniło się, to ona okno zamknęła i światło zapaliła w pokoju. Potem długo coś tam robiła, bo jej cień na firance widziałem. Później światło zgasiła. Pewnie spać poszła.
Nazajutrz wstałem ja wcześnie. Umyłem dobrze ręce, a nawet i twarz trochę. Wzułem nowe buty i dwa zegarki na normalnych miej­scach przysposobiłem. Potem czekałem, kiedy ona wstanie. Ale długo spała. Dopiero o godzinie dziesiątej firankę na oknie odsunęła. To ja natychmiast jej na dzień dobry marsza zagrałem. Ale tym razem ona w oknie nie słuchała. Pewnie czasu nie miała.
Zacząłem ja ulicę obserwować, żeby ją z nogami zobaczyć. I docze­kałem się. Widzę: wyszła z frontowych drzwi. Popatrzyła w prawo i w lewo, i zdaje mi się, na mój balkon zerknęła też. Potem poszła sobie ulicą. Elegancka!!! Kostium na niej zielony w żółte groszki. Kapelusik z piórkiem i wstążeczką. Tak. Pod pachą parasolka, tak jak najświeższa paryska moda nakazuje. W ręku, burżujskim obyczajem, torbę skórzaną
ma na różne tam pudry, perfumy i inne kremy. Pantofelki na wysokich obcasach. Po prostu kwiat, a nie kobieta!
Tymczasem do mnie tamten typ przyszedł, od którego ja na rynku katarynkę kupiłem. Poprosiłem ja go usiąść i zaraz mu za instrument 80 rubli dopłaciłem, bo właśnie pensję otrzymałem i byłem w gotówkę wyposażony.
- Czy zadowoleni jesteście? - spytał on mnie.
-  Bardzo - powiedziałem. - Nie tylko sam wielką przyjemność mam, lecz i cała ulica moją muzyką rozkoszuje się. Dwa razy dziennie po dwie godziny im zagrywam. A jak czasem spać mi się nie chce, to i w nocy grać nie lenię się. Lubię ludziom przyjemność sprawiać.
Zaczęliśmy rozmawiać o różnych różnościach. Bardzo przyjemny okazał się chłop. Wciąż wesołe kawały opowiada i żartuje. Mikołaj mu na imię. Więc ja zacząłem go nazywać: Kolka. A on mnie: Miszka. Tak, jakbyśmy z dawien dawna przyjaciółmi byli. Spytałem ja go: jakiej jest narodowości.
- Internacjonalistą jestem - powiedział. - Z każdym człowiekiem, który chce, handel prowadzę i z tego żyję. I żadnej u mnie różnicy nie ma: czy to Polak, czy Ruski, czy Żyd, czy jaki inny czort. Abym tylko zarobić mógł.
Powiedział, że do mnie wielką sympatię ma i zaufanie. Dlatego też nie obawiał się zostawić nie zapłacone 80 rubli, bo wiedział, że taki kulturalny oficer jak ja nie oszuka. Obiecał mi, że jak trzeba jeszcze coś kupić albo jakąś inną sprawę załatwić, to zawsze chętnie dopomoże. Więc ja go od razu spytałem:
- Jak u was tu przyjęto z panną znajomość zawierać?
- Zależy z jaką panną- powiedział. - Bo panna pannie nierówna. Są takie, że ją można od razu i uszczypnąć, i gdzieś tam poklepać. A są takie, co koło nich z rok czasu trzeba na paluszkach chodzić, póki coś tam do czegoś dojdzie.
To ja mu powiedziałem:
- Z tą to będzie chyba bardzo trudno, bo przekonałem się, że to osoba ogromnie ważna. Ubrana jak najlepsza nasza aktorka i taka de­likatna, że parasolkę nawet wówczas nosi, gdy deszczu nie ma. Z wyż­szej klasy to panienka.
- A jak ona do ciebie odnosi się?
- Ot, tak sobie: średnio. Wówczas Kolka powiedział:
- Rzeczywiście z taką będzie niełatwo. Musisz bardzo uważać, bo inaczej z tobą i zadawać się nie zechce. Taką to trzeba zawsze w rączkę
pocałować i różne delikatne rzeczy jej gadać, i kwiaty też kupować. W ogóle będziesz miał straszne zawracanie głowy, dopóki na ciebie łas­kawiej nie spojrzy. Lepiej ty znajdź sobie inną.
Tak. Bardzo on mnie zmartwił. Gdzież mnie rok czasu panience nadskakiwać, kiedy ja za parę miesięcy mogę być gdzieś służbowo wysłany. Ale nic. W dalszym ciągu ja dla niej na katarynce zagrywałem pięknie i bardzo znacząco do niej uśmiechałem się. Dostrzegłem, że i ona pewnego razu uśmiechnęła się. "Oho! - pomyślałem ja sobie. -Moje sprawy z nią w górę idą!". Zrozumiałem, że zaczęła ona mną poważnie interesować się. To ja do niej kiedyś ręką pomachałem. Poz­drowiłem ją w ten sposób. Ale ona nic... Może nie zauważyła.
Ze dwa tygodnie ja ją takim sposobem kokietowałem i zakochałem się w niej aż po same uszy. Pewnego razu zapomniała ona firankę na oknie zaciągnąć i przed stolikiem rozbierać się zaczęła. To ja omal z balkonu nie skoczyłem. Co za kobieta! Po prostu cud! Więc ja światło zgasiłem - niby mnie w domu nie ma - i z godzinę patrzyłem jak ona przed lustrem na różne sposoby wykręcała się i jakimiś maściami sma­rowała się, i włosy czesała, i paznokcie piłowała. Ale nigdy więcej nie zapominała firanki zasuwać. A szkoda!
Kilka razy ona przed otwartym oknem różne tam wyprane damskie interesy bieliźniane suszyła. A wszystko to albo różowe, albo kremowe, albo błękitne. Wiadomo: taka osoba byle czego nawet pod spód nie włoży. To nie nasze machmutki, co chodzą jak krowy zafajdane, nos palcem wycierają i nieustannie drapią się w takie miejsce, w jakie pub­licznie drapać się nie należy. Mnie kiedyś w Lidzie nawet Lipa zapytał:
-  Czemu wasze Sowietki tak strasznie cuchną? Czy mydła, żeby się wymyć, nie mają? Czy nigdy bielizny nie zmieniają?
To ja jemu wówczas powiedziałem dorzecznie:
- A czy baby są do wąchania? Zresztą, jak kto chce, to może taką wyszorować, perfumami polać, będzie wówczas pachnieć na kilometr. Wąchaj ją, jak chcesz, wszędzie burżuazyjny aromat będzie miała.
Wreszcie postanowiłem ja kategorycznie, że z tamtą czarodziejką zapoznać się muszę. Ponieważ znałem ja już wszystkie jej chody i obro­ty, to uważałem, że najlepiej będzie uskutecznić naszą znajomość wie­czorem, kiedy ona zwykle z domu na spacer wychodzi. Otóż kupiłem ja duży bukiet kwiatów i pudełko najdroższych cukierków. Pieniądze po otrzymaniu pensji miałem, więc postanowiłem nawet zrujnować się trochę, aby jej serce pozyskać, a może z czasem i do kapitału dobrać się.
No nic... Chodzę ja ulicą z bukietem i cukierkami, i czekam na mój ideał. A ona z domu nie wychodzi. Za wcześnie przyszedłem. Wreszcie
posłyszałem ja: drzwi trzasnęły. A potem ona się zjawiła i ulicą w moim kierunku smaruje. To ja walę jej naprzeciw i śmieję się do niej jak mogę najgłośniej. Ale ona nic. Mija mnie. Wówczas ja powiedziałem:
- Przepraszam... Proszę zaczekać chwileczkę...
Ona stanęła i na mnie oczy wytrzeszczyła. Nawet jakby się prze­straszyła trochę.
- O co chodzi? - spytała.
Więc ja jej pudełko cukierków podaję i mówię:
- Zauważyłem, że zgubiliście to i uczciwie oddaję. A jednocześnie mam niesamowity zaszczyt przedstawić się. Jestem major Michaił Ni-kołajewicz Zubow.
Skłamałem jaz tym majorem, bo przypuszczałem, że taka osoba, wysokiego pochodzenia, z lejtnantem i rozmawiać nie zechce. A majo­rem ja, przy mojej wielkiej inteligencji i zdolnościach, przecież kiedyś będę. Potem cap ją za rękę i w dłoń pocałowałem. A następnie bukiet kwiatów pod pachę jej wsadziłem, tam, gdzie trzymała parasolkę.
A ona milczy. Pewnie była bardzo zachwycona moim eleganckim zachowaniem się. To ja do niej powiedziałem:
- Może poszlibyśmy na spacer?
- Właśnie na spacer idę.
- To i ja z wami, jeśli nie zgniewacie się.
- Cóż ja mam się gniewać. Możecie iść razem. Tylko mnie z tymi kwiatami bardzo niewygodnie.
No i poszliśmy. Ona: dzyb-dzyb, dzyb-dzyb, dzyb-dzyb... na wyso­kich obcasikach. Ja zaś obok niej z ważną miną bukiet kwiatów dźwi­gam. A jakże! Można powiedzieć: wspaniale wyglądamy. Tymczasem ja bardzo sprytnie kulturalną rozmowę z nią zacząłem:
- Ogromnie pani piękna jest - powiadam - i jestem panią wściekle zachwycony!
A ona mówi:
- To mi wszyscy znajomi mężczyźni powiadają i bardzo są ze mnie zadowoleni.
Po krótkim spacerze ona stanęła i powiedziała:
- Coś mi jeść się chce. Nawet w brzuchu burczy. Nie miałam dziś czasu pójść na obiad.
-  To możemy - zaproponowałem - do jakiejś restauracji wstąpić na kolację, jeśli pani sobie Tjziy. Będzie to dla mnie wielki zaszczyt.
No i poszliśmy. Ale ja wcale nie wiedziałem: co i jak w tych bur-żujskich restauracjach się zamawia. Więc ona tym się zajęła.
- Przede wszystkim - powiedziała do kelnera - dużą karafkę wódki i dwie flaszki dubeltowego piwa podaj nam. Do tego dwa sznycle i ki­szonych ogórków ze cztery. A potem zobaczymy. Tylko prędko.
Od razu widać po niej, że jest osobą z wyższego towarzystwa, bo jak kolację zamawiała, to nawet w spis potraw nie patrzyła. Wszystko zna na pamięć.
Otóż przyniósł nam kelner wódki i ogórków sztuk cztery. A o sznyc-lach oświadczył, że smażą się jeszcze. Ona tymczasem zwróciła jego uwagę na kieliszki i kazała zamienić je na szklanki. Następnie nalała ona wódki do szklanek i powiedziała uroczyście:
- Nasze kawalerskie! Wypiliśmy. Przekąsili. A ona mówi:
-  Bardzo ja żytniówkę ubóstwiam. Bo od prostej wódki później głowa mnie boli.
Tak to sobie gadając my karafkę wódki i wytrąbili. Tymczasem kel­ner sznycle przyniósł. Więc ona drugą karafkę zamówiła. Gdy podpiliś­my należycie, zacząłem jaja o jej stan cywilny wypytywać.
- Panna jestem - powiedziała. - Za byle kogo wyjść za mąż nie chcę, bo nie jestem głupia, żeby na jakiegoś osła darmo w domu pracować.
-  A ja jestem kawalerem - oświadczyłem. - I uważam, że dobrze myśmy się dobrali. Więc bardzo się cieszę ze znajomości z tak przyjem­ną osobistością!
Bardzo przyjemnie spędziliśmy czas w restauracji. Ale od wódki w głowie mnie zakołowało poważnie. A po niej i poznać nie można by­ło, że jest podpita. Potem poszliśmy do domu. Ja ośmieliłem się nawet pod rączkę ją wziąć. I nic... nie zaprotestowała. Widocznie ja jej bardzo się spodobałem. Więc zapychamy tak sobie uroczyście ulicami, zatacza­jąc się na boki. A na nas wszyscy przechodnie z podziwem patrzą i na­wet z drogi ustępują.
Odprowadziłem ja ją aż do samego domu. W rączkę, oczywiście, pocałowałem i spytałem: kiedy będę miał szczęście następnym razem ją zobaczyć?
- Za dwa dni - powiedziała. - W sobotę. Będę miała wolniejszy czas, to możemy do kina pójść.
Więc umówiliśmy się, że w sobotę wieczorem będę ja na nią na ulicy czekał. Następnie ona ode mnie 10 rubli pożyczyła. Powiedziała, że chwilowo zabrakło jej pieniędzy za mieszkanie zapłacić. Naturalnie dałem ja je te pieniądze z wielką radością, bo przecież to mi się kiedyś
bardzo opłaci. W rączkę ją znów cmoknąłem i powiedziałem roman­tycznie: "Dobranoc! Przyjemnych marzeń!".
Więc rozstaliśmy się do soboty. Poszedłem ja do domu. Zobaczyłem ją, że w jej oknie światło się zapaliło. Więc ja na balkon wyszedłem, katarynkę wyniosłem i chociaż bardzo było zimno, na dobranoc dla niej walca zagrałem. Potem też poszedłem spać, ale długo usnąć nie mogłem.
Tak zaczęła się moja wielka, komsomolska miłość.

Sergiusz Piasecki