Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Zapiski oficera armii cyerwonej

 

30 listopada 1940 roku
Vilnius

Nazajutrz obudziłem się ja późno. Wiadomo: pół nocy nie spałem, tylko o mojej gorącej miłości rozmyślałem i bardzo byłem szczęśliwy. Więc obudziłem się ja i patrzę, a na stole tamten bukiet kwiatów leży, który ja wczoraj w kwiaciarni dla mego ideału za duże pieniądze kupi­łem. Zapomniałem ja wczoraj oddać go jej. Ona zaś, przez delikatność charakteru, nie upomniała się o kwiaty. Zresztą mogła zapomnieć też, bo wypiliśmy dwie duże karafki wódki i sześć butelek piwa. Ja nawet w nocy trochę mój pokój zapaskudziłem, bo dwa razy "naloty na Rygę" robiłem.
Wylazłem ja prędzej z łóżka i myślę sobie: "Trzeba te kwiaty rato­wać żeby do soboty nie zwiędły. Wówczas będę mógł znów nimi moją ukochaną obdarzyć". Ale nie miałem żadnego naczynia, w którym mógłbym je do wody wstawić. Lecz przypomniałem sobie, że w szafce, przy łóżku, stoi jakieś duże emaliowane naczynie. Bardzo nawet jest wygodne, bo ucho z boku posiada, za które łatwo można je brać. "W sam raz - myślę ja sobie - do kwiatów dobre. I duże, i piękne, i wy­godne". Poszedłem ja, nawet nie ubierając się z pośpiechu, do kuchni i wody z kranu do naczynia nalałem. Kwiaty do środka wstawiłem i po­kazuję nauczycielkom, które akurat w tym czasie w kuchni śniadanie jadły, bo tam cieplej jest jak w innych pokojach.
- Widzicie - powiedziałem -jak pięknie! My bardzo kwiaty lubimy, bo jesteśmy ogromnie delikatnym narodem.
Ale one na to nic mi nie odpowiedziały. Pewnie nie spodobało się im, że ja w samych gaciach po mieszkaniu chodzę. Tyle czasu u nich żyję i jeszcze nie odzwyczaiły się od burżujskich zabobonów. Tępa narodowość!
Wróciłem ja do swego pokoju i kwiaty na oknie postawiłem, żeby ona - caryca mego serca - zobaczyła: w jakim mam je poszanowaniu. Potem, gdy zauważyłem, że ona firankę na oknie odsunęła (to znaczy wstała już), marsza dla niej na katarynce rąbnąłem. Bardzo mi się ten socjalistyczny instrument podoba. Długo uczyć się nie trzeba, nuty też zbędne i jeśli kto zdolności posiada, bardzo prędko może sobie i innym, w dzień i w nocy, życie uprzyjemniać. Tak.
No, doczekałem się ja soboty. Nowe buty wzułem. Pół flakonu naj­lepszych na świecie perfum "STALINOWSKI ODDECH" na głowę wylałem. Dwa zegarki przysposobiłem. Następnie z bukietem kwiatów poszedłem ja na randkę z moją ukochaną. Ale długo na nią czekałem. Nawet zmarzłem porządnie, bo już silne mrozy chwyciły. Ale miłość potężnie mnie rozgrzewała i jakoś doczekałem się ja mego ideału. W rączkę ją, naturalnie, pocałowałem i bukiet kwiatów uroczyście wrę­czam. A ona nie chce wziąć. Powiada:
- Szkoda, że nie zostały w tamtym pięknym naczyniu, w którym były na oknie. Ja nie mam gdzie kwiatów tych trzymać, bo moje naczy­nie, takie same jak twoje, bywa mi czasem w nocy potrzebne.
Więc ja sam bukiet w ręku poniosłem. I nawet bardzo to pięknie wyglądało. Ona sobie w kapelusiku z piórkiem i na wysokich obca­sikach szoruje ulicą. Ja zaś w butach z prawdziwej francuskiej giem-zy, przy dwóch zegarkach i z bukietem kwiatów, pod rączkę ją pro­wadzę... Trzeba będzie koniecznie namówić ją, żeby razem sfotogra­fować się na pamiątkę o naszej miłości. I muszę nie zapomnieć same buty sfotografować, żeby w przyszłości, gdy wrócę do Związku Ra­dzieckiego, mieć dowód, że rzeczywiście je miałem.
Przyszliśmy do kina. Ja dla nas całą lożę wziąłem, żeby wiedziała ona, że nie byle kto jestem. Więc usiedliśmy tam we dwoje tylko i na obraz patrzymy. Ale jakieś polskie świństwo było i wcale mnie to nie interesowało. A ona tak śmiała się, że wszyscy ludzie w kinie na nas oglądali się. Szczególnie gdy ona, wybuchając co chwila śmiechem, czkawki dostała.
Spróbowałem ja w ciemności za rączkę ją wziąć. I nic: wcale nie protestowała. Zamierzałem nawet ją objąć, ale przypomniała mi się tamta historii ze straganiarą w Lidzie. Jeśli tamta - pomyślałem sobie - nosa zadzierała, to cóż dopiero ta! Więc dałem spokój. Może jeszcze publicznie w mordę zajedzie albo krzyczeć zacznie... Z tymi burżujka-mi sprawy miłosne trzeba bardzo ostrożnie załatwiać.
Po kinie poszliśmy do restauracji na kolację. Ona znów nazamawiała różnych różności... nawet nadmiernie. Wódki wypiliśmy tym razem aż cztery karafki. I w ten sposób bardzo przyjemnie czas spędziliśmy. I zauważyłem, że apetyt ona ma nadzwyczajny. A wódkę trąbi lepiej ode mnie. Nawet zdziwiony tym byłem. Ale widocznie taki jest zwyczaj u polskich panienek z lepszego towarzystwa.
Po kolacji poszliśmy do domu. Pogoda była dość dobra, więc i spa­cer mieliśmy przyjemny. Tylko to było źle, że ją nogi zaczęły od cias­nych pantofli boleć. Więc ja ją z kilometr drogi, na barana, do domu niosłem. A na pożegnanie zapytałem ją w sposób bardzo poważny:
- Powiedzcie wy mnie, szanowna Ireno Antonowno, czy mogę ja mieć nadzieję względem waszych dla mnie uczuć?
Chciała ona mi na to coś odpowiedzieć, ale zemdliło ją, więc za­częła "naloty na Rygę" robić. Odszedłem ja trochę na bok, żeby mnie nowych butów nie popaprała i czekam. No, uspokoiła się ona trochę, więc ja tamto pytanie powtórzyłem. A ona mi powiedziała:
-  Na razie jestem z was zadowolona. Niczego sobie kawaler je­steście i nawet nie bardzo skąpy. Tylko chcę ja od was jeszcze 20 ru­bli pożyczyć, bo chłodno się zrobiło, więc muszę ja w poniedziałek drzewa do pieca kupić.
Dałem ja jej tamte pieniądze z wielką ochotą i tamto pytanie po­wtórzyłem. A ona powiada:
- Czemu nie? Od tego przecież i jestem. Tylko teraz jestem bardzo zmęczona i spać mi się chce. Poza tym kolacja mi trochę zaszkodziła.
Pożegnałem ja ją. W rączkę pocałowałem i bukiet wręczam. Ona zaś mówi:
- Za kwiaty dziękuję. Obejdę się bez nich. Zwiędłe już są i trochę nieczyste. Weźcie je sobie na pamiątkę ode mnie.
W ten sposób bardzo romantycznie pożegnaliśmy się. Umówiliśmy się, że w następną sobotę do innego kina pójdziemy. Słowem, wszyst­ko się odbyło tak, jak w pięknym romansie z książki albo jak na obrazie filmowym.
Poszedłem ja do domu. Gdy ona światło zgasiła, to ja dla niej, według zwyczaju, na katarynce walca do snu zagrałem. A potem to ja do drugiej w nocy różne pieśni o miłości bardzo głośno i wzruszająco śpiewałem.
Wreszcie i ja spać poszedłem, ale usnąć długo nie mogłem, bo wciąż o naszej wielkiej miłości myślałem. I tak myśląc doszedłem do przeko­nania, że jednak te burżujki są lepsze jak Sowietki. Bo z naszą co?... Pójdziesz do kina, a z kina razem spać. No i po wszystkim. A tu dopiero trzeba nachodzić się, nawzdychać się, rąk nacałować się, dopóki co do czego dojdzie. Więc zrozumiałem ja, że jestem bohaterem bardzo romantycznej historii i wielkiego dla siebie szacunku nabrałem. Bo je­śli taka ważna persona mnie swymi uczuciami obdarzyła, to, rzecz ja­sna, nie byle kto jestem!... A jeśli ona bez ślubu nie zechce ze mną zadawać się, to co wówczas?... No, naturalnie, ożenię się z nią. Z wielką nawet moją przyjemnością. To dopiero byłaby odpowiednia dla mnie żona! Wszyscy nasi oficerowie takiej żoneczki by mnie zazdrościli! Ubrana jak laleczka, zgrabna, delikatna, kulturalna!...
A Dunia?... Przypomniałem ja sobie. Cóż: Dunia to nie dla mnie para. Zresztą żadnej z nią miłości i nie było. Ot, nie mieliśmy co robić wieczorem, to poszliśmy razem spać, jak to zwykle bywa.
Potem pomyślałem ja, że jednak trzeba Dunię natychmiast zawia­domić, żeby sobie mną głowy nie zawracała i na mnie nie czekała, bo zbyt pospolitą dla mnie jest osobą. Więc wstałem ja i światło zapaliłem. Dla większej energii trzy razy na katarynce marsza zagrałem i potem do pisania listu zabrałem się, bo się bałem, że do rana najlepsze myśli z głowy mi powylatują.
"Szanowna Towarzyszko Dunia Iwanowna!
Mam zaszczyt zawiadomić Was, że z naszej miłości nic w przy­szłości nie będzie i być nie może, i proszę tego nawet nie oczekiwać, i takie głupstwa sobie z głowy na zawsze wyrzucić.
Piszę to jako twardy komsomolec i ideowy człowiek, po długim i poważnym namyśle. Nic nie mam przeciw Warn, jako personie, bo nawet owszem: trochę mi się podobała. Lecz ze względu na moje wyso­kie stanowisko i ważne dla Związku Radzieckiego funkcje nie mogę z byle kim się spoufalać. Jest rzeczą zrozumiałą i dla każdego mądrego człowieka naturalną, że dla mnie, jako oficera niezwyciężonej Armii Czerwonej, Wy jesteście osobistością zbyt niskiego pochodzenia i żad­nej takiej kulturalności wcale nawet w sobie nie posiadacie.
Ja bywam często na rozmaitych uroczystych zebraniach i zadaję się z nadzwyczaj znakomitymi indywidualnościami. Więc żona jest mi taka potrzebna, która by umiała należycie honor Armii Czerwonej oraz Związku Radzieckiego podtrzymać. Wy zaś nawet przyzwoicie jeść nie umiecie, bo ciamkacie, chodzicie jak krowa, nos palcem wycieracie i należycie do elementu czamoroboczego. Wskutek powyższego może­cie mnie na pośmiewisko wystawiać i w mej osobie Czerwoną Armię poniżać.
Poza tym jeszcze jedna rzecz mocno mnie się nie podoba. Wy, jak mi wiadomo dobrze, należycie do rodziny Morgałowa, który był, nie­wątpliwie, angielskim agentem, bo rozpowszechniał szkodliwe dla Związku Radzieckiego i Germanii wiadomości, jakoby między tymi bratnimi narodami mogła być wojna. Ponieważ za tę zbrodnię wściekłe­go reakcjonistę faszystowskiego, Morgałowa, i jego rodzinę zesłano do łagru, to nie wypada mnie w żaden sposób utrzymywać łączności z rodziną (chociaż i bardzo daleką) pachołka imperialistycznego. Jako ofi­cer muszę dbać o swój honor, opinię i moralność socjalistyczną.
Wobec wszystkiego powyższego uprzejmie proszę raz na zawsze ode mnie się odczepić i przestać zawracać mi głowę listami. W przeciw­nym razie będę musiał przypomnieć, komu się należy, o dalszych krew­nych zezwierzęconego reakcjonisty i agenta kapitalistycznego, Morgałowa!!!... To znaczy o Was i o Waszej Szanownej Rodzinie.
Komunistyczne pozdrowienia łączę i żegnam na zawsze. Katego­rycznie.
Młodszy lejtnant Armii Czerwonej oraz ideowy komsomolec,
Michaił Zubow"
Ze trzy razy ja ten list przeczytałem i każdorazowo coraz więcej mnie się podobał. Od razu widać z niego, że jestem osobą poważną i bardzo szanującą się. Dopiero teraz ja odetchnąłem swobodnie, bo drogę do miłości mam otwartą. Następnie zagrałem ja walca i z poczu­ciem dobrze spełnionego obowiązku poszedłem spać.
Oczywiście mógłbym ja nic do Duni nie pisać, bo skąd by ona o moim romansie z burżujką się dowiedziała. Ale, jako komunista, nie lubię kłamać i fałszywie postępować.

15 czerwca 1941 roku
Vilnius

Dawno nie pisałem, bo byłem ogromnie zmartwiony tragicznym zakończeniem mego romansu ze znaną już wam, podłą i podstępną osobą. Nawet imienia jej wymienić nie chcę... Nie o miłość mi chodzi. Mordy dokładnie zbitej też w rachubę nie biorę, bo guzy i sińce już poznikały. Ale strat dużych, jako ideowy komsomolec, darować nie mo­gę. Tyle pieniędzy w taką burżujską zarazę wpakowałem i żadnej ko­rzyści z tego nie miałem... Do końca życia nie zapomnę ja tamtego zegarka, który na rynku, w czasie walki o serce damy, jakiś reakcjonista podstępnie mi wyciągnął z kieszonki. Jedynie katarynka mnie jeszcze pociesza, więc gram na niej całymi dniami.
Ponieważ z powodu Irki straciłem ja całkowicie zaufanie do Pola­ków, to bardzo ostro traktuję nauczycielki. Do Marii Iwanowny ina­czej teraz się nie odzywam jak: "Burżujską świnio!". Niech znają twar­dy charakter sowieckiego oficera. Zastanawiam się nawet nad tym, czy nie zacząć je w tyłki kopać i po mordach prażyć. Bardzo ja burżuazji i reakcjonistów nie lubię. Ale ogromnie mnie cieszy ta okoliczność, że -jak zauważyłem - głodno nauczycielkom się żyje. Emerytur swoich nie otrzymują, więc i pieniędzy nie mają. Maria Iwanowna, jako młod-
sza i śmielsza, co tydzień nosi na rynek sprzedawać jakieś domowe rzeczy i resztki ubrań. Ale jak wszystko wyprzedadzą, to na pewno po­zdychają z głodu! Bardzo to przyjemnie jeść kiełbasę z bułką i patrzeć jak burżuazja głoduje.
Ale najważniejsza rzecz stała się wczoraj, to znaczy 14 czerwca. Ten radosny dzień utrwali się na zawsze w mojej pamięci. Właśnie wczoraj zaczęto porządkować miasto i oczyszczać je z burżuazji. Ja to już rano zauważyłem, bo na tych sprawach trochę się znam. Otóż dostrzegłem ja, że z kilku punktów miasta jadą puste ciężarówki, a w nich eskorta. Z samego rana planowo zajechali w potrzebne rejony i zaczęli likwida­cyjną robotę, ładując burżuazję do aut według przygotowanych spisów.
Bardzo to był zabawny widok. I w teatrze ja nigdy nie uśmiałem się tak jak teraz. Burżujki płaczą, ciągną dzieci i toboły. Burżuje walizki i worki ładują na auta. Ale pozwalają - i to nie wszystkim - wziąć tylko część rzeczy. A nasi, orły z NKWD, to tu, to tam się zjawiają, robotę sprawdzają i kierują nią. Potem ciężarówki, naładowane burżuj-skim mięsem, na dworzec jadą. A tam już eszelony czekają na przyjęcie drogich gości. Będzie kim ruską ziemię unawozić.
Ja nawet na miasto poszedłem, żeby polubować się tym, jak socja­listyczne władze sprawnie reakcyjne elementy likwidują. I przekonałem się, że bardzo fachowo miasto oczyszczają. Auta tylko machają na dworzec i z powrotem. A w autach różni kapitaliści siedzą. Kobiety i dzieci płaczą i krzyczą coś do tych, którzy zostają jeszcze. Z jednego auta jakiś podły reakcjonista krzyknął: "Niech żyje Polska!". Pożało­wałem ja, że nie mam ze sobą pistoletu, żeby mu kulą burżujski pysk zatkać. Tylko odkrzyknąłem: "Polska już zginęła, a wy wkrótce pozdy­chacie!".
Polaków na ulicy mało zauważyłem. Jakoś pusto się zrobiło. Ale naszych chłopaków wszędzie pełno. Śmieją się i aż za boki biorą się, patrząc na tę likwidację zbrodniczych elementów. Jak zobaczą auto z burżujami, to świszczą. Słowem: bawią się przyjemnie.
Wróciłem ja do domu. Widzę: w korytarzu stoją przygotowane do drogi rzeczy. To nauczycielki już do transportu przygotowały się, żeby potem w pośpiechu rzeczy nie chwytać. Zobaczyłem ja Marię Iwanow-nę i mówię do niej:
- Jaśnie pani, jak widzę, gdzieś w podróż się wybiera... Pewnie do Londynu... Ale i tam was Hitler bombami namaca!
Nic ona mnie na to nie odpowiedziała. Wówczas ja dodałem:
- Jak wyjedziecie, to ja nie bardzo po was płakać będę. Nawet wam marsza na drogę zagram.
Poszedłem ja do swego pokoju. Katarynkę na balkon wyniosłem i czekam. A jak zobaczę auto naładowane Polakami, to zaraz im ręką macham i marsza gram. Takim to sposobem bardzo wesoło czas spędziłem.
Ciekaw jestem: czemu nauczycielek nie biorą? Bo przecież mówili mi chłopaki, że gruntownie nasze władze miasto z burżuazji oczyszcza­ją. Pierwszych wywieźli tutejszych komunistów, bo wiadomo, są oni albo trockiści, albo kombinatorzy, którzy podszywają się pod szlachetną nazwę komunistów. Znamy się na tym dobrze! Potem zabrali robotni­czych aktywistów, żeby antypaństwowych hec albo strajków nie urzą­dzali... Ale jestem pewien, że i o nauczycielkach nie zapomną. Zacze­kam jeszcze, a potem pójdę do NKWD i przypomnę władzom o tych reakcyjnych żmijach.
A tymczasem Hitlerek kochany też raje nie składa i bezczynnie nie siedzi, tylko bombami po Londynie macha. Słowem robota idzie wszędzie pięknie i planowo - na chwałę proletariatu i dla umocnienia socjalizmu!

Sergiusz Piasecki