Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Żyć nie dali i umrzeć nie dali

 

Rok 1945. Pierwszy etap

Z samego rana zaczęto wywoływać z cel więziennych poszczególne osoby każąc wyjść z rzeczami. Wyprowadzano na dziedziniec więzienny i ustawiano w dwuszeregu.
Zostałem po nazwisku wyczytany, kopniakiem dano mi do zrozumienia, że mam wyjść z szeregu. Zrobiono mi kilka zdjęć z różnych stron nie pro­sząc wprawdzie ani o uśmiech, ani o przyjemny wyraz twarzy. Oprócz mnie jeszcze kilka osób dostąpiło zaszczytu podobnego traktowania. Oni również mieli długie wyroki: 20 i 25 lat.
W ten sposób skompletowano grupę dającą się pomieścić w wagonie bydlęcym. Otworzono ze zgrzytem bramę więzienia i otoczeni wojskiem i psami wyszliśmy na puste ulice Lidy. Daleko nie trzeba było iść. Prawie tuż przy więzieniu przechodziła bocznica kolejowa, na której stał skład wagonów towarowych, na dachach których ustawione były karabiny maszynowe. Okna wagonów były zabite deskami i okratowane. To był skład pociągu, którego wagony i wyposażenie nie zachęcały do podróży. Wręcz przeciwnie, ich widok napełniał przygnębieniem i dziką chęcią sprzeciwu. Cóż jednak mogliśmy zrobić. Byliśmy bezbronni wobec zbrojnej i bezwzględnej w swym zacietrze­wieniu siły.
I tutaj kopniakami i kolbami zapraszano nas do wejścia, żeby moc zamknąć i zaryglować drzwi. Po ile osób wepchnięto do każdego wagonu - trudno powiedzieć. Wzdłuż ścian były zrobione z desek dwa rzędy prycz, na środku stał jakiś piecyk, trochę węgla i drzewa. Z boku był otwór około 15 cm x 15 cm z wciśniętym trójkątnym korytem służącym za ubikację, a także kij do wypychania nieczystości. Używaliśmy go potem do zbierania śniegu z sadzą, by gasić nim pragnienie.
. Załadunek trwał cały dzień. Pociąg ruszył pod wieczór w kierunku Miń­ska. Gdy tam przybyliśmy, przez zrobione w deskach szpary widać było chodzących żołnierzy w polskich mundurach. Straszny żal ścisnął nas za serce. Krzyczeliśmy pojedynczo i zbiorowo: ratujcie nas, bracia! Wiozą nas na Sybir! Jesteśmy polskimi partyzantami! Na te krzyki otworzyły się drzwi wagonu i wpadło na nas kilku sowieckich żołnierzy z kijami, rozdając razy na prawo i lewo z okrzykiem: nie razgowariwat' (nie rozmawiać).
W Mińsku dano nam jeden bochenek chleba na czterech, po jednym solo­nym śledziu, a z worka wysypano podobne do wiórów drobne rybki pomiesza­ne z solą, tak zwaną kamsę, po których chciało się pić niemiłosiernie. Stu­kaliśmy w drzwi i wołaliśmy o wodę. Był to chwyt propagandowy, że nie
wołamy jeść, więc znaczy, że nie jesteśmy głodni. W takiej sytuacji wyjmo­waliśmy koryto z naszej ubikacji, przymocowywaliśmy do kija bańkę (puszkę) od konserw i zbieraliśmy w nią śnieg z sadzą, który po stopnieniu dawał trochę wody, aby zaspokoić męczące nas po solonej rybie pragnienie.
Konwojenci mieli wielką wprawę w komponowaniu składu grupy osób w wagonie. Do grona młodzieży dołączyli starych wygów frontowych, złodziei i bandytów. Oni zajmowali najlepsze miejsca w wagonie. Znając bardzo dobrze język rosyjski, który był ich językiem ojczystym, obyczaje i porządki tego kraju i środowiska czuli się panami sytuacji. Oni dzielili otrzymywany prowiant, jawnie zdzierali z nas ubranie i odbierali nam żywność. Mieli po­wiązania z konwojentami, którym przekazywali zrabowane zegarki i inne rzeczy, za co otrzymywali dodatkowe racje żywności, chleb i konserwy.
Jeden jedyny raz próbowaliśmy im się przeciwstawić, lecz nie wyszło to nam na dobre. Zostaliśmy tak strasznie pobici, że straciliśmy wszelką chęć do walki z tymi zbójami. Oni mieli wprawę - my nie. Na najbliższym postoju do wagonu wpadło kilku żołnierzy i pobili nas dodatkowo w sposób niemiłosierny, jakoby za zakłócanie spokoju i wprowadzanie bałaganu. Teraz nie mogliśmy już mieć najmniejszych wątpliwości, że te łobuzy są groźne przede wszystkim dlatego, że są przedłużeniem ramienia sowieckiej spra­wiedliwości. To po ich stronie stanie uzbrojona przemoc, która nawet mając już nas w ręku jeszcze szuka sprzymierzeńców do kompletnego ujarzmienia nas. W takiej sytuacji byliśmy bez szans.
Na każdym postoju otwierały się drzwi wagonu, wpadało kilku żołnierzy z młotkami w ręku, którymi najpierw przeganiano nas na jedną stronę bijąc i kopiąc. Opukiwali boki i podłogę tej części wagonu, sprawdzając, czy nie przecięliśmy deski, co mogłoby umożliwić nam ucieczkę. A potem odwrotnie: przeganiano nas w drugi koniec wagonu i znów dokładnie badano stan desek. W tym samym czasie przed drzwiami stali żołnierze z bronią gotową do strzału. Trzeba przyznać z pewną satysfakcją, jeżeli o jakiejkolwiek satys­fakcji może być mowa, że władza, która miała nas w ręku, zdawała sobie sprawę z tego, że byliśmy grupą młodych odważnych, zdolnych do walki i zorganizowania się ludzi, sam kwiat polskiej młodzieży, najaktywniejsi i naj­lepsi. Chodziło o to, żeby w nas zniszczyć to, co wynieśliśmy z domu: moral­ne zasady i patriotyczne wychowanie.
Czas powoli się zacierał. Bez kalendarza, bez nazw dni tygodnia stał się pasmem jednakowo koszmarnych dni i nocy.

Orsza

Miasto było zniszczone i zamienione w gruzy. Ze ścian opadały tynki, framugi okien i drzwi butwiały na deszczu, zamiast wybitych szyb wstawiono kawałki kartonu lub dykty, spalone dachy przekrzywiły się i wykoślawiły, grożąc zawaleniem, straszyły kikuty kominów. Z wagonów zostaliśmy skiero­wani do więzienia, które podobnie jak w Lidzie miało tylko mury i sposobem polowym zrobioną łaźnię. Przy naszym wyładunku, z niektórych wagonów wynoszono ciała więźniów, którzy nie wytrzymali trudów podróży, i zosta­wiano je na rampie. U nas na szczęście nikt nie umarł.
Opróżniając kolejne wagony, grupy więźniów wprowadzano do pomiesz­czenia i kazano rozebrać się do naga. Młode dziewczyny w wieku 18 lub 20 lat zatrudnione tam, goliły nam włosy na łonie i tam, gdzie tylko one rosły, a to miejsce smarowały jakimś cuchnącym płynem, na głowę lano łyżkę myd­ła i dawano wiadro letniej wody do obmycia się.
Dziewczyny miały ogromną wprawę w wykonywaniu swojej pracy, a przy tym żadnego wstydu czy skromności. Czekiści wganiali nas na półmetrowej wysokości ławy, przy których stały dziewczyny z brzytwami. Lewą ręką od­chylała męskie przyrodzenie, a prawą goliła włosy, Śmiały się przy tym z nas, młodych chłopaków, a nawet w żartach któraś klepnęła przez pośladki z okrzykiem biegi (biegnij). My natomiast to czerwieniliśmy się, to bledli ze wstydu, że nago stoimy wobec kobiet. Ach, jakie to było upokarzające. Jak inaczej byliśmy wychowani. Jakie one miały słownictwo i powiedzonka, to wstyd mi nawet jako mężczyźnie powtarzać, sama brutalna "łacina".
W tym czasie ubranie nasze zostało wsadzone do specjalnego pieca o bardzo wysokiej temperaturze, tak zwanej odwszalni, czymś spryskane, czym później śmierdziało niemiłosiernie, lecz przestaliśmy się drapać i jakiś czas wszy nam nie dokuczały.
W Orszy otrzymaliśmy po raz pierwszy gorącą bałandę (zupę) w blasza­nych miskach, a dzielili ją nasi oprawcy z wagonów i kto był posłuszny, lub komu zabrali cos szczególnie dobrego, otrzymywał zupę gęstą, z dna, a kto nie był posłuszny, kto się jakoś naraził, zasłużył na niechęć bandyty - ten dostał samą wodę z wierzchu. Zupa gotowana była z jakichś zgniłych liści i ryby. Tak stopniowo poznawaliśmy wewnętrzne rygory więziennego życia.
Wagony nasze zostały poddane szczegółowym oględzinom w celu uda­remnienia ewentualnych planów ucieczki.
W więzieniu zgromadzono ogromnie dużo więźniów miejscowych i nas przyjezdnych, tak że spaliśmy wszyscy razem, kobiety i mężczyźni, ogrzewa­jąc się nawzajem.
Tutaj po raz pierwszy zobaczyliśmy, jak jest eksploatowana w tym kraju, gdzie rządzi jakoby klasa robotnicza, darmowa siła robocza więźniów. Kobie­ty i mężczyźni odziani w łachmany, byli zaprzęgani do sań służących do wywożenia śniegu lub przywożenia wody i żywności, jako transport miejski, naturalnie pod konwojem.
Byliśmy jak ludzie z innego świata. Tu zastaliśmy zburzone nie tylko miasto, ale najelementarniejsze zasady życia ludzkiego. To, co tu widzieli­śmy, i co im wydawało się normalne, co oni od lat przyjęli za normę i zwy­czajność, dla nas było nie do pomyślenia w świecie, z którego nas wyrwano. Tu było wszystko inaczej. Oni wiedzieli o tym, że my jesteśmy kimś innym. Wiedzieli, że chociaż widzą nas w tak opłakanym stanie i chociaż pozornie górują nad nami i w sposób oczywisty mają nas w ręku, to jednak jest coś, czego jeszcze nie zdołali nam odebrać, że w jakiś sposób niewytłumaczalny i niejasny dla nich samych wciąż czymś górujemy nad nimi. Dając upust tym gnębiącym ich niepokojom, kpili sobie z nas mówiąc: jedziecie na białe nie­dźwiedzie, żyć będziecie, ale dziewczynek wam się odechce... Co się wkrótce sprawdziło.
Rano załadowano nas do tych samych wyziębionych wagonów i w tym samym składzie osobowym, gdzie rządzili złodzieje i bandyci. Byłem bardzo chudy, a złodzieje nazywali mnie "synok". Zabrali mi długi kożuch, dając w zamian płaszcz wojskowy, za ciepłe ubranie z wełnianego sukna otrzymałem watowane spodnie i fufajkę (waciak), za wojłoki - dostałem wojskowe buty i nie mogłem na to nic poradzić, zacisnąłem zęby i milczałem, nawet płakać wtedy jeszcze nie umiałem. Posiadaną z domu żywność rozgrabiono, a otrzymywany w drodze suchy prowiant trzymał nas w ciągłym głodzie. Lecz nauczeni już doświadczeniem i wzorem Rosjan przestaliśmy jeść "karmę", po której tak strasznie chciało się pić. Rachuba czasu i przestrzeni zagubiła się, a droga, którą nas wieziono, była nieznana. Pociąg zatrzymywał się często, aby przepuścić inny, jadący na zachód z wojskiem, a nas wciąż wieziono na północ.
Pewnego razu złodzieje leżący przy oknie, mając do swej dyspozycji szczeliny w deskach zakrzyczeli: Moskwa! - i transport się zatrzymał. Po wrzuceniu do wagonów kilkudziesięciu bochenków chleba i wstawieniu drew­nianej beczki z ledwie ciepłą zupą, dzieloną wśród nas przez złodziei jak poprzednio, bardzo szybko ruszyliśmy dalej.
Wyjeżdżając z Moskwy słyszeliśmy kanonadę strzałów artyleryjskich i każdy z nas po cichu pomyślał, że to Amerykanie bombardują stolicę Kraju Rad, i że my niedługo zostaniemy uwolnieni i wrócimy do rodzinnych stron, do udręczonych troską o nas rodzin, zaczniemy normalne ludzkie życie w normalnym cywilizowanym kraju, w którym zwykli ludzie nawet nie wiedzą, jakie jest azjatyckie okrucieństwo i dzicz.
Na stacji rozrządowej pociąg musiał długo stać na bocznicy, gdyż cała trasa zapchana była wojskiem i sprzętem wojskowym. Jechaliśmy i jechali, przemierzając ogromne przestrzenie tego ogromnego państwa, pytając siebie nieustannie dokąd?

Pieczora

Z Moskwy prowadzi magistrala kolejowa do Workuty poprzez Pieczorę - krainę węgla, mrozów, łagrów, zsyłki, śmierci tysięcy ludzi i nieszczęść ludzkich. Mówili nam starzy więźniowie, że na trasie z Pieczory do Workuty pod każdym podkładem kolejowym leży Polak, zesłany tutaj za cara lub Stalina, bo oni obaj to są bracia w niszczeniu narodu, i obaj są sprawcami mnóstwa tragedii ludzkich. "I was tutaj pochowają" - dodawali, kończąc swoją opowieść.
Tutaj właśnie zaczyna się rejon obozów. Są one położone wzdłuż magi­strali kolejowej zaczynającej się od Pieczory w Komi ASSR, ze stołecznym miastem Syktywkar, aż do Workuty u podnóża gór Uralu. Nasz transport skierowany został do Pieczory jako punktu docelowego, gdzie po wyładowaniu
skierowano nas do zagród selekcyjnych. Jest to pomieszczenie ogrodzone jednolitym płotem, o powierzchni około 50 m. kw. z wyszkami (wieże strażnicze) po rogach, na których stali żołnierze z karabinami maszynowymi i reflekto­rem, mający wgląd na cztery przylegające do siebie ogrodzenia. Stały tam nie ogrzewane baraki chroniące jako tako, może nie tyle przed zimnem, ile przed wiatrem i opadami atmosferycznymi. Tyle tylko, że miało się świado­mość, że jest się w pomieszczeniu, a nie całkiem pod gołym niebem. Takich zagród było dużo, jak okiem sięgnąć. Były pełne więźniów, kobiet i mężczyzn. Stąd brano po 20 osób do kontroli i łaźni.
Czekając na swoją kolejkę do łaźni nawiązałem rozmowę z więźniem pil­nującym porządku, który jak się okazało, był Polakiem. Był on dawniej wy­znaczonym służbowo werbowszczykiem do armii Andersa. To znaczy poma­gał Polakom, którzy znaleźli się na terenie Związku Sowieckiego, wstąpić do polskiego wojska. To nie było proste. Nie wszędzie docierała wieść o tworzącym się wojsku polskim, nie zewsząd można było się wydostać, ponie­waż miejscowe władze bardzo utrudniały Polakom tego rodzaju przedsię­wzięcie. Będąc daleko w głębi tego mocarstwa sam nie zdążył dołączyć, gdy armia opuszczała ZSRR, a potem został osadzony w obozie bez wyroku, jako wróg narodu, nie wiedząc nawet na jak długo i za co. On doradził mi, żebym me przyznawał się do wyroku dwudziestu lat, to będę miał lżej i nie poślą do kopalni w Workucie, a dokumenty mogą dojść do obozu za rok albo i dłużej. Tak tez było.
Procedura w łaźni była taka sama jak w Orszy: golenie włosów, mycie, odwszawianie ubrania. Obsługę również stanowiły młode dziewczęta. Jedyną różnicą na korzyść tego punktu nad poprzednim był prysznic, który włączano co 10 minut, aby na 5 minut puścić letnią wodę. I tutaj także złodzieje zajmowali lepsze oczka dla siebie, a my prawie nic.
Po wyjściu z łaźni zostaliśmy skierowani na komisję. Stały stoły, przy nich siedziały kobiety, po dwie na jednym stanowisku. Każdy więzień, ro­zebrany do naga, podchodził i był pytany o imię, nazwisko, imię ojca, rok urodzenia, statju (paragraf), srok (termin wyroku). Następnie jedna z nich podchodziła pytając, na co chory. Zaglądała w zęby, a następnie brała za pośladek, w ten sposób określając kategorię zdrowia.
Jak pisałem poprzednio, byłem niezmiernie chudy, a przeżycia, warunki, w jakich ostatnio przyszło mi żyć, a następnie dramatyczna podróż, jeszcze bardziej mnie wycieńczyły. Otrzymałem trzecią kategorię, z czego byłem bardzo zadowolony, bo kategorię drugą i pierwszą kierowano dalej na północ.
Po ubraniu się kierowano do pomieszczeń zgodnie z przyznaną kategorią. Kobiety i mężczyźni razem. Tutaj dopiero napatrzyłem się na tragedię mło­dych, ładnych, ale jakże nieszczęśliwych kobiet.
Kobiety gorzej znosiły trudy podroży. Panowała u nich dyzenteria, czyli ponos - biegunka, która była chorobą obozową, spowodowaną brakiem właś­ciwego wyżywienia. Gdy musiały wyjść za potrzebą, biły pięściami w drzwi, żądając wypuszczenia do ubikacji. Jeśli to nie była godzina wyznaczona na ten cel, to nie zostały wypuszczone. Leciało z niej wszystko, i fekalia i krew, a ona krzyczała: Boże, mój Boże, do czego ja się dożyła! Mamo, moja mamo, po cóż mnie na świat rodziła!" To było po rosyjsku, co krzyczały, innych nie rozumieliśmy, ale zawsze wzywały Boga i matkę.
Były to dziewczyny przeważnie młode i ładne, które jakoby za współpracę z Niemcami były sądzone i skazane od 10 do 20 lat łagru, następnie ze­słane  do  obozów  pracy,  które  przecież  nie  były  zwykłymi  obozami,  lecz katorżniami. Dziewczęta te były różnych narodowości, z całej Rosji i nawet Europy.
Otrzymywaliśmy raz na dzień ciepła bałandę (zupę) i kawałek chleba oraz dwa razy kipiatok (wrzątek), ale cały dowcip polegał na tym, że nie było w co brać przydziału. Brak było misek i łyżek, co stwarzało warunki do handlu. Nieraz trzeba było oddać ostatnią kromkę chleba za pustą puszkę od konserw i drewnianą łyżkę, a potem pieczołowicie ją chronić.
Był kwiecień 1945 roku. Śnieg zaczynał tajać. Na wschodzie widać było ośnieżone góry Uralu. Po paru dniach skompletowano około 50 osób i skiero­wano je do obozu oddalonego od Pieczory około 10 km wzdłuż torów kolejo­wych. Znalazłem się wśród nich. Z przodu, z boków i z tyłu zostaliśmy otoczeni konwojem z bronią gotową do strzału i psami. Ręce kazano założyć do tyłu i nie rozmawiać. Starszyna konwoju przeczytał formułkę, którą potem słyszałem codziennie: "krok w lewo, krok w prawo, konwój strzela bez uprzedzenia. Ręce w tył. Nie rozmawiać! Naprzód marsz!"
Mój Boże, jak myśmy wtedy wyglądali strasznie - kupa łachmanów, z workiem na plecach, każdy wystraszony, wynędzniały i głodny. Szkielety ludzkie powleczone skórą.
Po dłuższym marszu ukazał się nasz pierwszy obóz. Składał się z drew­nianych baraków, z których wydobywał się dym, znak, że ktoś w nich miesz­ka Obóz był ogrodzony dwoma rzędami drutów kolczastych, na wysokość około 2 m z wyszkami po rogach. Za drutami kilka baraków dla wojska i NKWD. Całość była położona na górze. W dole biegły tory kolejowe Moskwa - Workuta. Zadaniem naszego obozu było utrzymanie w ciągłym porządku tych torów na odcinku około 10 km w lewo i w prawo od obozu, gdzie stykały się uczastki (odcinki) podległe opiece innych obozów.
Ponieważ była godzina wieczorna, na spotkanie nasze wylegli więźniowie - ciekawi nowych twarzy, jak też wypatrując tych, z którymi już się kiedyś zetknęli. Wpuszczano nas przez dyżurkę pojedynczo. Dokonywano szczegółowej rewizji osobistej. Następnie rejestrowano nazwisko, imię, rok urodzenia, wyrok, paragraf i koniec wyroku. Następnie nowoprzybyłych kierowano do poszczególnych brygad rozmieszczonych w barakach. Znalazłem się w grupie pięcioosobowej, którą naradczyk (odpowiedzialny) zaprowadził do brygady, w której brygadzistą był nieruski, jak mówiono o Kirgizach, Gruzinach i innych narodowościach. Nazywał się Loszka Cej.
Brygadzista wskazał nam prycze, które od dziś miały być naszym miejs­cem noclegu, bez jakiegokolwiek posłania, ale z wiecznie głodnymi jak wszy pluskwami. Bez jedzenia kazał nam odpoczywać, bo rano o godzinie szóstej - podijom (pobudka).

Marian Dowgiałło