Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Zapiski oficera armii cyerwonej

22 czerwca 1941 roku Vilnius

Wszystko mi w głowie poplątało się i czuję, że zginąłem ja na zaw­sze. I nie mam pojęcia, co teraz robić.
Poszedłem ja na spacer za Zielony Most. Dzień piękny. Ciepło. Sło­neczko świeci. Słyszę ja: samoloty warczą. Przyjemnie mi się zrobiło, że nasze orły czuwają na straży Związku Radzieckiego. Tymczasem samo­loty zaczęły pikować na most. "Manewry robią" - pomyślałem ja sobie. Ale wnet wybuchy się rozległy i woda z rzeki w górę trysnęła, a belki z tratew w powietrze poleciały jak zapałki. "Oho! - pomyślałem ja sobie. - To nie manewry nasze, lecz akcja wroga. Chcą nam most znisz­czyć".
Ludzie biegną, chowają się, gdzie kto może. Z daleka też wybuchy słychać. Dym idzie do góry. Pożary zaczęły się. Zrozumiałem ja, że to Anglicy nalot na miasto zrobili. Bo więcej nie ma komu. Nie dostrzegł nasz kochany Hitlerek, jak przelecieli nad Niemcami i biją, podli fa­szyści, po Związku Radzieckim! Wybrali czas, kiedy jesteśmy zajęci wywożeniem Polaków. A może nawet specjalnie, jako faszyści, chcą przyjść z pomocą polskim faszystom i przeszkodzić likwidacji ich. Ale im to darmo nie ujdzie. Ja sam nawet po jednym aeroplanie trzy razy z pistoletu wystrzeliłem i pewnie trafiłem dobrze, bo widziałem, jak za­chwiał się w powietrzu.
Tymczasem nalot się skończył. Wylazłem ja z dołu, w którym ukry­łem się od odłamków bomb, i biegnę do domu. A po drodze do mnie jakiś bojec krzyknął:
- Niemcy miasto bombardują!
- Anglicy, a nie Niemcy! Dureń jesteś! - krzyknąłem ja do niego. Przybiegłem ja do domu, a tam nauczycielki okna zamykają, które poprzednio pootwierały, żeby im szyby od wybuchów bomb nie wyle­ciały. Odemknąłem ja swój pokój i widzę: w oknach ani jednej całej szyby nie ma. Wówczas poszedłem ja do nauczycielek i pytam:
- Mario Iwanowna, moja droga, co to się dzieje?
- A czy pan jeszcze nie wie?!
Nie zrugałem ja jej za "pana" i dalej grzecznie z tą zarazą rozmawiam.
- Nic nie wiem dokładnie. Przypuszczam, że to Anglicy zrobili nalot na Wilno.
Umyślnie powiedziałem nie Vilnius, lecz Wilno, żeby tym burżujkę udobruchać. A ona patrzy na mnie. Ale jak patrzy? Tak, jakby mnie rogi urosły. A potem mówi:
- Gdzież tam Anglicy! To Niemcy bombardują miasto i zaczęli ofensywę.
- Jakie Niemcy?
- No Niemcy... hitlerowskie... Czy pan i tego nie wie?!
- Ale jakże im na to Hitler i Stalin pozwolili?! Chyba Hitlera już nie ma!
- Toż właśnie Hitler wojnę przeciw wam zaczął.
Poczułem ją że w oczach mi ciemno robi się, a w głowie szumieć zaczęło. Oparłem się o ścianę i omal nie upadłem. Ale Maria Iwanowna zimnej wody mi napić się przyniosła. Oprzytomniałem ja dopiero w swoim pokoju. Położyłem się na łóżku i ze dwie godziny bez ruchu leżałem. Tak od razu zesłabłem. Potem do koszar pobiegłem, żeby cze­goś więcej dowiedzieć się. Patrzę: w koszarach nie ma nikogo. Tylko kilku naszych oficerów biega, którzy - jak i ja - na prywatnych miesz­kaniach żyli.
Okazało się, że sztab już uciekł z miasta, a pułk nasz na dworzec skierowano. Zacząłem ja ganiać po mieście, bo nie wiedziałem, co robić? Ale przekonałem się, że żadnych naszych władz już nie ma. Wszyscy pouciekali. Kiedy oni zdążyli - pojęcia nie mam! Ani Komen­dantury nie ma, ani NKWD. Tylko ciężarówki jeszcze jeżdżą i Polaków na dworzec według spisów wożą. Wiadomo: rozkaz władz spełniają, bo chyba nie był odwołany. A władze dawno fiu-fiu! I śladu nie ma po nich.
Wróciłem ja do domu dopiero późnym wieczorem. Okazało się, że rzeczywiście Hitler uderzył na Związek Radziecki. Sam komunikat naszego radia słyszałem: "...Zezwierzęceni hitlerowcy napadli na Zwią­zek Radziecki, ale drogo za to zapłacą!".
Może i drogo zapłacą, ale co mi z tego? Co ja mam teraz robić?... Widziałem już kilku naszych oficerów w cywilnych ubraniach. A ja, jak dureń, walizki i katarynki kupowałem. Teraz nawet przebrać się nie mam w co. A hitlerowcy, jak słyszałem, całą parą naprzód walą i może wkrótce tu będą. Ich NKWD takich gości jak ja na pewno w robotę weźmie i na niemiecki Sybir do łagrów wyśle.
Trzeba było zawczasu dowiedzieć się: jak Niemcy postępują z tymi, którzy im sami poddają się. Mam ja trochę różnych wiadomości woj­skowych, to bym im chętnie wszystko opowiedział. Ale czort ich wie! Może u nich z nami rozmowa krótka. Kula w kark i po wszystkim. Po­żałowałem ja bardzo, że do nauczycielek za surowo odnosiłem się. Ale kto to wiedział, że takie zmiany nadejdą. Teraz i poradzić się nie ma kogo. I o pomoc poprosić nie majak.
Przypomniał mi się kontrik Kola i jego słowa: "...za 20 lat w tej samej książce, lecz w innym wydaniu, będzie napisane... jeśli Armia Czerwona gdzieś od kogoś dostanie w skórę, to tylko dlatego, iż Stalin był kapitalistycznym agentem i zwycięstwu przeszkodził". Zgadł Kol­ka. Wielka to prawda! Bo Trocki zdradził Rosję w 1920 roku. A dlacze­go zdradził? Bo był Żyd, więc co go tam ruski naród obchodził!... A teraz ten... bo... bo też jest obcy. To znaczy Gruzin. Po tym nosie pa­skudnym i po wąsach widać, że to dobry numer! Zwąchał lepszy interes za granicą albo się dowiedział, że go chcą zlikwidować prawdziwi ruscy patrioci, więc Hitlerowi za dolary sprzedał się. A o tej przyjaźni Hitlera dla naszego narodu to on umyślnie trąbił, żeby czujność proletariacką uśpić!... W ten sposób zrozumiałem ja od razu całą jego reakcyjną ro­botę. Bo, pierwsza rzecz: jeśli nie był on pewien Hitlera, to po co go zawsze i wszędzie wychwalał i materiałami wojennymi wspomagał? Druga: jeśli go Hitler rzeczywiście wykiwał i durnia z niego zrobił, to cóż on wart?!... W takim razie nawet Morgałow jest sto razy od niego mądrzejszy, bo dawno wojnę z Niemcami przewidywał, ale za to z całą rodziną do łagru trafił. A może dlatego tylko Morgałowa Stalin unie­szkodliwił, że budził on czujność proletariatu?...
Złość mnie ogarnęła. Porwałem się na nogi. Stanąłem przed portre­tem Stalina, który, zdawało mi się, do portretu Hitlera porozumiewaw­czo oko robi, i spytałem go:
- Jakże tam poszło tobie z naszym wiernym przyjacielem? Powiedz mi to, nauczycielu nasz i wodzu kochany! Chyba ty zgłupiałeś na sta­re lata zupełnie albo takim samym zdrajcą jesteś jak i Trocki!
A on nic.
Więc ja portret jego ze ściany zdjąłem i patrzę w tę fałszywą gruziń­ską mordę. A on milczy... Wówczas ja tak do niego przemówiłem:
- Tato twój uczciwym proletariuszem i szanowanym szewcem był. Trzeba było i tobie więc wyuczyć się porządnie buty szyć. Ale nie lu­biłeś uczciwej pracy, więc zacząłeś na popa się kształcić. Tylko rozu­mu na to miałeś za mało, więc wygnali ciebie z seminarium jak sobakę. A teraz znów durniem okazałeś się!... Nie! Nie twoje miejsce w tym honorowym kącie!
Położyłem ja portret Stalina na krześle, a na jego miejscu powiesi­łem portret Hitlera i czerwoną lampkę przed nim zapaliłem. A Stalina jak kopnę, to tylko szkło posypało się z ramy i portret w górę frunął, i za piec upadł. Nawet z tej sytuacji wykręcił się, bo zamierzałem ja go w drobne kawałeczki podrzeć. Polazłem ja na piec, ale w żaden sposób portretu dostać nie mogłem, bo w dół zsunął się. Plunąłem ja tylko tam i zlazłem.
Potem stanąłem ja przed portretem Hitlera i patrzę mu w oczy. Od razu zrozumiałem, że jest on bardzo mądrym i ideowym wodzem. A jaki odważny! Tyle już państw zagarnął, a teraz jednocześnie Anglię i Rosję wziął w robotę. I to jak wziął! Sam przekonałem się.
Stanąłem ja na kolanach przed portretem Hitlera i nisko jemu pokło­niłem się. Zrozumiałem ja, że to ON właśnie prowadzi ludzkość do lep­szego życia i walczy o dobro proletariatu. Że on prawdziwy socjalizm może na świecie ustanowić.
Bardzo ja pożałowałem, że nie mogę na jego cześć niemieckiej Mię­dzynarodówki zaśpiewać. Nawet tego nie wyuczyłem się, zaślepiony fałszywą stalinowską propagandą.

Sergiusz Piasecki