Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Żyć nie dali i umrzeć nie dali

 

Rano biciem kawałkiem żelaza w zawieszoną szynę budzono nas do robo­ty. Brygady szły kolejno na zawtrak (śniadanie) składające się z zupy ze zgniłych liści lub turniepsu (buraki pastewne), 50 g kaszy jęczmiennej i 300 g chleba z mąki kukurydzianej, który trzeszczał w zębach. Przed godziną siódmą wychodził naradczyk i wyczytywał, kto jest zwolniony przez miedwracza (felczera obozowego) od pracy w dniu dzisiejszym. O siódmej bryga­dzista prowadził do bramy, w której stał żołnierz "u daski" (przy tablicy), na której zapisywał numer brygady i ilość osób wchodzących w jej skład. Przepuszczał grupę więźniów na miejsce pracy, które było otoczone przez wojsko i oznaczone tablicami z napisem: zapretnaja zona (strefa zakazana).
Robota nasza polegała na porządkowaniu byle jak rozkopanej góry, poni­żej której znajdowały się tory kolejowe. Geodeta przy pomocy aparatu usta­lał wysokość, a niepotrzebną ziemię kilofami i łopatami zsuwało się na dół. Najgorsza robota była, gdy padały deszcze. Woda ściekająca po zboczach gromadziła się na dole - powstawało błoto, z którego trudno było wyciągnąć nogę.
Mieliśmy w brygadzie starszego człowieka o nazwisku Kościczarenko, który klął niemiłosiernie i wyzywał Jeźowa, Berię i Stalina, że nie dają żyć ani umrzeć, po co matka go rodziła, za co go Bóg tak karze.
Gdy przychodziła zima, bryły ziemi rozbijało się młotkami i kilofami. Niektórzy specjalnie podkładali rękę pod młot, żeby się okaleczyć i nie chodzić do pracy, bo to była straszna katorga. Zamieć, mróz i głód. Nie pracując na mrozie można było zamarznąć, a żeby pracować nie miało się siły.
W brygadzie byłem jedynym Polakiem, do czego zawsze głośno się przy­znawałem. Brygadzista znał swoich ludzi doskonale i otrzymawszy do swej brygady taki dla niego widocznie egzotyczny okaz, był ciekaw, gdzie leży Polska, jacy tam ludzie mieszkają, jakie są ich obyczaje. Pomimo rozmowy, którą prowadził, należało pracować, bo chodził z kijem, którego często uży­wał. Goniąc do roboty, starał się, żeby wszyscy wyrobili ponad 100%, bo wtedy cała brygada otrzymywała trzeci kocioł: trzy razy ciepłą zupę po 500 g, dwa razy kaszę po 50 g i 700 g chleba jak glina twardego i ciężkiego, a wieczorem po 350 g. W obiad przywożono, używając więźniów jako siły pociągowej, prem bliudo (danie dodatkowe). Otrzymywały je brygady dobrze pracujące. Robota posuwała się dość raźno, latem wyrównane zbocze wykła­dano darniną i przybijano ją drewnianymi kołkami do podłoża, zęby darnina trzymała się na zboczu.
Na brygadzistę nie mogę narzekać. Był człowiekiem ludzkim i swojej władzy nad nami nie nadużywał. Przynajmniej do mnie w zasadzie miał sto­sunek w miarę ludzki. Pracowałem jak mogłem, a on pouczał. Krzyczał: szewieliś (ruszaj się), a to zamiorzniesz! Mówił, jedz tylko to, co dają, nie dolewaj wody do zupy, żeby było więcej, bo to niezdrowo, nie mieszaj traw i korzeni, bo się narażasz na ponos (biegunka). Żołądek się skurczy, zawsze w nim będzie ssało, ale nie będziesz czuł się taki strasznie głodny, przy­zwyczaisz się. I będziesz żył.
Byli w obozie tak zwani kombinatorzy - musorniki, ludzie grzebiący w śmietnikach, którzy nie chcieli wychodzić do roboty, a byli też i ludzie na­prawdę chorzy, których naradczyki, a było ich kilku, wyciągali za ręce z obozu, rzucali z góry, i ci leżeli jak martwi na poboczach góry do wieczora. Wieczorem koledzy zanosili ich do obozu, aby następnego dnia powtórzyło się to samo. Sami siebie wykańczali w ten sposób Ale bo tez nie każdy miał w sobie taką silną wolę i nerwy, żeby to wytrzymać, aby znosić taką ponie­wierkę.
Naradczyk jest to więzień z małym wyrokiem, którego obdarzono funkcją pośrednika między więźniami i władzami obozu. On przydziela ludzi do brygad, brygadom zaś przydziela miejsce pracy. On tez wygania rano więźniów do roboty. Jest najważniejszą osobą wśród więźniów, ich panem i władcą - najbardziej nie lubiany i pogardzany.
Raz w ciągu dnia kursował pociąg do Workuty, z którego rzucano więź­niom papierosy, chleb i inne rzeczy. Więźniowie rzucali się na tę zdobycz gromadą, że nogami wgniatali w ziemię dary przejezdnych podróżnych, i nic prawie nie zostawało po nich, traciły swą wartość użytkową. A na domiar złego brygadziści pałkami rozganiali więźniów, goniąc ich do roboty. Pozwolono nam napisać dwa razy w roku listy do domu. Z worka po cemencie wyrwałem kawałek papieru. Ktoś miał ołówek. Na­pisałem list, podając pocztowy jaszczyk (skrzynkę) Pieczorskie Obozy Pracy Korni ACCP i po złożeniu w trójkąt, w czym trzeba było być specjalistą i znać sposób, bo to trzeba umieć zrobić według powszechnie przyjętego sposobu - wysłałem list do domu, naturalnie przez cenzurę obozową. Czekałem z nadzieją na wiadomość z domu.
Niektóre brygady oczyszczały ze śniegu tory, inne wymieniały podkłady, które gniły i pękały, a nam potem służyły za opał. Jako piece służyły beczki żelazne z otworem na komin z jednej strony, a na palenisko z drugiej. Otwo­ry wycięte były tak, że nie raz dym szedł na barak. Paliło się w nich dzień i noc, a mimo to było piekielnie zimno. Szczególnie gdy był silny mróz i wiatr, wstawało się z rana zmarzniętym. Szron był na ścianach baraku, na naszych ubraniach, na ciele - dosłownie wszędzie. Zdarzało się często że trzeba było kogoś wynosić, bo nocą zamarzł na śmierć.
Na piętrowych pryczach spaliśmy we dwóch, przytuleni do siebie plecami, a przewracaliśmy się na drugi bok na komendę, okryci buszłakiem (palto) jednym na nogi, drugim na plecy. W baraku był niesamowity smród, gdyż nad piecem suszyła się odzież, buty uszyte z materiału, które bardzo szybko mokły. Nazywali je czułki (pończochy), na nie wkładało się zrobione z opon samochodowych - czunie, podobne do chodaków, bardzo ciężkie. Część więź­niów co dzień rano szła do pobliskiego lasu dowożąc opał zimą na saniach, latem przynosząc na własnych plecach dla kuchni, obozu i baraków wojsko­wych.
Czas płynął powoli. Stopniowo nabierałem wprawy w życiu obozowym. Uczyłem się języka rosyjskiego, którym posługiwali się wszyscy więźniowie z całej Europy, kalecząc go niemiłosiernie. Byłem załamany duchowo i wyczerpany fizycznie. Przy życiu trzymała mnie wiara, że jest Bóg, i oczekiwa­nie, że wkrótce otrzymam z domu list, może paczkę żywnościową, i nadzieja, że może kiedyś wrócę do Polski, pomimo mojego długiego wyroku - dwudziestu lat.
Po przyjściu z roboty i otrzymaniu jedzenia natychmiast zasypiałem jak kamień. Koledzy musieli mnie budzić na prowierkę (wieczorny apel sprawdza­jący liczbę więźniów), po której zasypiałem błyskawicznie i spałem jak zabity do rana - z głodu, z wyczerpania i z ogólnej apatii, która mnie ogarnęła. Myślę, że tak się bronił mój organizm uciekając w sen przed nadmierną roz­paczą,  dręczącymi myślami i tęsknotą za tym wszystkim, co utraciłem. Jednocześnie sen był jedynym dostępnym mi sposobem wzmocnienia organiz­mu młodego i nieokrzepłego wobec gwałtownych zmian również klimatycz­nych. Nie szukałem znajomości, nie odwiedzałem innych baraków, w których może i byli jacyś Polacy, lecz nie miałem siły i chęci do życia towarzyskiego. W brygadzie nazywano mnie polskim panem, a gdy się złościli, mówili "prze". Tak mówią o Polakach Rosjanie, którzy nie znają języka polskiego, ale go słyszeli i sądzą, że "prze" powtarza się w języku polskim często, i wystarcza dodawać do rosyjskich wyrazów "prze" i już będzie po polsku.
W naszym obozie byli wymieszani różni więźniowie, i polityczni i krymi­nalni złodzieje i bandyci, którzy rządzili. Przeważnie grali oni w karty, a nieraz i zabili kogo. Lecz były to porachunki między nimi. Stanowili oddzielny klan. Kierowali się własnymi prawami w stosunkach między sobą, a do pozo­stałych więźniów mieli odmienny stosunek. Traktowali ich inaczej i nazywali: "mużykami" - chłopami. Po dłuższym obcowaniu z nimi można było dostrzec, że są jakąś zorganizowaną społecznością, i że w tej społeczności też nie wszyscy są jednakowo traktowani. Był wśród nich podział na wory i suki. Wory to bandyci zakonni (zgodni z prawem), zaś suki to bandyci odszczepieńcy. Wory mieli własny kodeks postępowania i musieli go przestrzegać. Nieprzestrzeganie tych zasad powodowało, ze zostawali sukami.
Zawsze i we wszystkich obozach, w środowisku tym tworzyły się grupy, które nawzajem się zwalczały dążąc do zabezpieczenia sobie rządów i pano­wania.
Kodeks bandytów w przybliżeniu wyglądał następująco:
1. Żaden wór nie ma prawa służyć władzy więziennej przeciwko współ­więźniom, a który na to poszedł, stawał się automatycznie suką i należało go zabić.
2. Żaden wór nie miał prawa odebrać współwięźniowi jego państwowej porcji jedzenia ani państwowego ubrania. Miał prawo zabrać ubranie cywilne lub paczkę żywnościową.
3. Żaden wór nie mógł zabić przeciwnika bez uprzedzenia albo we śnie.
4. Słowo wora było zakonne (święte), dług karciany musiał być spłacony od razu, a w razie odmowy zabijano go na miejscu.
Wory i suki chodzili z nożami, ubrani jaskrawo, z koszulami na wierzch spodni. Gdy ktoś z "mużyków" zwrócił się do nich z prośbą o pomoc, zawsze był wysłuchany. Mieli oni swoje sądy obozowe.
W końcu 1945 roku część osób z naszego obozu, w tej liczbie i mnie, przerzucono dalej na północ, do innego obozu, podobnego jak wszystkie poło­żone wzdłuż kolei. Nazwy nie pamiętam. Gdy przepuszczano nas przez bra­mę, załatwiano formalności, robiono rewizję osobistą, jakiś oficer zaintere­sował się moją osobą jako Polakiem. Coś sobie zapisał i kazał odejść. Rano, gdy zbieraliśmy się do roboty, naradczyk kazał mi zostać, a jak wszyscy wyjdą, zameldować się na wachcie (dyżurce).
Z dyżurki, w asyście żołnierza, zostałem skierowany do jednostki woj­skowej. Tam w ogrodzeniu znajdowały się psy, które na noc były spuszczane między zasieki z drutów, aby pilnowały nas i uniemożliwiały ucieczkę. Ja miałem gotować im jedzenie i karmić je w specjalnej komórce. Naturalnie przeczytano mi formułkę o tym, co by się ze mną stało, gdybym próbował uciekać, jaka grozi mi kara. Ale dokąd miałbym uciec? Jakim sposobem wydo­stać się z tej beznadziejnej sytuacji, z tak ogromnego i groźnego kraju. Wywiązywałem się z tej roboty jak mogłem najlepiej. Karmiłem psy, które były gotowe mnie zjeść, gdyż tak były uczone. Jadłem z kiszkami różnych zwierząt kaszę gotowaną dla nich. Najważniejsze było to, że nie byłem tu taki głodny jak przy poprzednich pracach. Psy miały wyżywienie lepsze niż posiłki wydawane ludziom. Poza tym chodziłem do pracy bez konwoju. Nie marzłem pod gołym niebem. Musiałem jedynie rano i wieczorem zgłaszać się na prowierkę - tak przetrwałem do 1946 roku.
Tam to spotkałem bardzo ciekawego i zacnego Polaka z Wilna - Włady­sława Sosnowskiego. Był ode mnie dużo starszy. Biedak siedział w łagrze od 1939 roku jako jeniec wojenny. Chodził bez konwoju, ale nie wiedział, kiedy kara mu się skończy, za co go tu trzymają, i czy kiedyś zwolnią do domu z obozu. Obecnie tylko na noc był zamykany w obozie. Za dnia praco­wał w piekarni położonej poza drutami naszego obozu. Żeby nam pomoc, zbierał odłamane z form, do których wlewane było ciasto, kawałki chleba. Przewiązywał spodnie nad trzewikami i te kawałki do nogawek nasypywał Przy tym ryzykował bardzo, narażając się na srogą karę, w wypadku gdyby na dyżurce dostrzeżono ten fakt. Po przyjściu do mego baraku wchodził na pryczę i rozwiązywał nogawki, a kawałki chleba wysypywały się. Wspólnie moczyliśmy je w zimnej wodzie i zjadaliśmy z apetytem. Gawędziliśmy przy tym, opowiadaliśmy swoje przeżycia. Ponieważ miałem dużą rodzinę w Wilnie i okolicy, która ucierpiała od Sowietów w latach 1941/42, a część została wywieziona na Sybir - temat był bardzo ciekawy dla nas obu. Opowiedziałem mu historię mego kuzyna [Kleofasa Piaseckiegoj pseudonim "Lolik", który należał do organizacji związanej z "Hubalem", był w niej łącznikiem. "Lolik" został aresztowany wraz z innymi w 1940 roku, gdy nastąpiła wpadka orga­nizacji. Aresztowano wtedy braci Józefa i Bronisława Nowokuńskich, Stani­sława Ułanowskiego, braci Bibików, Michała Dorniaka, wszyscy z gminy Werenowo. Osadzeni początkowo w więzieniach Lidy i Grodna, później zagi­nęli w nieznanych okolicznościach. Michał Dorniak odnalazł się po wielu latach w Niemczech Zachodnich. "Lolika" aresztowano koło Iwia, gdy jechał na zadanie, był uzbrojony, ranił kilku żołnierzy NKWD i sam został raniony i ujęty. Na śledztwie był traktowany okrutnie. W związku z jego sprawą zostali aresztowani i uwięzieni ciocia Genowefa Mickiewiczowa z Lidy i wujek Mieczysław Dowgiałło z Tokarzyszek. Zostali oni uwolnieni przez ludność Lidy, po rozbiciu więzienia w trakcie wkraczania Niemców na nasze tereny.
Władysław Sosnowski opisał mi wygląd "Lolika", który się zgadzał, i twierdził, że był z nim razem w jednym z łagrów w Komi ASRR w latach 1941/42. Fakt zostanie faktem, że "Lolik" nigdy nie wrócił do ojczyzny i nie dał o sobie najmniejszego znaku życia, pomimo, że w kraju czekała go całe swoje życie matka i cała rodzina, niezłomnie wierząc, że żyje i że się odnaj­dzie po latach poniewierki i cierpień.

Marian Dowgiałło