Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Trzy tragiczne lata

 

W dniu 17 września Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lidzkiej zaprosiło lidzian na film "Śmierć rotmistrza Witolda Pileckiego".
Władze komunistyczne bały się go za życia, a jeszcze bardziej po zamordowaniu. Toteż zrobiły wszystko, aby w świadomości społecznej ta bohaterska postać nie funkcjonowała. A miały kogo się bać, bo tacy ludzie jak rotmistrz Pilecki to prawdziwi bohaterzy, których od raz wybranej drogi nie odwiedzie nic. Ani żadne obiecanki zwolnienia z więzienia w zamian za współpracę z ubecją, ani nawet łamanie kości, ugniatanie czaszki i wyrywanie paznokci.
Niezłomność i wierność wartościom i wynikającym z nich zasadom cechowała Witolda Pileckiego od zawsze. Można powiedzieć, że wyssał to z mlekiem matki. Wyniesiona z domu rodzicielskiego hierarchia wartości: na pierwszym miejscu Bóg, potem Honor i Ojczyzna, były fundamentem, na którym Witold Pilecki budował życie swoje i swoich dzieci. Witold Pilecki to uosobienie heroizmu na miarę antycznych bohaterów. Tyle że tam to była kreacja literacka, a tu mamy do czynienia z prawdziwym człowiekiem.
Ryszard Bugajski, reżyser i autor scenariusza, we wspaniałym autorskim widowisku przywraca pamięci jednego z największych narodowych bohaterów. Akcja dramatu - rekonstrukcja trzech najtragiczniejszych lat życia Witolda Pileckiego - rozgrywa się w Warszawie. W kazamatach więzienia przy Rakowieckiej i w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie. Na sali, wśród oskarżonych, prócz Witola Pileckiego, głównego bohatera, znajdują się też inne osoby, jego koleżanka i koledzy z konspiracji: Szelągowska, Płużański, Sieradzki, Różycki, Nowakowski i inni. Przebieg procesu Piłeckiego z 1948 r. Bugajski oparł na dokumentach min. z IPN. Rotmistrz Witold Pilecki - w znakomi­tej, stonowanej interpretacji Marka Probosza - przeciwstawiony został bezdusznemu aparatowi represji. Rolę żony bohatera rewe­lacyjnie zagrała Gabriela Muskała.

Opr. AK

 

Rozmowa: Zofia Pilecka-Optułowicz, córka rotmistrza Witolda Pileckiego


Żył krótko, ale pięknie
- Czy Zosia ze spektaklu "Śmierć rotmistrza Pileckiego", który dziś pokaże Teatr TV, jest podobna do pani?
Zofia Pilecka-Optułowicz: Nie. Nie zadano mi nigdy wypracowania z okazji Dnia Kobiet które pokazy­wałoby dobroć Stalina. Zresztą nie napisałabym go. Pamiętam inne wy­darzenie z tego okresu. W szkole na dużej przerwie włączano nam radio, kiedy toczył się proces ojca. Padały pod jego adresem same inwektywy, że jest szpiegiem, zbrodniarzem, sługusem Zachodu. W pewnej chwi­li podeszła do mnie nauczycielka i zapytała, czy Witold Pilecki jest mo­im ojcem. Potwierdziłam: "Tak, to mój ojciec i jestem z niego bardzo dumna". Miałam 14 lat, gdy go straciłam. Ale nie wiedziałam wówczas, że został tak okrutnie zgładzony.
- Dobrze go pani pamięta?
Tak. Myślę, że gdyby nawet żył 30 lat dłużej, nie przekazałby mi więcej niż przez tych kilkanaście. Chłonę­łam każde jego słowo. Kiedy miesz­kaliśmy jeszcze w rodzinnym mająt­ku w Sukurczach pod Lida, ojciec pracował na roli na równi z chłopa­mi. Wiele wymagał od siebie i od nas - ode mnie i mojego starszego o rok brata Jędrka. Byłam córką kawalerzysty, generałką, dziedziczką świeżego powietrza - tak mnie na­zywał. Patrzył we mnie jak w obra­zek. Wpajał szacunek do człowieka, przyrody. Uczył, że jeżeli znajdę bie­dronkę -mam ją podnieść i pomóc odlecieć. Dla niego uprawiałam róż­ne sporty, bo bardzo to sobie cenił.
- Nie miał żadnych wad, słabostek?
- Moja mama powiedziałaby, że żył pro publico bono. Miała żal, że choć nas bardzo kochał, wszystko poświę­cił dla Polski A mnie, mimo upływu tylu lat trudno znaleźć w ojcu jakąś niedoskonałość. Przypomina mi się jedynie sytuacja, kiedy zdenerwował się, widząc mamę z premedytacją wrzucającą kota do pomieszczenia, w którym były myszy. Dostał szału, wyjął pistolet i strzelał w sufit. Czyli bywał porywczy.
- Nie miała pani do niego żalu, ze tak mało go widuje, gdy wyjeżdżał na kolejne tajne misje?
Nie, bo nasze kontakty, choć rzadkie, były tak intensywne, że starczały na długie miesiące bez niego. Kiedy przez dwa i pół roku był w Auschwitz, pisał listy tak często, jak to było moż­liwe. Rysował na przykład dwa kra­snoludki bujające się na belce -jed­nego w czerwonej, drugiego w niebieskiej czapce. Wiadomo było, że to Nie­miec i Rosjanin. Tak nam przekazywał różne informacje. Był obdarzony wie­loma talentami: komponował i grał na pianinie, pięknie malował, pisał wier­sze. Nawet po aresztowaniu do prze­słuchującego go pułkownika Różanskiego napisał wierszem list-prośbę.
- Czuła się pani dyskryminowana z powodu ojca?
- Początkowo nie. Miałam wielu przy­jaciół, którzy pomagali mi przetrwać ciężkie chwile po jego śmier­ci Mama musiała iść do pracy, a nie mogła wrócić do zawodu nauczy­cielki, bo dla władz była żoną Pilec­kiego - "wrzodu na ciele Polski Lu­dowej" - jak mówili - i stanowiła zagrożenie dla wychowania dzieci. Problemy zaczęły się dopiero, gdy dostałam się na studia na poli­technice. Tak mi na nich zależało, że zapisałam się do ZMP. Po krótkim czasie na uczelnianej masowce wy­krzyczano mi że jestem córką zdraj­cy Polski Ludowej, i wyrzucono z or­ganizacji. Studia porzuciłam sama.
- Dlaczego?
- Bo nigdy nie mogłam dostać się do profesora na egzamin. Żeby do nie­go podejść, trzeba było mieć zalicze­nie ćwiczeń u asystentów, a oni robi­li mi przepytywania i kolokwia, któ­rych zdać nie mogłam, bo obejmowały nieprzerabiane wcześniej za­gadnienia. Prorektor Władysław Araszkiewicz, do którego miałam wielkie zaufanie, uświadomił mi, że nie mam szans na skończenie stu­diów. I sama zrezygnowałam.
- Brytyjski historyk Michael Foot w "Six Faces of Courage" zaliczył Wi­tolda Pileckiego do sześciu najod­ważniejszych ludzi ruchu oporu podczas II wojny światowej, ale do roku 1989 wszelkie Informacje o jego dokonaniach i losie podlegały cenzurze.
- Raz ukazał się artykuł w "Kurierze Polskim" "Cztery drogi rotmistrza Pileckiego" redaktora Juliusza Smoczyńskiego. I tyle. Potem, w latach 70. i 80., opowiadałam o ojcu mło­dzieży dzięki zaprzyjaźnionym księ­żom w warszawskim kościele św. Stanisława Kostki. Tam też długo wisiała jedyna tablica ku jego czci. Po 1989 roku pojawiło się mnóstwo lu­dzi, którzy chcieli nawiązać z naszą rodziną kontakt. Odbył się proces rehabilitacyjny ojca. Kiedy usłysza­łam, jak się usprawiedliwiali ci któ­rzy kilkadziesiąt lat wcześniej oskarżali go - odczułam spokój i ulgę. Niedawno zeznawałam w procesie prokuratora Czesława Łapińskiego prowadzącego proces ojca. Na ko­niec zadano mi pytanie, jaki wydała­bym wyrok na oskarżonego. Powie­działam, że żałuję, iż proces nie od­był się 30 lat temu, bo wątpliwy jest sens sądzenia sędziwego, chorego człowieka. I jeszcze dodałam, że mój ojciec żył krótko, ale pięknie, a pan prokurator długo, lecz plugawię.

rozmawiała Małgorzata Piwowar

Rotmistrz Witold Pilecki

W czasie wojny poszedł dobrowolnie do Oświęcimia. Miał sporządzić raport z obozu śmierci. Po wojnie trafił przed obli­cze komunistycznego wymiaru sprawiedli­wości. Ta próba okazała się trudniejsza.

Krynica
Dwór w Sukurczach, który według rodzinnej tradycji pamię­tał jagiellońskie sejmiki szlacheckie, nie istnieje. Po wojnie ro­zebrano go na chłopskie domy i chlewy.
Andrzej Pilecki, syn Witolda, opowiada:
Rotmistrz Witold Pilecki -  Rano zawsze z ojcem wychodziliśmy na obchód pól. Wracając zachodziliśmy do krynicy. Nie mieliśmy garnusz­ka, czerpaliśmy czapką. A potem śniadanie. Nie cierpiałem kaszy, upychałem w mysiej dziurze. Dostałem za to od ojca takie cięgi, że do dziś pamiętam.
Zofia Optułowicz, córka Witolda Pileckiego, opowiada: - Ubóstwiałam ojca. Dla niego uczyłam się akrobacji sporto­wych: mostek, szpagat Uczył nas dyscypliny. Wychodząc, pokazywał w pokoju miejsce, w którym ma pojawić się słoń­ce, dopiero wtedy mogliśmy wyjść z domu.

Generałka
W 1939 roku ojciec znowu - jak w roku dwudziestym - ru­szył na wojnę. Matka z dziećmi uciekała od Rosjan.
- Tata nazywał mnie swoją Generałka - mówi córka. - Z mamą szliśmy przez zieloną granicę, Rosjanie nas złapali. Mamę zamknęli w chlewiku, dzieci trzymali na schodach. Jak któryś przechodził, to nas kopał. Wiedziałam, że nie mo­gę płakać, byłam przecież Generałka Mojego Ojca.
Eleonora Ostrowska, szwagierka Pileckiego, mówi: - Witold był mrukliwy, małomówny, rzadko się śmiał. Miał głęboko osadzone oczy pod krzaczastymi brwiami. Tymi oczami prześwidrowywał rozmówcę.
Miał ułańską fantazję. Kiedy skończyła sftę kampania wrześniowa, wrócił do żony w mundurze, na koniu. Przez most na Broku we wsi Topory przegalopował, niemieckie warty ani się obejrzały.
Zofia Optułowicz: - W czasie okupacji ćwiczył ze mną konspirację. Wychodziliśmy na ulicę, puszczał mnie przo­dem. Gdybym spostrzegła niemiecką wartę, miałam podejść do wystawy, żeby on wiedział, że coś jest nic w porządku.

Serafiński
We wrześniu 1939 r. Pilecki był dowódcą plutonu kawale­rii. Kiedy dywizja została rozformowana, żołnierze, m.in. Pi­lecki i major Jan Włodarkiewicz, przysięgli sobie, że będą walczyć nadal, w konspiracji. Umówili się na spotkanie w Warszawie.
Pilecki zatrzymał się tu w mieszkaniu swojej kuzynki Eleo­nory Ostrowskiej. W kamienicy na Żoliborzu odbywały się konspiracyjne spotkania, w kotłowni pod pieczą dozorcy Jana Kiliańskiego urządzono skład broni. W tym mieszkaniu, praw­dopodobnie w początkach listopada 1939 r., zawiązała się Taj­na Armia Polska. Początkowo TAP skłócona była z głównym nurtem polskiego podziemia. Generał Rowecki "Grot" w listo­padzie 1940 r. meldował do Londynu o TAP: "Ideologią tej grupy jest faszyzm katolicki". Rok później jednak TAP podporządkowała się Związkowi Walki Zbrojnej .
Witold Pilecki formalnie był ajentem w hurtowni kosmetycz­nej. Używał legitymacji ubezpieczeniowej na nazwisko Tomasz Serafiński (jak się później okazało prawdziwy Tomasz Serafiń­ski żył, ale posługiwał się dokumentami na inne nazwisko).
Kiedy Witold Pilecki uczył swoją córkę ulicznej konspiracji, powstawał siódmy niemiecki obóz koncentracyjny: Auschwitz. 20 maja przywieziono tam niemieckich kryminalistów, którzy wkrótce zostali więźniami funkcyjnymi. Zaczęły się masowe aresztowania wśród Polaków. Do obozu trafiło m.in. wielu człon­ków TAP.
Dziś już nie wiadomo, czy Witold Pilecki sam postanowił, że dostanie się do Oświęcimia, czy pomysł wyszedł od jego zwierzchników. Na pewno jednak konspiracja nie wysłałaby do obozu nikogo, kto sam nie chciałby tam pójść.
W swoich wspomnieniach rotmistrz Pilecki napisał: "Mjr Jan Włodarkiewicz, pseudonim >Jan<, gdy spotkał mnie z począt­kiem sierpnia 1940 r., powiedział: >No, spotkał Ciebie zaszczyt, a Twoje nazwisko wymieniłem u >Grota< jako jedynego ofice­ra, który tego dokona<".
Pilecki rozpoczął drogę do Oświęcimia 19 września 1940 r.

Rozkaz wykonałem
Eleonora Ostrowska wspomina:
- Siadaliśmy z Witoldem do śniadania, gdy wpadł dozorca z krzykiem, że Niemcy otoczyli domy, wyłapują mężczyzn. Powiedział Witoldowi, żeby natychmiast uciekał ogródkami. Pilecki nie chciał. Słychać już było dobijających się Niem­ców. Otworzyłam drzwi, Niemiec nawet nie wrzeszczał, za­pytał, czy są mężczyźni. Zanim odpowiedziałam, Witold sta­nął przed Niemcem, a mnie szepnął: Zamelduj, gdzie po­trzeba, że rozkaz wykonałem.
Według późniejszej relacji Pileckiego Niemcy zgromadzili około tysiąca mężczyzn w ujeżdżalni pułku szwoleżerów. Kaza­li im położyć się twarzą do ziemi, deptali, kopali, tłukli bykow­cami. Dwa dni później wywieźli wszystkich do Oświęcimia.
Witold Pilecki stał się numerem 4859.
Później w swoim raporcie napisał:
"Pędzono nas przed siebie. W drodze kazano jednemu z nas biec do słupa w bok od drogi i zaraz za nim puszczano serię z P-ma. Zabito. Wyciągnięto z szeregu dziesięciu przygodnych kolegów
i zastrzelono w marszu z pistoletów na skutek odpowiedzialno­ści solidarnej za >ucieczkę<, którą zorganizowali sami SS-mani. Wszystkich jedenastu ciągnięto na rzemieniach uwiązanych do jednej nogi. Drażniono krwawymi trupami psy i szczuto je na nich. Robiono to przy akompaniamencie śmiechu i kpin. Zbliża­liśmy się do bramy umieszczonej w ogrodzeniu z drutów, na której widniał napis >Arbeit macht frei<. Później dopiero nau­czyliśmy się go dobrze rozumieć".

Rosły drzewa
Maria Pilecka, żona Witolda, opowiada:
- Umarła moja mama. Siostrę wywieźli do Ravensbrück. Szwagra rozstrzelali. Kiedy Witold trafił do Oświęcimia, nie wiedziałam, że to żołnierskie zadanie. Byłam przerażona.
- Zaczęłam dostawać listy z Oświęcimia - wspomina Eleo­nora Ostrowska. - Korespondencja była cenzurowana, nie­wiele można było się dowiedzieć o jego losie. Jednak w któ­rymś z listów napisał, że sadzi drzewka, które dobrze rosną. Domyśliłam się, że tworzy w obozie konspirację. Już wcześ­niej, na wolności, mówił o swojej pracy w TAP: sadzę drzewka.

Żeśmy, jak myślała Warszawa, byli kościotrupy
Pilecki zaczął organizować w Oświęcimiu siatkę konspira­cyjną, opartą na piątkach. Członkowie piątki nie znali się na­wzajem, wiedzieli tylko, kto piątką kieruje.
Pierwszym konspiratorem zwerbowanym przez Pileckiego był pułkownik Władysław Surmacki. Znał się na miernictwie, dzięki temu trafił do Baubiura (biura budowlanego), jednego z lepszych miejsc w obozie, bo pracowano pod dachem.
Drugim był doktor Władysław Dering, który nie pracował jeszcze w obozowym szpitalu, ale nosił kamienie na drogę.
Trzecim był rotmistrz ułanów Jerzy de Virion, członek TAP, Czwartym Alfred Stossei, podporucznik, blokowy w baraku chorych zakaźnie.
Nie wiadomo, kto był piątym.
W późniejszych raportach o Oświęcimiu Pilecki zaprzeczał temu, "żeśmy, jak myślała Warszawa, byli kościotrupy". Przez słowo "kościotrupy" rozumiał wycieńczenie moralne, bierność. Pisał: "Każda z >piątek< nie wiedziała nic o piątkach innych - i sądząc, że jest jedynym szczytem Organizacji, rozwijała się sa­modzielnie, rozgałęziając się tak daleko, jak ją suma energii i zdolności jej członków naprzód wypychały".
Wyliczał, że praca podziemnej organizacji polegała na: zor­ganizowaniu dożywienia, organizowaniu dostaw bielizny, urzą­dzaniu konspiratorów na lepszych posadach, kolportowaniu w obozie wiadomości z zewnątrz, przekazywaniu wiadomości z obozu na zewnątrz, skoordynowaniu akcji opanowania obozu, gdy nadejdzie rozkaz lub desant z zewnątrz.
Pilecki nazwał tę organizację Związkiem Organizacji Woj­skowych. Wkrótce organizacja miała swoich ludzi w dwóch najważniejszych miejscach: w szpitalu i w biurze pracy.
Uruchomiono radiostację. Zmontowano ją w piwnicach baraku, w którym przebywali chorzy na tyfus; SS-mani omijali to miejsce.

Na resztce siennika
Na początku 1941 r. Pilecki przeżył ciężki kryzys obozowy.
W obozie ogłoszono odwszenie, nadzy więźniowie stali na mrozie. Dostał wysokiej gorączki.
Kilka dni później zemdlał. "Przyjęto go na blok 15 - pisze Jó­zef Garliński w "Oświęcimiu walczącym" - i położono na pod­łodze, na resztce siennika, tuż pod otwartym oknem, dając do przykrycia jeden koc. Wszy zaatakowały go z taką siłą, że choć z gorączki stracił zmysły, resztką świadomości rozpoczął z nimi walkę. Strząsał je nieustannie z szyi, drewnianą listwą zagradzał drogę nowym kolumnom, które wdrapywały się na koc, wcią­gnął do pomocy sąsiada z prawej strony, który także nie chciał się poddać".
Dopiero po kilku dniach Pilecki zdecydował się przekazać dr. Deringowi, który już pracował w szpitalu, prośbę o pomoc.

Wigilia
Pilecki dążył do zjednoczenia organizacji podziemnych w Oświęcimiu. W obozie działał Związek Walki Zbrojnej, Bo­jowa Organizacja PPS, byli też przedstawiciele wielu przedwojennych ugrupowań politycznych: PPS, ONR, PSL.
W końcu 1941 r. udało się zorganizować wspólny dla całego obozu komitet polityczny nadzorujący podziemie wojskowe. "Dopiero w Oświęcimiu doczekałem się momentu, o którym mogło się kiedyś na wolności marzyć beznadziejnie. Oto dopie­ro w obliczu stosów trupów odrzucili nasi działacze wstrętne dla mnie zawsze marnowanie energii na partyjne zżeranie się wzajemnie" - zanotował Pilecki w swoim raporcie.
Józef Garliński, więzień Oświęcimia, w książce "Oświęcim walczący" pisze: "W dzień wigilijny 1941 r., późnym wieczo­rem, gdy opustoszały obozowe ścieżki, a żołnierze opuścili obóz, na bloku nr 25, gdzie przebywał Pilecki, odbyła się nie­codzienna uroczystość. Na izbie nr 7, mocno strzeżonej i pięk­nie udekorowanej, ustawiono choinkę z orłem polskim, wycię­tym z brukwi. Nikt o tym nie mówił, ale małe kółko wtajemni­czonych wiedziało, że przyjdą najwybitniejsi przedstawiciele podziemnej organizacji, politycy i wojskowi. Pileckiemu bar­dzo na tym zależało, chciał zobaczyć ich, razem, chciał tym zewnętrznym aktem połączyć ich i scementować jak najmoc­niej. Był to krok ryzykowny, przeczący zasadom konspiracji, mogący wysiać do bunkra i na śmierć całą konspiracyjną górę.
Przemówili gospodarze, blokowy i jego zastępca, nawołując do solidarności i wyrażając tęsknotę za rodzinnymi domami, a po nich zabrał głos senior zgromadzonych konspiratorów. Nie żył już Norbert Barlicki, podniósł się więc z grona zebranych profesor Rybarski [prof. Roman Rybarski, przed wojną działacz Stronnictwa Narodowego, zginaj w Oświęcimiu w 1942 r. - przyp. P.L.]. Potem mocno uścisnął dłoń profesora socjalista Dubois [Stanisław Dubois, przedwojenny działacz PPS, w obo­zie pod nazwiskiem Stanisław Dębicki, rozstrzelany pod oświę­cimską "Ścianą straceń" w 1942 r. - przyp. P.L.]. Zatarty się różnice poglądów, przestały istnieć bariery polityczne".

Poproszą ich do krematorium
Z raportu Witolda Pileckiego:
"Przechodzimy koło krematorium. Naprzeciwko wejścia stoi grupka mężczyzn i kobiet. Polacy. Wrażenie akurat takie, jak się widzi kilka krów przed rzeźnią. Mój Boże - kobiety - Polki, za­raz, gdy tylko wejdziemy do lagru, poproszą ich żywcem do kre­matorium, dadzą im mydełko i ręcznik. W krematorium otworzy się okno u góry i spadnie bańka rozbijając się z gazem. I koniec z życiem. Dla małej grupki żałowano gazu - ogłuszono uderze­niami po głowie i żywcem wpychano na rusz!. (...) lecz twarde jest serce łagrowca - oto w pół godziny potem myśl jego zaprzątnięta jest wyłącznie tym, gdzie >zorganizować< jakieś >żarcie< i stoi ubijając jakiś interes >margarynowy< z jakimś kolegą, zupełnie nie widząc tego, że stoi o krok od ogromnego stosu na­gich trupów, którym >zrobiono< na rozkaz zastrzyk z fenolu - dziś tylko stu kilkudziesięciu - i rzucono tu jednych na drugich ze szpitala z porozrzucanymi kończynami, martwymi źrenicami, przyglądających się załatwianiu sprawy handlowej, w oczekiwa­niu na wóz, który za parę godzin zawiezie ich do krematorium. Nikomu nawet na myśl nie przyjdzie wzdrygnąć się, gdy oprze się lub nawet nastąpi na jednego z tych nagusów. Wczoraj był je­go kolegą, dziś leży tu spokojnie, jutro może on sam będzie tu le­żał - wielka rzecz!"

Egzekucje w szpitalu
Warunki Oświęcimia musiały odbić się na metodach, jakimi więźniowie walczyli o przetrwanie.
Na konfidentów podziemna organizacja wydawała wyroki śmierci. Wykonywano je zwykle w szpitalu.
Józef Garliński, powołując się na Pileckiego, opisuje "egze­kucję" na dwóch konfidentach: "Pierwszemu dolano do zupy olejku krotonowego, a gdy dostał rozstroju żołądka i zgłosił się do szpitala, wtajemniczeni pracownicy doprowadzili go do śmierci. W drugim przypadku leżącemu w szpitalu agentowi ge­stapo prześwietlono płuca, zamieniono zdjęcia i obchodzącemu szpital SS-manowi Klehrowi, który szukał ofiar do swych śmiercionośnych zastrzyków, wskazano na więźnia jako gruźli­ka. Zapisał jego numer i następnego dnia zabił go dosercowym zastrzykiem fenolu".
W szpitalu hodowano też wszy tyfusowe, które rzucano na płaszcze SS-manów. Wszy trafiły do koszar SS, zabiły na pew­no jednego z nich, Siegfrieda Schwclla. Wielu SS-manów prze­wieziono do szpitala w Katowicach.

Wciśnięty w kąt
W obozie Witold Pilecki zetknął się ze współwięźniem Józe­fem Cyrankiewiczem, członkiem PPS, premierem w powojen­nym komunistycznym rządzie.
Józef Cyrankiewicz trafił do obozu dwa lata po Piłeckim. Wstąpił do obozowej Organizacji Bojowej PPS, był też człon­kiem Związku Organizacji Wojskowej Pileckiego.
Być może ta właśnie znajomość zaciążyła na przyszłych lo­sach Pileckiego. Po wojnie propaganda przedstawiała Cyrankiewicza jako głównego organizatora podziemia w Oświęcimiu.
W muzeum w Oświęcimiu w sali poświęconej ruchowi oporu w obozie do 1975 r. nie było ani jednego zdjęcia Witolda Pilec­kiego, wiele miejsca zajmował natomiast Cyrankiewicz. W 1975 r. na Zachodzie ukazała się książka Józefa Garlińskiego "Oświęcim walczący", która była pierwszym całościowym opi­sem oświęcimskiego podziemia.

Ucieczka
Na początku 1943 r. Pilecki zaczął planować ucieczkę z Oświęcimia. Nadszedł czas złożenia władzom podziemnym raportu o sytuacji w obozie.
Uciekł w Wielkanoc, korzystając ze stępionej czujności SS-manów. Plan wymagał wielu przygotowań, z których naj­ważniejsze było umieszczenie Pileckiego w komandzie piekar­ni, z którego najłatwiej było zbiec.
Zbiegiem okoliczności jedną z pierwszych osób, które Pilec­ki spotkał na wolności, był... Tomasz Serafiński, człowiek, pod którego nazwiskiem przebywał w obozie. Spotkali się w Wiśniczu, w dworku zwanym Koryznówką; bywał tam Jan Matejko, związany z rodziną Serafińskich.
Pierwszy raport o Oświęcimiu Witold Pilecki sporządził już w Wiśniczu, następne - w Warszawie. Trafiły do Komendy Głównej AK, zostały przetłumaczone na angielski, francuski, niemiecki. Były pierwszym dokładnym opisem sytuacji w Oświęcimiu, jaki trafił na Zachód.
W 1944 r. władze podziemne wyznaczyły Pileckiego do działania w organizacji "Nie", która miała się stać niepodleg­łościowym podziemiem pod okupacją sowiecką. Pileckiemu dla pełnej konspiracji zakazano udziału w Powstaniu War­szawskim. Wbrew rozkazowi postanowił bić się jako zwykły szeregowy.
Po klęsce Powstania trafił do oflagów w Lamsdorf (Łambinowice) i Murnau. Po uwolnieniu wyjechał do Włoch, do II Kor­pusu Polskich Sił Zbrojnych. Generał Anders skierował go do Polski z zadaniem tworzenia konspiracji. W październiku 1946 r. Pilecki wyruszył do kraju wraz z łączniczką Marią Szelągowską. Zrezygnowała dla niego z własnego życia osobi­stego, rozwiodła się z mężem, dzieliła los Pileckiego w czasie wojny, po wojnie była sądzona wraz z nim i odsiedziała wielo­letni wyrok. Umarła niedawno.