Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Poemat "Sukurcze"

 

Pod Lidą - położone było to, co stanowi wiano prababki naszej z domu: - Domeykówny, wyłączone z rejestru ziem odbieranych, uniknęło konfiskaty. Resztę - własność pradziada i dziada, po Powstaniu w 1863 roku Rosjanie skonfiskowali lub przymusowo sprzedano. Stara klucznica Józefa znała szereg nazw tych miejscowości, jak: Starojelnia, Papiernia, Jaryłówka, Łowczyłowicze, czy Ryłowce.
Coś-niecoś sprzedano sąsiadom, jak - Piatkowszczyzna. To co zostało - nazywało się Sukurcze. Sukurcze - dziwna to nazwa. Znacznie później dowiedziałem się pochodzenia tego słowa. Sukurcze niegdyś - wielkie, następnie podziałem i konfiskatą części lasu - pomniejszone, u schyłku XIX-go wieku nie przedstawiały już w ówczesnych pojęciach wielkiego majątku. Wtedy na ten kawałek ziemi, liczący z lasem około sześciuset dziesięcin - nikt specjalnie nie zwracał uwagi, traktując go jako posiadłość małą.
Z biegiem czasu jednak, gdy stale zmieniał się stosunek do ziemi, obiekt - nie rozszerzając w terenie swych granic, powoli osiągnął wartość i znaczenie.
(początek wieku XX-go. Lata przed pierwszą wojną światową 1914-1918 r.)

W Nowogródzkiej Ziemi nad rzeczką Lidziejką
Co przepływa obok zamku Giedymina,
Rozłożony wokół starego zamczyska,
Od wieków istnieje prastary gród - Lida.

Od Lidy na zachód kierując się stale,
Zanim się Dzitwę osiągnie w jej biegu,
Przed rzeczułką Krupka,co płynie przez olsze,
Z trudem można dojrzeć dwór stary ukryty
Wśród haszczy - w zarośla głęboko zaszyty.

Tu leżą Sukurcze z ich świetną przeszłością,
W niepamięci ludzkiej dawno pogrzebane.
Sukurcze ze względu na ziemię pszeniczną
Przez lidzkich rolników "złotym jabłkiem" zwane.
Posiadały niegdyś bór wielki, sosnowy
Ciągnący od dworu - aż po samą Lidę.

Za "miatieżność" - w okresie Powstania Moskale część lasu
Sukurczom zabrali i odtąd pod Lidą - ciemne pasmo lasów
Uznano za lasy, co przeszły na stałe
Do rządu ruskiego - po wieczne już czasy.

Przed laty, gdy dobra znacznie większe były,
Pomiędzy rodzeństwo podzielono ziemię,
Jednemu z dwóch braci - oddając Sukurcze,
Drugiemu - budując dwór - hen, tam za polem,
Stąd drugą połowę - "Zapolem" nazwano.

Wieś, niegdyś przy samych Sukurczach leżącą
Nazwiskiem dziedziców przezwano - Domeyki.
Została następnie, dla potrzeb majątku
O stajań kilkoro - za las - przeniesiona.
Sędziwe Sukurcze wraz ze wsią Domeyki,
Jak również Zapole i wioska Rupeyki,
Stanowiąc warsztaty i siłę roboczą,
W harmonii od wieków ze sobą współżyły.
Przykład zgody dając i poszanowania,
Jak głowy rządzącej - tak roboczej siły.
Sąsiedzkie przysługi wciąż świadcząc nawzajem,
Zdołały u ludzi zapisać się w sercach,
Swe nazwy głęboko w pamięci utrwalić.

Na północ od Sukurcz - wieś Krupa leżała.
Tę przestrzeń - co wioskę dzieliła od dworu
Konno można przebyć w jeden pacierz - cwałem.
Tuż prawie przy wiosce, na wzgórzu - wśród mogił,
Stał mały kościółek parafialny - z drzewa:
Stawiany był z bali, dach kryty miał gontem.
(Parafię zamknięto za rządów Moskali).
Płynęła stąd rzeczka co Krupką się zwała
I w biegu tworzyła kolejno dwa stawy.
Z nich pierwszy był większy, przy Krupa majątku
Wesoło leżącym na wzgórzu, przy wodzie,
I drugi staw mniejszy - "starym stawem" zwany,
Na niskich, do Sukurcz należących łąkach.

Płynąc dalej - Krupka wpadała do Dzitwy.
Przed wiekiem - młyn wodny na starym stał stawie
I wolno obracał młyńskim kołem - pchanym
Spadającą wodą z koryta zastawy.
W nowszych czasach po nim zostało tu szczątków
Niewiele: zastawy, tudzież - wał sypowy
Co niegdyś był groblą, przed wieloma laty.
Młyn teraz obraca koło nieco żwawiej.
Zbudowany wyżej, przy większej zastawie,
Przy Krupa majątku - i przy większym stawie.

Mniej lub więcej w środku Sukurczowskiej ziemi,
Położone było samo serce Sukurcz:
Dwór stary - rozległy, park wielki, dziedziniec,
Miłość moja rzeczy tych - chyba powodem,
Że dla mnie nie było nic równie pięknego,
Lecz nawet i przybysz lub obcy podróżny
Bez trudu znajdował tu urok i piękno.

Park nazywaliśmy po prostu ogrodem,
Był to owocowy sad - dawno sadzony,
Aleją lip starych z trzech stron osłoniony
Ogromne, od dołu mchem burym porosłe,
Mnie wtedy zdawały się wprost niebosiężne,
Pszczół pełne i ptaków, zapachu miodnego,
Co w czerwcu uderzał jak wino do głowy.

Ścieśnione tu lipy - tak były sadzone,
Że pnie w wielu miejscach zrastały się z sobą,
Strzelały ku górze - z pnia nieraz jednego
Potężne bukiety drzew kilkusetletnich.
Konary tworzyły niby ścianę zwartą,
Splecioną tak ściśle, że nawet w słoneczne
I skwarne południe czerwcowych dni lata,
W alejach był półmrok i chłodek przyjemny.

Zaledwie tu i ówdzie, smugami świetlnymi
Ukośnie wnikały złociste promienie,
Miejscami jaskrawe i wąskie jak snopy
Pełzały po dróżkach, po pniach i konarach,
Migotliwe, szybkie - od drzew i gałęzi,
Kołysanych wiatrem zależne - wciąż żywe,
Dobywały z mroków na światło wnikliwe
Ruch i życie drobnych muszek, ćmy rozlicznych
Odmian, rozmaitych gatunków ślimaki.

W alejach - w tej masie pomieszczeń dla ptaków,
Od świtu - do późna panował ruch wielki
I świergot skrzeczącej, pierzastej czeredy,
Wznoszący się w górę przyjemnym rozgwarem
Szczebiotu i śpiewu na różne sposoby.

Tu - w jasny dzień letni - wśród mroków lip starych,
Puhacze i sowy - tak jakby o zmierzchu,
Stawały na drodze skrzydlatej gromadzie,
Co spiesznie z pokarmem dążyła do dziupli...

W dziecinnych mych latach, sad cały na przełaj
Lubiłem przebiegać w rozlicznych kierunkach
Sięgając po jabłko, to znowu - po śliwkę,
Lub po najsmaczniejszą - pełną aromatu,
Tak bardzo soczystą - dziś mało już znaną,
Przepyszną odmianę gruszki - "sapieżankę".

Mknąc "pierwszą" aleją w podskokach - w głąb sadu,
Po prawej mijałem ogromnych rozmiarów,
Pień drzewa ściętego przed wielu latami,
W którego spróchniałym i pustym już wnętrzu
Czasami zabawy skupiały nas - dzieci
Kilkoro, natomiast, w stojącej postawie -
Bez trudu - pień mógł nas pomieścić ośmioro.

 

Tuż obok, głaz wielki spoczywał od wieków
I rósł - jak mówiono - od świata początku,
Na głazie, dokoła - wyrastał mech bury,
A razem z mchem - rosły tu również legendy.

Lecz dawne powieści o losie kamienia,
Uchodząc wraz z czasem w krainę wspomnienia,
Ostatnio raptownie zostały zatarte
Przesz nowsze, zupełnie niezwykłe zdarzenie:

Zwyczajny garnuszek niewielkich rozmiarów
Z lanego żelaza - przezwany saganem,
Lecz pełen złocistych i dźwięcznych dukatów,
Pod płazem czas dłuższy bezpiecznie się skrywał.

Obecnie zostały - ogólnie rzecz znana -
Leżące dokoła czerepy sagana,
Rozbite łopatą przez dwóch robotników,
O których wiedziano, że od tamtej chwili,
Jak gdyby pod ziemię zapadli się - skryli! -

Zniknęli z okolic i ślad po nich zaginął,
A miał ten skarb znaleźć - zupełnie ktoś inny:
Śnił nawet o złocie - we śnie miał wskazówki
O miejscu schowania pod głazem sagana -
Więc kazał tu kopać nie mówiąc o celu.
Lecz cóż? gdy "uriadnik" - kanalia przyjechał,
Akurat w tym czasie i dwóch robotników...
Porzucić na chwilę zmuszony choć nierad -
Oddalił się z sadu, - a skarb - tak jak w bajce -
Sam dostał się w ręce dwóch obcych i przepadł.

Została jedyna złocista moneta,
Co mogła skorzystać z chwilowej gorączki
Umysłów, olśnionych tak nagłym bogactwem,
I skrycie się tocząc z rąk drżących znalazców
Zdołała wzrok zmylić i przepaść za głazem.

W tym miejscu, gdzie "pierwsza" aleja się kończąc,
Skręcała w lewo i pod prostym kątem
Tworzyła początek alei następnej,
Był mały pagórek z zsypanej tu sieni,
Wybranej ze zbieżnych dwóch rowów głębokich,
I od czasów dawnych - nazywał się "górką".

Ta górka, zakryta z trzech stron zaroślami:
Spireją, bzem, krzewem o dziwnych jagodach,
Rosnących swobodnie przez długie już lata
Robiła wrażenie altany cienistej -
Stworzonej wyłącznie natury kaprysem.
Jedynie od Krupy - był wolny wgląd w teren
I wzrok mógł swobodnie w dal wybiec - na pola.
Pod daszkiem z gałęzi, co same się splotły
W misterny parasol, chroniący wśród lata
Od deszczu - istniała niewielka ławeczka
Dla tych, którzy chcieli się ukryć od świata...

Tu młodzi śnić mogli o szczęściu: we dwoje,
Wtuleni w bzów kwiecia pachnące okiście,
Wzrok wznosząc ku niebu, skąd do nich gwiazd roje
Mrugały w noc letnią, a księżyc przez liście
Słał srebrną poświatę i wśród tajemniczych
Półcieni - utrwalał czarowny świat bajki.
Wsłuchani w symfonię koncertów słowiczych
Co z pieśni rozdźwięcznych złożona i gwaru.
Dech tłumiąc i szepty - muśnięciem warg bliskich.
By szczęścia przedwcześnie nie spłoszyć i czaru
I będąc tu sami - już szczęścia siedliskiem.

Tu również prababki, bieg życia swój kończąc,
W zacisznym ukryciu szeptały modlitwy,
Wzrok śląc ponad pola - ku wieży kościoła,
Skąd dzwonów nad łanem płynęły odgłosy
A myślą wracając do swojej młodości
I chwil - tutaj, w szczęściu spędzanych przed laty.

Z "podgórki", przy zbiegu dwóch "pierwszych" alei,
Gdy w głąb się spojrzało tej "drugiej" - na przestrzał.
Wrażenie się miało długiego tunelu
Pełnego wśród mroków, zielonej poświaty
Sączącej się z góry leniwie przez masę
Liściastą - tworzącą wysokie sklepienie.
Przy końcu tunelu - mrok nagle się kończył
Rażącym kontrastem promiennej jasności -
Wylotem na łąki, prozie wśród barw tysięcy,
Radując się kwieciem - bujały motyle.
Tu znów głaz spoczywał - na płask ułożony
I chcącym tu spocząć, zastąpić mógł ławkę.

Sad wkoło opasan był rowem i wałem,
Na wale zaś - płotem z sosnowych dyl, desek.
Od miejsca wylotu alei na łąki
Rów oraz wał z płotem - pod prostym: znów kątem
Zwracały się w lewo: a z nimi i drzewa,
Chroniąc sad zewsząd od wiatrów szkodliwych.

Gdy "pierwsza" aleja - sad strzegła od wschodu,
A "druga" - od mroźnych podmuchów z północy,
Z zachodu - część trzecia zacisze tworzyła
Nie będąc, już sama od dawna aleją:
Przez rów rozorana na całą swą długość -
Alei charakter straciła przed laty.

Na prawo od "pierwszej" alei - za rowem,
Był sad założony przez dziada naszego:
Aleją brzozową i rzędem lip młodych
Chroniony od wschodu, północy - przed chłodem,
Nazywał się u nas - wciąż "młodym ogrodem".

W dwóch sadach - dwa stały od dawna budynki,
Wśród lip, zasadzonych rozmyślnie w tym celu
Chroniła się w starym ogrodzie - lodownia,
Zaś w młodym ogrodzie - z wystawą na słońce -
Rozpartą szeroko - istniała obrocznia.

Od strony południa - sad był przedłużony
Rzędami drzew młodych, co również dziad sadził -
Za wałem i rowem - przed laty kopanym,
A których zarysy - już dzisiaj łagodne,
Mchem miękkim i bujną murawą porosły:
A rów i wał z płotem i drzewa ochronne
Przenieśli stąd dalej w kierunku południa.
By stworzyć częściowe zamknięcie z tej strony.

Sad z czwartej swej strony - zamknięty był długim
Szpalerem z drzew, krzewów, bzów, głogów, jaśminów,
Wśród których zieleni - wyrazistą plamą
Z nagła wyrastały białe ściany domu -
Rozległej, a starej siedziby swych przodków.

Dom, dłuższą swą ścianą zwrócony do sadu,
Stał stroną przeciwną - frontem do dziedzińca,
Co w kształcie foremnej podkowy z podjazdem
Plac cały - bez reszty - zajmował przed gankiem.
Dziedziniec wspaniały w swym pełnym prostoty
Ogromie - pokryty był zwykłą murawą,
Trzy razy w czas letni koszoną co roku,
I wolną od wszelkich zbytecznych kląbików.
To wszystko okalał bzów szpaler, czeremchy -
Przetknięty jaśminem. Rząd długich tych krzewów,
Łuk wielki zataczał w ogromną podkową,
Dwór chroniąc z tej strony od oczu wnikliwych.
W dwóch miejscach przerwany był szpaler przez bramy
Wjazdowe, przeważnie zamknięte na skoble.
Z nich jedna - wprost wiodła na stajnie, wozownie,
A druga z bram - była ujęta w dwa brzosty
O liściach szurpatych - te twarde dwa drzewa
Ku górze strzelały - wyniosłe i harde.
Stąd od nich w dwa boki - rząd brzostów rósł młodszych,
Im dalej od bramy - tym coraz to mniejsze -
Stopniowo zniżały wierzchołków swych szczyty,
(Widocznie kolejno wsiewały się same).
Dziś - ciemnym zarysem konturów swych w górze
Na tle jasnym nieba - kreśliły wyraźną
Piramidę płaską o dwóch równych bokach,
Szczyt której tworzyły drzew wierzchy przy bramie.

Wchodziło się bramą w cienistą aleję
Z lip starych, a pewno za młodu - strzyżonych,
Co rosły od dołów - aż do wierzchów równo
I każdym swym drzewem robiły wrażenie
Jak gdybyś spoglądał na wielką kolumnę.

Aleja niedługa - dzieliła się na dwie:
Na prawo, do stawów - szła wierzbą sadzona,
Topolą, jesionem, zaś w lewo stąd biegła
Do traktu starego - Mytlańskiego droga
Wjazdowa, ujęta w dwa rzędy brzóz starych,
Wśród których i brzozy płaczące - też były.

Widziana z daleka - aleja brzozowa
Gościnnie wpraszała podróżnych do dworu:
Z brzóz każda - inaczej uczynić to chciała,
Gdyż różny charakter, jak też postać - miała.
Chyliła się jedna, a druga - kłaniała,
Znów trzecia - jak ręką, gałęźmi machała.

I ta - w powłóczystej swej szacie - "płacząca",
Warkocze powiewne na wiatr rozpuszczała -
Zdawała się szeptać: "zajeżdżaj mój bracie",
A potem już tylko cichutko płakała -
Jak ludzie, co w życiu swym różny los mają,
O rzeczy jednakie - różnie zabiegają.

Znów inna z brzóz - niegdyś rażona piorunem,
Na pół rozszczepiona - wciąż jedną swą ręką
Na dwór wskazywała (bo jedną ją miała).
Pomimo tragizmu w wyrazie postaci,
Nie chciała zaprzestać pamiętać o gościach
I ruchem, na jaki ją jeszcze stać było,
Kierunek podróżnym wskazywała - gestem,
Nieomal żądając: nie wątpić w gościnność.
Gdy goście posłuszni tym niemym rozkazom
Wjeżdżali aleją przed dom - na dziedziniec,
Ich oczy uderzał splot pięknych zakątków,
Co tu się na całość obrazu składały.

Prawdziwą ozdobą całego dziedzińca -
Był kasztan wiekowy, co rósł w samym środku,
Ogromny, foremny - stał tutaj samotnie,
Lecz jakże potężny w swym piękna wyrazie,
Na grubym pniu czapa wspaniała z listowia,
Widocznie strzyżona przed wielu latami,
Skupiała konary, gałęzie olbrzyma,
Formując ogromną kopułę kulistą
Ze ściętą u dołu poziomo postawą,
Zwieszona dość nisko - trzy łokcie nad ziemią.
Wznosiła się w górę powierzchnią wypukłą
Na taką wysokość, że z górnych gałęzi -
Znać było odległe osiedla za Dzitwą.
Ławeczka pierścieniem pień obejmowała,
Pod czapą ogromną - snuć myśl można było,
Lub za dawnych czasów - pić miodek lipcowy
Na stole przenośnym, a dzisiaj - herbatę
W majową noc, pełną koncertu słowików.
Co walkę staczały o prymat w ich śpiewie,
Upojną zapachem bzów, krzewów rozkwitłych,
Zalaną tajemną poświatą księżyca.
Czarownie się mienił i lśnił pośród liści -
Sterczących świec tysiąc - kwiat biały olbrzyma.

Od ganku głównego siedziby - przepiękny ,
Roztaczał się widok: na wskos w prawo, wszędzie
Tych krzewów, co w ramę ujęły dziedziniec,
Rósł sobie świerk strojny, tu - "jodłą" przezwany,
Wspaniały w swym kształcie potęgą i wzrostem -
Z kasztanem skutecznie w zawody szedł stale.
Dwa niegdyś - bliźniacze mieć musiał wierzchołki,
Z nich - jeden mu ścięto, wciągnięto tu bronę
Na górę - wysoko i odtąd - od wieku,
Na bronie gnieździły się stale bociany.
Co wiosnę zjawiało się, na Zwiastowanie
Kilkoro par wielkich i pięknych tych ptaków,
I całe batalie staczało ze sobą
O władztwo nad gniazdem, uwitym na bronie.
Jak stale wieńczącym - w czas letni - szczyt drzewa -
Był trzepot ogromnych i białych ich skrzydeł,
Tak również koniecznym dziedzińca odgłosem -
Był syk oraz klekot dwóch dziobów czerwonych.

Parę razy, będąc jeszcze małym chłopcem
W czas nieobecności gospodarzy świerka
Właziłem na drzewo i leżąc na gnieździe
Kołysany wiatrem - marzyłem na jawie
O chybkim dywanie latającym, z bajki.

Wszystko się zdawało stamtąd znacznie mniejsze:
Również dom tak wielki - z bocianiego gniazda
Widziany - jak gdyby o połowę zmalał.
A z domem i kasztan i brzosty i krzewy,
Sprowadzone nagle do mniejszych rozmiarów,
Dziwnie się mieściły w jednym rzucie oka.

Byłoby niesłusznym - pominąć milczeniem
Jeszcze jedno drzewo co stało na boku
I skromnie patrzało na strojnych sąsiadów,
Gdyż samo nie było piękne, ani zgrabne!:
Wobec piękna innych - czuło się kopciuszkiem.

Ten by się pomylił jednak - ktoby myślał,
Że było tak małe, biedne, zahukane.
Cechą jego była - skromność, lecz poza tym
We wzroście i sile - było wprost ogromne.

Stało na uboczu nie pchając się w szranki
Z innymi - li tylko z powodu wyglądu -
Było dosyć ciężkie w swej formie rozrosłej,
Lecz duszę - tak samo mieć mogło - przepiękną.

Brzost ten korzeniami wrośnięty głęboko,
Soki tejże ziemi ciągnął w żyły swoje.
Dlatego też wątpię, by mógł być niegodnym
Zająć w tym opisie miejsca pośród braci.

Rozrosły był w sobie, bo pewno sam jeden
Wyrastał, bez przeszkód od innych sąsiadów,
W odróżnieniu od tych, co stojąc w szpalerze
Wysmukłe, gdyż rosły ścieśnione przez lata.

Może należałoby powiedzieć jeszcze
O wielkim kasztanie, co rósł blisko brzosta
I swoim ogromem brzostowi był równy,
Lecz wkradł się do sadu - za obręb dziedzińca,
A wszystkich drzew w sadzie opisać nie sposób.

 

Witold Pilecki