Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Żyć nie dali i umrzeć nie dali

Rok 1946. Sprawdzanie akt sądowych

Przyszedł rok 1946, który oby nigdy się nie powtórzył. Spadło to na wszystkich więźniów jak grom z jasnego nieba - przyszły nasze dokumenty sądowe z Pieczory i zamierzano sprawdzać każdego osobiście.
Następnego dnia nikogo nie wypuszczono z obozu, wszystkich wygnano na plac, baraki pozamykano. Ustawiono stoły, na nich leżały sterty doku­mentów. Sądny dzień. Każdy zdawał sobie sprawę, że jest to w naszym katorżniczym życiu jakiś punkt graniczny. Jeśli władza zabiera się do robie­nia systematycznych porządków, to znaczy władza ma czas i warunki, żeby te porządki przeprowadzić w sposób kategoryczny i bezwzględny. Nikt nie miał podstaw, żeby liczyć na jakieś polepszenie swej doli, natomiast na po­gorszenie i tak tragicznego przecież losu. Zarysowały się całkiem realne możliwości załamania naszego ducha i wiary. Była wiec trwoga i niepokój.
Każda brygada podchodziła kolejno do stołu. Więzień mówił swoje nazwi­sko. Siedzący po przeciwnej stronie stołu funkcjonariusz bardzo szybko od­najdywał akta i pytał dalej: imię, nazwisko, imię ojca, rok urodzenia, para­graf i wyrok.
Gdy powiedziałem, że wyrok mam 10 lat - jak się wydrze na mnie oficer NKWD - Ty swołocz! - krzyczy do mnie - sądzony jesteś na 20 lat, a koniec wyroku w 1964 roku, dlaczego ty tutaj jesteś? Milczałem jak zaklęty.
Po powrocie do baraku ogarnął mnie strach i rozpacz. Dokąd mnie teraz skierują? Co będzie ze mną? Tym bardziej, że otrzymałem list z domu pier­wszy po dwóch latach i wysłano mi dwie paczki żywnościowe na obecny adres. Do rozpaczy doprowadzała mnie myśl nie tyle o ewentualnym pogorszeniu losu, choć i to przejmowało mnie zgrozą, ale przede wszystkim ogar­niało mnie przerażenie na samą mysi o tym, że adres, który nareszcie udało się przekazać najbliższym, znów stanie się nieaktualny, znów nie będą mogli do mnie nawet napisać, znów zerwie się kontakt z domem z takim trudem i po tak długim czasie nawiązany. To było okropne i stało się źródłem straszliwej męki, która zdawała się być trudniejsza do zniesienia, niż wszystkie cierpienia fizyczne, które przyszło mi tu znosić.
Rano do roboty mnie nie wypuszczono i kazano przygotowywać się na etap "s wieszczami", w doborowym towarzystwie złodziei i bandytów. Jak zwykle w bydlęcych wagonach zostaliśmy przewiezieni do karnej kolonii nr 49, obozu karnego na magistrali kolejowej Pieczora - Workuta. Kolonia była położona jeszcze dalej na północ od Pieczory. Miała ona za zadanie zaopa­trywać w żwir najbliższe odcinki magistrali kolejowej. Pracowano tu na zmia­ny, całą dobę. Praca była ciężka, a warunki o zaostrzonym reżymie.
We wszystkich obozach obowiązywała praca dekadowa - 10 dni pracy, a jedenasty - odpoczynek. Pracowano po dziesięć godzin dziennie. Wyjście i przyjście oraz czas kontroli i stanie przed bramą "na szmon" (kontrola) przeciągało się od dwóch do trzech godzin, a nawet dłużej. Praktycznie na sen pozostawało sześć lub siedem godzin. Po kolacji zimą i latem wyganiano wszystkich z baraków i odbywała się prowierka, która nieraz powtarzana była kilkakrotnie, gdy liczba więźniów nie zgadzała się, a my staliśmy, czy to deszcz, czy mróz, czekając na rozkaz rozejścia się.
Klimat w okolicach Pieczory wyglądał mniej więcej tak: sześć miesięcy zimy, a pozostałe pół roku to wiosna, lato i jesień. Zimą mróz dochodził do czterdziestu stopni, a dalej na północ nawet do pięćdziesięciu. Połączony z zamiecią śnieżną był nie do wytrzymania. Natomiast latem prześladowała wszystkich meszka (bardzo drobne muszki), która właziła do oczu, nosa i uszu, mimo że każdy otrzymał "nakomarnik" (bardzo gęsta siatka) na twarz. Niektórzy bardzo źle znosili ukąszenia tych owadów i chodzili strasznie opuchnięci. Nie było na nie rady, przedostawały się i cięły mimo zabezpie­czenia się przed nimi. Mnie jakoś oszczędzały pluskwy i meszka, czy to dla­tego, że byłem strasznie chudy i budziłem litość nawet u tych stworzeń, a może smak mojej krwi im nie odpowiadał. Każdego rana starałem się przemyć oczy jeśli nie wodą, to śniegiem.
Po dostarczeniu nas do nowego obozu zostaliśmy skierowani do dyżurki i poddani ścisłej rewizji. Za całe bogactwo mieliśmy ze sobą kociołek, łyżkę w cholewie i jakieś szmaty w worku. Przyjmując nas nariadczyk, pan i władca siły roboczej obozu, otrzymał nasze dokumenty osobiste od konwoju. Wzywał każdego po kolei i jak zwykle pytał o wszystko. Gdy przyszła kolej na mnie, sprawdzający dane zapytał: coś ty zrobił, że masz taki wysoki wyrok i skąd pochodzisz? Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że jestem Polakiem, że po­chodzę z Polski, a wyrok dali mi taki, bo walczyłem przeciwko faszystom, aby pomóc sojusznikom. Następnie spytałem go, czy otrzymam wysłane z domu paczki, adresowane do obozu, w którym poprzednio byłem. W odpowie­dzi usłyszałem stwierdzenie: u nas nikt i nic zginąć nie może. Paczki na pewno otrzymasz. Ale jeżeli będziesz głupi, to możesz zapłacić za nie życiem. Bo obóz był pełen worów (złodziei) i szpany (drobnych złodziejasz­ków), a ci kradli wszystko i wszędzie było ich pełno.
Zostałem skierowany do brygady Gruzina Wołodi Chabaszwili, która zda­niem nariadczyka była najlepsza w obozie. W baraku był idealny porządek. Na pryczach leżały jakieś szmaty podobne do materaców, na środku stały stoły, przy których jadano. Jak zwykle żelazna beczka służąca za piec.
Wskazano mi miejsce na górnej półce, a dniewalnyj (dyżurny) pouczył jak mam się zachowywać, jak utrzymywać czystość, wstawać na czas i być grzecznym wobec brygadzisty, bo jest bardzo nerwowy i srogi.
Korzystając z wolnego czasu udałem się na wędrówkę po obozie, na terenie którego znajdowała się kuchnia, łaźnia, suszarnia do suszenia odzie­ży i obuwia, oraz około 10 baraków mieszkalnych. Każdy barak był podzielo­ny na dwie części, z których każdą zajmowały poszczególne brygady. Bryga­dy liczyły od 25 do 30 osób i musiały zapracować na swoje wyżywienie, bry­gadzisty, rozdatczyka (rozdzielał chleb), dniewalnego i jednego lub dwóch złodziei, którzy nie pracowali, a przydział otrzymywali. Konwój do tych spraw wcale się nie wtrącał. Jak stwierdziłem w czasie mojej wędrówki po obozie, w poszczególnych barakach było brudno, stały gołe prycze, na któ­rych leżało kilku więźniów, podobnych do szkieletów, oczekujących na wy­syłkę do szpitala.
W drugim końcu baraku zajmowanego przez naszą brygadę, mieszkało około 20 "zakonnych" złodziei, którzy do roboty w ogóle nie chodzili, z kuchni zabierali lepsze jedzenie, ograniczając tym samym i tak złe jedzenie pozostałych więźniów. Kierownictwo obozu wiedziało o nich, ale wyraźnie się ich bało, gdyż mieli powiązania ze światem przestępczym na wolności i wyroki po 40 i 50 lat, z nikim i z niczym się nie liczyli. Który z nich więcej ludzi zabił w swoim życiu, ten miał wśród nich większy mir i poważanie. Sta­le wybijali czeczotkę - taki złodziejski taniec.
Około godziny dwudziestej przyszła z roboty brygada i od razu poszliśmy odebrać "użin" (kolację): 500 g zgniłej i wodnistej zupy i 50 g kaszy. Chleb rozdatczyk otrzymywał przez okienko w chleborezce (magazynie) położonej za obozem i rozdawał wg wyrobionej normy 500 g rano, na kolację po 100 - 200 i 300 g. Każdy prosił rozdawczyka: daj "horbuszku" (piętka chleba), bo wyglądało, że większy jest pajok z horbuszką, niż inne porcje. Chleb był ważony, a doważki były przykłuwane patyczkami. Każdemu się wydawało, że kolega ma więcej. Niektórzy łudzili siebie, krajali chleb na drobne ka­wałki, na nie kładli zapiekanki (kwadraciki gęstej kaszy 5x5 cm) robili tak zwane buterbrody (kanapki) i jedli tak długo, żeby być ostatnimi i nie pa­trzeć, jak jedzą inni. Ja osobiście tej metody nie stosowałem, zjadałem, co mi dano, i kładłem się spać, nakrywając głowę "tiełogrejką" (krótki waciak), aby nie widzieć, jak jedzą inni, nie zaostrzać sobie apetytu.
Panował zwyczaj, taka zasada obozowa, której przestrzegać musiał każ­dy, że "krownej pajki" (zapracowanego chleba) nie wolno było kraść. Jeśli kogoś na tym złapano, można było go nawet zabić.
Po prowierce zawołał mnie do siebie brygadzista wypytując o wszystko: za co siedzę, skąd pochodzę, co umiem i jaki mam wyrok. Miałem najwyższy w brygadzie wyrok.
O godzinie szóstej rano biciem w szyny budzono nas. Dyżurny miał już przyniesioną wysuszoną odzież i bez mycia poszliśmy po "zawtrak" (śniada­nie), otrzymując po 500 g chleba, bałandę i trochę kaszy. O siódmej po od­czytaniu przez nariadczyka, kto zwolniony przez miedwracza, a takich było
bardzo mało, bo za chorego uważano tylko tego, kto miał czterdzieści stopni temperatury, wyszliśmy na robotę. Na wachcie przeliczono nas i oddano pod opiekę trzech żołnierzy: jeden z przodu, dwóch z tyłu, uzbrojeni w karabiny i jeden erkaem. Przyprowadzili do narzędziowni i brygadzista dyry­gował; ty - kilof, ty - łopatę. Rozdatczyk wziął piłę i siekierę. Następnie po odczytaniu formułki: krok w lewo, krok w prawo, konwój strzela bez uprzedzenia - ruszyliśmy do roboty.
Do kamiennego karjeru (żwirowni) mieliśmy około 2 km, gdy tam przyszli­śmy, konwój nas zatrzymał, a brygadzista rozstawił tabliczki z napisem: "zapret żona" i "konwój strzela bez uprzedzenia". Były już podstawione plat­formy kolejowe, na które należało w ciągu dziesięciu godzin załadować żwir. Rozdzielono nas do trzech platform, po siedmiu ludzi, którzy kopali i do­wozili taczkami żwir do wagonów. Dwie osoby ładowały na platformę. Stąd powstało powiedzenie: na dwóch norma, jedna platforma.
Rozdatczyk rozpalił ogień dla żołnierzy, dla brygadzisty i złodziei, którzy cały czas się grzali, a nas pot zalewał od wysiłku przy pracy. Cały teren był oświetlony elektrycznością, pracowało kilka takich brygad jak nasza. O godzinie dwudziestej padała komenda, podana przez konwój: "sabierajsia!" (zbierajcie się) i czy były wagony załadowane, czy nie, konwój pro­wadził nas do obozu. Co pewien czas brano do szczegółowej kontroli jedną z brygad, pozostali musieli czekać na mrozie, deszczu lub śniegu.
W każdym obozie przeżywaliśmy szok - zdumienie tym, jaką wyjątkową pozycję potrafili  wywalczyć sobie  złodzieje.  Już  nawet pomijając  to, że biciem, kopaniem  i znieważaniem byliśmy całkowicie im podporządkowani, robili, co chcieli. Nie można było od nikogo oczekiwać pomocy. Zwykli więźniowie karani byli za najmniejsze uchybienie. Natomiast złodzieje byli całko­wicie bezkarni i mogli traktować innych jak sami uważali za słuszne. Egze­kwowali swoje złodziejskie zasady z żelazną konsekwencją i bandyckim okru­cieństwem, sami lub przez "szestiorki" (sługi). Pewnego razu przysłano nowe­go kucharza. Był to zdrowy i silny mężczyzna. Nie znał on jednak zwyczajów obozu karnego. Rano, gdy przedstawiciele złodziei przyszli, jak zwykle, po lepszy prowiant, nowy kucharz odmówił wydania. Oni go zabili. Wybrali z kotła kaszę i jego tam włożyli. My do roboty poszliśmy o chlebie i zupie. Nawet w tak skandalicznym wypadku, który wydałby się nie do pomyślenia -  kierownictwo obozu  nie zdecydowało się na interwencję. Kierownictwo bało się ich. Oni byli stroną mocniejszą. Mogli sobie bezkarnie pozwolić na wszystko.
W tym czasie weszła ustawa, że więźniów nie można zabijać. Dotychczas zdarzały się wypadki, że żołnierz kazał przestawić tabliczkę "zaprietzony", a następnie zabijał więźnia, twierdząc, że więzień chciał uciec. Zdarzały się też wypadki, że więzień mając dość takiego życia, w chwili psychicznego załamania, depresji i rozpaczy sam rzucał się do ucieczki, aby zostać zabi­tym.

Marian Dowgiałło