Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Sukurcze

Stary dom rozległy - miał swój własny zapach,
Nasiąkł nim przez długie - przeszło cztery wieki,
Wielki, parterowy, wzniesiony z rozmachem.
Około dwudziestu liczący pokoi,
Przedsionków, składzików, różnych zakamarków,
Pod ogromnym, ciężkim i łamanym dachem.

Potężnie sklepione posiadał kominy,
Pięć ich wystrzelało wyniośle do góry,
A jeden u dołu rozszerzał swe mury,
Zmieszczając wewnętrzną, domową wędzarnię.
Ściany z starodrzewia, tynkowane biało,
Miejscami spróchniałe, lecz takich miejsc mało,
Przeważnie żywicą z przed wieków nasiąkłe.
Stuleciom oparły się bez większej szkody.

W niektórych zaś miejscach jakby skamieniałe,
Próżno by próbować zapędzać w nie gwoździe:
Nowe gwoździe z fabryk gięły się pod młotem,
Jakby były tylko zwykłym słabym drutem,
Wkuwając do głowy myśl ironii pełną,
Że mocniejsze niegdyś było stare drewno,
Niż w obecnych czasach wyroby z żelaza.

Wtedy, gdy zewnętrzne ściany z fundamentem
Trochę w ziemię wrosły, wewnętrzne - oparte
Na mocnych piwnicach - wcale nie puściły,
Stąd powały wszystkie od środka budynku
Ku zewnętrznym ścianom nieco się chyliły.

Cały ciężar jednak tak wielkiego gmachu,
Sufitów, powały, ogromnego dachu -
Z zaufaniem wielkim, nabytym przez wieki,
Wspierał się na ścianach wewnętrznych z kamienia,
Murowanych z wielkich, starych, ciężkich cegieł,
Z których każda waży nie mniej niż pół puda,
Stały niewzruszenie, lecz czy się im uda
Wytrwać długo jeszcze? Pytanie - tak samo
Jest zawrze, jak w domku, tak też w wielkim gmachu
Zależne od stanu i całości dachu,
A tu właśnie z dachem... "był kłopot niemały"...

Stan ten oceniając słowami Józefy
Każdy zwiedzający, co zjawił się tutaj,
I po schodach z sieni wytknął na strych głową,
Kręcił się z podziwu, kiwał wahadłowo,
Zdziwienia powodem nie były blaszanki,
Ucięte butelki, ustawiane szklanki,
W które z dziurek w dachu - w każdą niepogodę
Ciekło - wydzwaniając przedziwną melodię.

Inny widok widza niezmiernie zajmował,
Właził na strych cały, naprzód postępował,
Jak gdyby się skradał, aż podchodził blisko
Do samego dachu - tu kłaniał się nisko.
(Coś tu musiał widzieć - tuż przy samym dole).

To znowu wzrok w górę kierował. Na czole
Miał zadumę, w twarzy wyraźne zdziwienie,
Wreszcie wykrzykiwał: "Panie całe mienie
Możnaby tu zebrać". Wpuszczać za opłatą,
Co za kombinacja zamku, krokwi z łatą,
Klucza i beleczek? Stoją w amfiladzie
Ukośne podpórki... a te lekkie kładzie...
Jakież to jest dziwne, niezwykłe wiązanie?!
Tak to jest ciekawe - mój szanowny panie."

Kłopot nie pochodził stąd, że dach niezwykły,
Lecz, że tak - po prostu, zwyczajnie - przeciekał:
Szczególnie chronicznie ciekło w załamaniach.

Dziwne - dom, tak dawno będąc zbudowany
Wcale nie podobny był do rówieśników:
Miał ogromne okna, wysokie pułapy,
W oknach szyb po osiem, w kilku po dwadzieścia,
Szkło z przeróżnych fabryk jak również, stuleci,
Zaledwie miejscami świadczyło, że nowe,
Przeważnie sędziwe - było już matowe,
Mieniło się tęczą lub jak opal lśniło,
Tam miało zieloną, a tu złotą barwę,
Jakby kto pociągnął niezmywalną farbą,
Wystawiane na deszcz, im dłużej je zmywał,
Tym więcej, na przekór - kolorowe było.

Sufit belkowany w komnatach i sali...
Chciał wszystkich zapewnić o mocy budynku.
Całą masę skupiał skrzyżowanych belek,
Tworząc z dyli i desek coś jak gdyby klatkę.
W niektórych pokojach podbity na gładko...
Wzrok ściągał na skromne snycerskie ozdoby.

Posadzki miejscami były ułożone
Z dębowych trójkątów, pasów i kwadratów,
Znów w innych komnatach - z szerokich sosnowych
Długich desek wszędzie ściśle spasowanych,
Tworzących zwyczajną lecz równą podłogę.
W ścianach - wielkie lustra, nad drzwiami - obrazy,
Wszystko w ramy, pięknie rzeźbione - ujęte.

W trzech izbach obicia z wzorzystego płótna,
Miejscami - dyskretnie rzucone złocenia.
W bawialnym, od dołu aż do samych okien,
Ściany jak pancerzem rycerskim okryte,
Co musiało być dawno - chyba przed wiekami,
Przez snycerzy w drzewie pracowicie ryte.
Chcąc ocenić słusznie artyzm rzemieślników,
Na czoło prac innych - wysunąć należy,
Ze smakiem rzeźbione wszystkie drzwi w komnatach,
Kilka ich deseni było w całym domu.
Prym trzymały kute, ładnie w drzewie rżnięte,
Frontowe z podjazdu i ganku zarazem.

We drzwiach wszystkich klamki, skoble i zawiasy
Jak również okucia ram okiennych, były
Kowalskiej wymyślnej roboty wyrazem.

Kominków kilkoro, rozrzuconych w domu,
Wyzierało z kątów i wyczekująco
Zaglądało w oczy ludziom przechodzącym
Z niemym zapytaniem: kiedy w nich rozniecą...?
W barwnym państwie pieców z kolorowych kafli,
Berło trwałe dzierżył potężny piec w sali.
"Wielkopiec" po czterech swych rogach ujęty
W czarno wypalane kręcone filary,
Przy nich nabijany mosiężnymi guzy,
Drzewa wóz pochłaniał - jednym haustem naraz.

W domu pełno było rozmaitych mebli.
Stare, z różnych wieków pokręcone twory,
Miejscami tworzyły fantastyczne grupy,
"Skarżąc się widzowi na dziwne sąsiedztwo,
Świadcząc o krzyczącym z różnych kątów domu
Jednym wszędzie zdaniu: "nie ma tu dziedzica".
Dziedzica istotnie od dawna nie było.
Ziemia w obcych rękach już przez lat dziesiątki,
A chociaż dzierżawca i wszystkie budynki
Odsunięte były od starej siedziby
I do niej nie wnikał hałas nawoływań
Z życia gospodarstwa rolnego - podwórka,
Żaden odgłos z zewnątrz nie mącił tu ciszy,
To jednak przez długie lata - faktem było,
Że tu brakło kogoś, ktoby całość dworu
Złączył w swoim sercu, otoczył uczuciem -
Nie tylko siedzibę, lecz z nią orne pole.
Zdolny był ukochać rozległe moczary
I te - wyższe łąki i tamte - na dole,

Krótko mówiąc - brakło tutaj gospodarza,
Któryby, podchodząc do tej ziemi z sercem,
Potrafił się rządzić jednakże rozumem,
Zaniedbaną ziemię podnosząc z upadku.

W jednej z komnat, zwanej: "pokój starszej pani",
(Dziada mego matki), która już od dawna
Przeniosła się w inny - świat podobno lepszy,
Tu do dyspozycji, mając wciąż komnatę,
W której wszystko stało - jak za dawnych czasów,
Dla ułatwień duszy w wędrówce z zaświatów,
W chwilach, gdy wracała na ten ziemski padół,
Do szafy, komody i innych pamiątek -
Było miejsce małe, (w tym właśnie pokoju),
Odgrodzone cienkim przepierzeniem z desek -
Zwało się od dawna po prostu - "zagródka".
W "zagródce", przez kilka ubiegłych pokoleń
Sypiały klucznice - ochmistrzynie dworu.
I wtedy, za czasów mojego dzieciństwa,
Mieszkała tu stara klucznica - Józefa,
Którą - przez złośliwość ktoś ze starszych nazwał
"Encyklopedyją" wypadków powiatu".

W domu niepodzielnie rządziła Józefa,
Wszyscy żartowali, że ma sto lat - przeszło,
Na pewno mniej miała, lecz sądzę, że jednak
Mylono się w żartach - nie tak bardzo wiele.
Była ciągle panną - więc się nie pytano.

Dziwna twarz satyra o krogulczym nosie,
Zdolna do grymasów, mimiki wszelakiej.
Obnosiła stale ironiczną boleść.
W ustach tkwił papieros - nieraz skręt z gazety.
Nieodzowna chustka - przykrywała kołtun,
Obwiązane czoło - chroniczna migrena.

W staromodnych jubkach zamiatała ziemię
Szeleszcząc w niedzielę, rocznice i święta,
W jednej ręce klucze, w drugiej jakaś szmatka,
Chodziła wciąż prosto, dbając o dom cały.
Kwiaty hodowała w ilościach niezmiernych,
Przenosiła w słońce oleandry, floksy,
W sali podlewała wazoników setki,
Rozmnażała flance - wprost na klawikordzie.
Wieczorem sprawdzała wszystkich drzwi zamknięcia,
Sama jedna w domu - jak błądząca dusza,
Całą radość mając w tytoniu, herbacie.

Do nas, gdyśmy latem przyjeżdżali,
Z sercem jak najczulszym mawiała: "perełka",
Prowadziła wszędzie, bóle wylewała,
Że ukradli w lesie, że dach znów zacieka.
Historyjek setki sypała z rękawa:
Gdzie się kto urodził, jak tu "Stary" rządził.
Śmiać się potrafiła - jak młoda wciąż jeszcze,
Czasem też zapłakać i załamać ręce.

Zaczynała wszystko w ulubione słowa:
"Bogu wiedzieć tylko, jak to dawno było...
Flawka, Ewarystka, Mania - ta, co z Fanią...
Jerma, Staś, Franuśka!... Salunia..." i dalej -
Jak Jerma zabawnie "zniuszczył" się przed Starym
Lub jak ...na swą żonkę "dyć i woła Szprynce..."
"A komedia"! Pani - ha! ha! ha!... "Gryzmani,
Sam gruby jak beczka - mówi do każdego -
Dyj najgrubszym głosem: uważasz panoczku...
Objawił się w piątek nadtoż zasapany...
Zamiast skrzyczeć Jermę - popijał z nim piwo...
Aha! co tu gadać!? nie to co za Starym".

W zagródce swej miała zbiór małych dzbanuszków,
Lubiła szklaneczki i małe spodeczki,
Umiała równiutko obcinać butelki.
Robiła to sznurkiem w tajemnicy od nas,
Pokazując potem z wielką dumą "szklanki"
Rozmaitej barwy ucięte z butelek.

Bawiła się czasem z nami w ciuciubabkę,
I hałasowała nie mniej od nas - dzieci.
Podskakując dziwnie, wybuchała śmiechem
Zabawnie śpiewając: "Iinderlin-der-lin-der",
Lub też naśladując ręką grę na skrzypcach,
Komicznie piszczała: "cimci-drimci-cimci..."

Namawiała czasem nas byśmy skakali -
I podśpiewywała w takt tańca chińczyków -
O tym jak to - "Irsza dyć z Mowszem żył dobrze",
A wszystko kończyła zawsze głośnym śmiechem.

Hodowała kotki lecz kotka Józefy
Musiała koniecznie "być tzw. ryska -
Tzn. na futrze swym - mieć trzy kolony
Kotka czarno-biała nakrapiana żółto -
Zdobywała całkiem uznanie Józefy:
"Otóż ona piękna! A jaka łowuszcza"!
Mawiała z miłością patrząc na pupilkę.

Czasami koteczkę stawiała na stole,
Na dwóch tylnich łapkach - przednie wznosząc w górę
Udawała taniec koci i w te słowa
Zwracała się do nas: "o baczcie jak pięknie"
Do tańca nuciła repertuar stały:
"Iinderlind... ha! ha! ha!... a bodaj cię diabli"!
Gdy, znużona wiekiem kotka zestarzała,
Józefa następną koteczkę już miała
I znowu, od dziecka kocię hodowała,
Lecz zawsze tak samo w trójbarwnym kolorze.

Nazwisko jej Mińska, pochodzenie - mroczne,
Dziwne, że przed wiekiem, na tym samym miejscu,
Będąc też klucznicą, żyła tu jej ciotka,
Imieniem - Józefa i nazwiskiem - Mińska.

Chociaż już w tym domu - dziwić się przestałem -
Dziwne, że tak samo jak Józefa młodsza
Wpadła do piwnicy i złamała nogę,
Przed wielu latami - ta "starsza" Józefa,
Nogę potem lecząc, zażywały obie -
Oddzielone wiekiem - tak samo miedź w proszku.

Była więc piwnica rozległa pod domem,
Za romantyzm położenia wśród słowiczych haszczy,
Za warunki wegetacji roślin, drzew i krzewów
W tej kotlinie parującej w słonecznych promieniach,
Przez mus utrzymania zdrowia w równowadze,
Zapłacono większą przy budowie pracą.

Studnia, tuż przy domu - piła wilgoć z ziemi,
Pompowano wodę,- strumień płynął w ogród,
Chroniąc domu przez wieki od większej wilgoci.
Studnia ta nie sama na to pracowała -
Była połączona w połowie swej głębi
Ze studzienką drugą, położoną niżej,
Kopaną głęboko - pod piwnicą jeszcze,
Sięgającą w warstwy wilgotniejsze ziemi,
Z których wysysała wodę ta studzienka,
Dzieląc się nią z większą studnią na powierzchni.

Rozległa piwnica - była sucha całkiem,
Wysypana piaskiem, zdolna do opieki
Nad butelką miodu i wina starego,
Warzywem, owocem, leżącym na półkach.
Ongiś znała ona inne - lepsze czasy -
Poprzez miody dziada w głąb wieków sięgające,
Pamiętała beczki chowanych tu trunków.
Powiadano również... "Bogu wiedzieć kiedy"...
Przechowano tutaj nie jedną szkatułę.

Jako osobliwość - także wskazywano
Źródło, co krynicą zwano tu powszechnie,
W którym woda była tak smaczna, klarowna,
Rzeźwiąca, co więcej - tak zdrowa podobno,
Że wszyscy ją pijąc - żyli długie lata.
Tak mówiono i wnet - jak na przykład żywy -
Wskazywano palcem na starą Józefę.

To też samowary, wszystkie jakie były,
Nie widziały nigdy żadnej innej wody.
Osąd, co do smaku gotowej herbaty,
Należał od dawna, do panny Józefy:
"Ot, ona mnie pachnie"... mawiała z uśmiechem.

Woda w Starym stawie była też leczniczą.
Jeden ze znajomych, będąc w starszym wieku,
Całe życie mając jakiś liszaj skórny,
Za radą Józefy - kąpiel wziął w tym stawie,
Liszaj zniknął w tydzień i nie wrócił więcej.

Hen - dawno przed laty... "Bogu wiedzieć tylko"...
Tuż przy samym domu - istniała kapliczka.
Był ołtarz niewielki - ksiądz tu msze odprawiał,
Lecz gdy czas ją zniszczył "...Dy-i po Powstaniu
Drań - uriadnik kazał całkiem ją skasować"...
W przestrzeli małą między kaplicą a domem
Wbudowano wtedy przestronną komnatę
I przyjęto wszystko pod dach wspólny domu.

Jeden z pokoików mały i ukryty,
Wskazywany bywał przez starą Józefę,
Jako "osobliwość tutejszego domu".
Dwa tygodnie przeszło - żyli w nim powstańcy,
Kiedy w reszcie komnat - rosyjski generał
Ze sforą żandarmów w tymże czasie mieszkał.
Drzwi tego pokoju były przez obicie
Tak zamaskowane, że o nich nie wiedząc,
Nikt by nie przypuszczał istnienia kryjówki.

Dwór, ze słów Józefy, przed setkami laty
Terenem był zjazdów, sejmików powiatu,
Były tu przemowy i huczne zabawy -
Świadczyć o tym mogły archiwa komnaty.
Gdy Jagiełło ponoć spotkał się z Jadwigą, -
"Dziesięć strzelań z łuku" - w Ostrowiu nad Dzitwą -
Mając tam za ciasno we dworze i stajniach,
Ściągnięto do Sukurcz na huczną biesiadę.

Co do mnie - wiem tyle, że w wiele lat później,
W odwiedzinach będąc u jednej z mych ciotek
W Wilnie - znalazłem wśród zbioru jej książek
Tom Gąsiorowskiego "Pamiętników" starych,
Gdzie opis w Sukurczach domu, zjazdu, balu -
Sprawił mi natenczas wiele wzruszeń miłych:
Choć świetniejsze nieco, lecz te same ściany
I te same kąty i te same graty.

Wtedy jednak, mając wiosen kilkanaście,
Zasłuchany w starych ciotek opowieści,
Marzyłem o szabli, o szeregach polskich,
O koniu w galopie, w marszu nocnym, w cwale.
Budowałem zamki na konarach drzewa,
W alejach ogrodu miałem swe kryjówki,
Wyznaczałem kwiatom ich przydziały w wojsku:
To byli ułani, a tamci - dragoni,
Husarzy, semeni, piechota łanowa.
Pokrzywa to Niemcy, kwiat żółty - Tatarzy,
Szablą z drzewa ciąłem wrogie mi szeregi.
Szczędząc od zgniecenia - własne wojsko w trawie.

Prócz Starego stawu - były jeszcze tutaj,
Cztery stawy rybne, niewielkie - kopane,
W których rosły liny - jak ciasto na drożdżach,
Z prosięciem miesięcznym konkurując w wadze.

Ze starą Józefą - jeszcze trzy osoby
Stanowiły kółko doskonale zgrane:
Przezacny Kowalczyk Adam - chociaż krawiec,
Lecz, że to miał ręce przez artretyzm krzywe,
Dzierżawił tu ogród, cenę nam wyznaczał,
Taką jak powiadał... "Panie odpuść grzechy" -
"By nic na sumieniu nie mieć w chwili śmierci"...
Człowiek ten uczciwy, żyjąc wciąż dla innych,
O sobie nie myślał. Trylogię czytywał.
Miał również ten zwyczaj, że lubił rymować,
Co z wielką łatwością i prostotą czynił.

Lubiałem być świadkiem, jak stara Józefa,
Pykając z długiego papierosa - skręta,
Ręką w żywych gestach pomagając słowom,
Gawędziła - siedząc nad kubkiem herbaty,
Przed którym na stole kawałeczek cukru
Leżał, gdyż zazwyczaj pijała w "przykąskę".
A przed nią Kowalczyk z założoną nogą, 
Odkładał natenczas krawiecką robotę,
Ćmiąc skręta z machory nazwanej "bakunem",
Kiwając do taktu i nogą i głową.
Co chwilę się dziwił: "A, a, a..." słowami Józefy,
Wahadłowo głowę na boki wciąż chwiejąc,
Wydawał syk dziwny naśladując węża:
"Ssss..." i trzeszczał głośno w stawach kosteczkami.

Józefa zaś barwnie rozwijając temat
Przeskakując szybko poprzez rody, księży,
Nareszcie, jak zwykle - przy końcu gawędy
Przechodziła na to, co w tym dniu dla Sukurcz
Stanowiło kłopot najaktualniejszy.
"Ach, czy wiesz Adamie, że mnie te Malawskie
Dyj tak nadojedli, że czuję ich w głowie!
Jak mnie wprost wyłażą już przez potylicę."

Był Łukuć Stanisław, leśnik, co wraz z żoną,
Urszulą tu mieszkał, chodząc w las co ranka.
Starzy już oboje, żyli z sobą zgodnie,
Serdeczni, pogodni, dla wszystkich życzliwi.
On z uśmiechem dobrym stale z niej żartował,
Ona, drepcąc za nim - wciąż o niego dbała.
Kiedy się znalazłem czasem wśród tej czwórki,
Wspomnienie jednego z nich - ciągnęły potem
Nieskończony łańcuch opowieści innych.

Barwna przeszłość Sukurcz, jak też ciężkie czasy,
Życie przodków moich, lub ich jakieś czyny,
Wyczarowywane ze zmierzchów przeszłości,
W pełzającym świetle długiego łuczywa
Wetkniętego w szparę jednej ze ścian chaty
(Starego leśnika) - wciąż występowały
Jak żywe obrazy, w których się postacie
Tak snuły, zmieniały - jak snuły się dymy
W Łukuciowej chacie z jego wielkiej fajki,
Smugami z łuczywa, kłębami nad głową
Adama, jak również przejętej Józefy.

Witold Pilecki