Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Zapiski oficera armii cyerwonej

 

28 lipca 1941 roku
W stodole


Wczoraj nie dokończyłem ja opowiadania o moich przygodach, więc dzisiaj piszę dalej. Teraz jestem ja, można powiedzieć, najszczęśliw­szym człowiekiem na ziemi, bo okropnej śmierci z rąk niemieckiego NKWD uniknąłem i może jeszcze jakoś w ogóle ocaleję. Bo szkoda by było, żeby Rosja straciła takiego dzielnego obrońcę socjalizmu jak ja. Jedynie to mnie bardzo martwi, że nie wiem ja, co się stanie z moją własnością pozostawioną w Vilniusie. Co prawda drzwi są dobrze zabezpieczone, ale mogą je wyłamać, żeby do moich skarbów dobrać się. Teraz bardzo ja żałuję, że niezgodnie z nauczycielkami żyłem i od ostatnich słów je przezywałem. Mogą teraz ze złości na mnie skarby moje przywłaszczyć.
Ale trzeba opowiedzieć o moich przygodach. Po wyjściu z miasta błąkałem sieja przeszło dwa tygodnie po lasach. I nie wiedziałem: gdzie iść i co robić? W tym czasie bardzo osłabłem, bo ostatnie dni tylko jago­dami żywiłem się. A pewnej nocy kartofli w polu nakopałem i przy ognisku je upiekłem. Ale tak żyć długo było mi trudno, bo jako oficer bardzo delikatne mam zdrowie i lubię codziennie chleb jeść. A gdy w Polsce się znalazłem, to zupełnie rozpieściłem się i do różnych kieł­bas oraz masła przyzwyczaiłem się całkiem niepotrzebnie. Myślałem, że zawsze tak będzie. I tak by było, gdyby nie podła zdrada Stalina. A zdrada musiała być, inaczej Hitler nigdy by się nie odważył napaść na potężny Związek Radziecki i niezwyciężoną Armię Czerwoną.
Pewnego wieczora wyszedłem ja z lasu i ostrożnie rozglądam się po okolicy. Zauważyłem w pobliżu jakieś osiedle. Dom stoi na wzgórzu, a w dole stodoła, stajnia i chlew. Ludzi nie było widać i innych osiedli blisko nie dostrzegłem. Ale czekam ja, co dalej zobaczę. Długo nikogo nie było. Potem jakaś babina wyszła z domu i udała się ścieżką w kierunku stodoły. W rękach niosła piłę i siekierę. Zeszła w dół i zaczęła obok stodoły drzewo piłować. Wówczas ja, przyciśnięty głodem, nabrałem odwagi i z ukrycia wyszedłem. Zobaczyłem, że kobieta niemłoda i że trudno jej samej drzewo piłować, więc powiedziałem:
- Dobry wieczór, mateczko! Może wam pomóc drzewa napiłować. Ona popatrzyła na mnie i pyta:
- A ty skąd tu się wziąłeś?
- Z lasu - powiadam. - Wielkie mnie nieszczęście spotkało. Zabrali mnie do wojska ci przeklęci bolszewicy, przywieźli aż do Wilna, a jak Hitler na nich uderzył, to uciekli sami, a mnie zostawili na zgubę. Teraz nie wiem, co robić. Do domu nie trafię, bo to daleko. A tu też żyć nie ma jak. I bardzo ja Niemców boję się. Dlatego z dala od ludzi się trzy­mam i po lasach chowam się. Cały tydzień już chleba nie jadłem. Może sprzedacie mnie chociaż kawałeczek?
A ona powiedziała:
-  Dam ja tobie jeść, tylko porządki w gospodarstwie skończę. A Niemców nie bój się. Drogę stąd daleko widać. W razie czegoś złego do lasu pójdziesz. Tam ciebie nikt nie złapie. A teraz, jeśli chcesz mi pomóc, to przygotuj drzewa do pieca. A ja pójdę krowę wydoić.
Chwyciłem ja siekierę i dawaj drzewo szastać. Bardzo starałem się, żeby wiedziała, że nie leń jestem. W głowie mi się kręciło z głodu, ale pracowałem ze wszystkich sił. Ona tymczasem krowę wydoiła i kazała mnie drzewo do kuchni zanieść. Poznosiłem ja tam wszystko, co narąbałem, a ona pod płytą ogień rozpaliła i zaczęła kolację szykować. Mnie poprosiła siadać i pracując rozmawiała ze mną. Kilka razy z mieszkania wychodziła na drogę popatrzeć: czy ktoś obcy nie idzie? A do mnie powiedziała:
- Ty się nie bój. Tu naród wszystko polski. Niemców i bolszewików nie lubią. Jeśli ciebie ktoś i zobaczy, to nikomu nie powie. Zresztą nikt ciebie tu i nie zobaczy, bo osobno żyjemy. To jest majątek Burki.
Jak powiedziała mi ona, że to jest majątek, to i zdrętwiałem ze stra­chu. Potem spytałem:
- A gdzie wasz dziedzic?
- Nie ma - powiedziała - W Anglii jest. W polskim wojsku tam służy.
- A gdzie jest dziedziczka?
- Ja jestem dziedziczka.
Chociaż byłem strasznie głodny i zmęczony, śmiać się zacząłem. Wiedziałem, że źle robię, ale wytrzymać nie mogłem. Bo ja tyle nasłyszałem się i tyle w książkach i pismach czytałem o tych krwiopijcach, polskich panach i dziedzicach! Jak w złocie chodzą, rozkosznie żyją i znęcają się nad chłopami. A tu taka babina, byle jak ubrana, spraco­wana, ręce od roboty aż czarne, mówi mi, że jest dziedziczką. Pomy­ślałem nawet, że kpi ze mnie. A ona powiada:
- Ty czego zęby szczerzysz?
To ja nie wiedziałem, co robić i prawdę jej powiedziałem:
- Zabawne mi to jest, że wy sami pracujecie i mówicie, iż dziedziczką jesteście.
- Tak ono i jest! - powiedziała. - Wszyscyśmy tu pracowali. Mieliś­my w dobrych czasach dziewkę i parobka do roboty, ale i dla nas pracy nie brakowało. A teraz sama zostałam, więc sama pracuję. Ale trudno mi poradzić, bo bolszewicy gospodarstwo nasze zniszczyli zupełnie. Zabrali wszystkie konie i trzy krowy. Jedną tylko zostawili... najgorszą. Dwóch synów moich do wojska wzięto i nie wrócili. Mąż też. Tak nasza praca wielu lat została zmarnowana. Ale najwięcej mnie rodziny szkoda, bo nie wiem, czy jeszcze kiedyś do domu wrócą i czy się zobaczymy.
Pomyślałem ja, że może w tym, co ona mówi, trochę prawdy i jest. Ale bardzo dziwnie było mi to słyszeć.
Dała mi ona jeść. I to jeszcze jak! Od tego czasu, jak z miasta wy­szedłem, tak nie najadłem się. Tymczasem ona mnie o różne rzeczy wypytywała. Kto jestem? Skąd pochodzę?... To ja jej wszystko kłama­łem. Powiedziałem, że jako poborowy byłem do wojska wzięty i w ar­mii jako szeregowiec służyłem. Że przedtem w kołchozie pracowałem. A bolszewików bardzo kląłem. Szczególnie Stalina. Bo wiedziałem, że Polscy ogromnie go nie lubią. Ale ona nie wymyślała ani bolszewikom, ani Niemcom, ani Stalinowi. Tylko wypytywała mnie i słuchała uważ­nie. Później powiedziała:
- Co ty chcesz dalej robić? Jeśli w drogę pójdziesz, to dam ja ci bo­chen chleba i kawałek słoniny. Udało się trochę zboża schować od rek­wizycji, więc sama żyto na żarnach mielę i chleb wypiekam.
Wówczas ja powiedziałem:
- Mateńko, kochana! Nie wiem ja, gdzie iść. Jak pójdę w lasy, to gdziekolwiek z głodu zginę albo Niemcy mnie złapią i zabiją. Czy nie można by było tu u was pozostać? Pracowałbym, co tylko każecie. Jadł­bym, co dacie. A później może coś się zmieni.
Pomyślała ona i mówi:
- Dobrze. Zostań tu na razie. A potem zobaczymy, co będzie. Spać będziesz dla bezpieczeństwa w stodole. Chodź, pokażę ci miejsce.
Wzięła ona latarkę. Dała mi stary kożuch i koc. Nalała butelkę wo­dy, żebym miał co pić w nocy. I poszliśmy. Latarnię pod kożuchem nio­sła, żeby w nocy światła z daleka nie było widać.
Przyszliśmy do stodoły. Ona w jednym miejscu specjalnie włożone tam deski wyjęła i poświeciła mnie do środka. Była to skrytka trudna do znalezienia. Wytłumaczyła ona mnie, że drzwi do stodoły na klucz zamknie, ale ze skrytki jest wyłaź pod dachem. Więc w razie niebez­pieczeństwa mogę tamtędy do rowu uciekać i stamtąd krzakami w las zbiec. Zapewniła ona mnie, że tu w nocy będzie spokojnie, bo Niemców nigdzie w pobliżu nie ma. A do miasteczka stąd daleko. Zamknęła sto­dołę i poszła.
Położyłem ja na sianie kożuch, buty z nóg zdjąłem i kocem się na­kryłem. Poczułem się bardzo szczęśliwym człowiekiem. Jednak ci Pola­cy nie są tak strasznie podli, jak nam o nich mówiono. Bo, prawdę po­wiedzieć trzeba, nikt z nich mnie jeszcze nie skrzywdził, wszyscy zaś pomagali. U nas to by nikt mnie pomocy nie okazał. Takim typom, co od władz się ukrywają, nikt nie pomaga. A tu naród inny. Tylko ta podła Irka bardzo mnie skrzywdziła. Ale może ja jeszcze na niej się zemszczę.
Spałem ja bardzo mocno, dopóki posłyszałem, że mnie ktoś woła.
-Miszka!... Miszka!...
Poznałem ja głos dziedziczki i odezwałem się.
- Wyłaź - powiedziała. - Trzeba śniadanie zjeść.
Poszedłem ja do mieszkania. Dała ona mnie jeść znakomicie. A po­tem przyniosła cywilne ubranie, buty, czapkę, skarpetki i czystą bieliznę.
-  Zebrałam to w domu - powiedziała. - To są rzeczy moich sy­nów. Przebierzesz się w to, bo w twoim bolszewickim uniformie cho­dzić teraz niebezpiecznie.
Zagotowała ona dwa sagany wody. Postawiła ceber zimnej. Dała mi ręcznik, mydło i kazała porządnie wymyć się.
- Pewnie wszy masz - powiedziała.
- Jest trochę - rzekłem. - Rzecz w wojsku nieunikniona.
-  Jak w jakim wojsku - powiedziała. - U was tego bogactwa i w wojsku, i bez wojska dość jest. Taką już macie kulturę.
Wyszła ona z izby. Zacząłem ja cały myć się. Wyszorowałem się porządnie i ubrałem się. Tak: od razu widać, że to dziedzice byli. Bie­lizna czysta, całkiem biała. Ubranie sukienne. Buty mocne, z dobrej skóry. Trochę to wszystko do mnie nie pasowało. Ale nic, uleży się z czasem.
Posprzątałem ja kuchnię i brudną wodę na dwór wylałem. Tymcza­sem dziedziczka przyszła i mówi do mnie:
- Ty teraz zapomnij, że Miszka nazywałeś się. Teraz jesteś Janek, mój syn. Mam nawet dla ciebie dokumenty, dopóki inne, formalne, wy­robimy. Jeśli Niemcy tu przyjdą albo policja z gminy, to ty nie uciekaj
i nigdzie nie chowaj się. Ale i w oczy im nie leź. Do roboty zabieraj się, żeby nic nie mówić. A gadanie z nimi, to już moja sprawa będzie. A są­siadom, gdy o tobie się dowiedzą, powiem, że uchodźca jesteś. Czy dobrze mnie zrozumiałeś?
- Tak. Zrozumiałem.
- Przy policji albo Niemcach, jeśli trzeba będzie do mnie odezwać się, wołaj mnie: mama. A przy sąsiadkach czy w ogóle, gdy trzeba, nazywaj mnie: pani Józefa.
Bardzo ja się ucieszyłem. Poczułem się tak, jakbym na nowo na świat narodził się. Zrozumiałem, że ta dziedziczka zginąć mnie nie da. Z radości to nawet łzy mnie z oczu poszły. Chwyciłem ja panią Józefę za rękę i pocałowałem.
- Dziękuję wam bardzo - powiedziałem. - Póki żyć będę, tego nie zapomnę, i jeśli będę mógł, wywdzięczę się za wszystko, bo zginąłbym ja bez pani.
A ona powiedziała:
- Bogu podziękuj, że tu dobrzy ludzie są i że serca mają nawet dla swych wrogów, jeśli w nieszczęściu są. A ty, widzę ja, młody i głupi jesteś, bo może jeszcze nie całkiem zepsuty. Więc poratuję ciebie, jak mogę.
W taki to sposób ja tam i zostałem. Spałem nadal w stodole, a w dzień już śmiało po całym folwarku chodziłem. Roboty jest dużo, więc pra­cuję całe dni. Zresztą i pani Józefa ciężko pracuje. Nawet więcej i lepiej ode mnie. Boja dopiero od niej roboty się uczę.
Bardzo jestem szczęśliwy. Niedawno jeszcze myślałem, że zginę ja na pewno. I zginąłbym gdzieś albo z głodu, albo od choroby, albo z rąk niemieckich. A teraz mam i dom, i jedzenie, i ubranie dobre, i dokumen­ty, i gospodynię, która mnie jak matka syna traktuje. Ale gdzież tam: jak matka syna?!... Od matki swojej ja nic prócz połajanek nie słysza­łem. A jak mały byłem, to często też i biła. A pani Józefa nigdy złego słowa nie powie. I dba, żebym był syty, czysty, bezpieczny. Nie zapom­nę ja jej tego nigdy i jak tylko będę mógł, koniecznie wywdzięczę się. Niech wie, że my, bolszewicy, bardzo dobre i wdzięczne serca mamy!

 

Sergiusz Piasecki