Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Żyć nie dali i umrzeć nie dali

 

Rok 1947  Pierwsze paczki z rodzinnego domu

Przed Wielkanocą 1947 roku przyszły nareszcie moje "pieriedaczi" (paczki), z którymi nie wiedziałem, jak mam postąpić. Można było swoje mienie złożyć w "kapciorce" (magazynie) za obozem, tam wypuszczano do jedzenia. Lecz gdy się wracało, złodzieje wszelkiej maści, wory, suki i szpany, bili posiadacza żywności poza obozem, domagając się "sała" (słoniny), "łuku" (cebuli) i czosnku. Bili tak bezlitośnie, że ludzie tracili przytomność, zdrowie i nerwy.
Zwróciłem się o radę w tej sprawie do brygadzisty, który powiedział: - idź odbierz i powiedz, że niesiesz dla Wołodi, a nikt ciebie nie ma prawa ruszyć. W dyżurce siedział naczelnik obozu - weteran wojny, i dyżurny oficer, paczki wydawał jakiś cywil. Paczki w mojej obecności zostały otwo­rzone, wszystko dokładnie sprawdzone, czy nie ma korespondencji lub czegoś innego, co by było niezgodne z regulaminem. Po podpisaniu, że nic nie braku­je, wydano mi je.
Każdy z obecnych musiał być poczęstowany. Szczególnie łasi byli wszyscy na słoninę, cebulę i czosnek, gdyż panowała cynga czyli szkorbut. Paczki były przyjmowane w skrzynkach z dykty obszytych płótnem i zawierały pro­dukty, które nie ulegają psuciu, gdyż czasem wędrowały około roku i dłużej. Po wyjściu z dyżurki do obozu ustawiła się cała kolejka - daj sała, łuku itd. Oświadczyłem, że to wszystko jest Wołodi. Więc poszła za mną cała kolejka-procesja aż do baraku i tam zawiedzeni rozeszli się. Przyniosłem wszyst­ko w worku płóciennym i położyłem na łóżku Wołodi, z pytaniem, co mam dalej począć. On wskazał "czemodan" (walizkę) pod pryczą i kazał tam wypa­kować zawartość worka. Ułożyłem wszystko, jak kazał. Wziąłem parę sucha­rów, wlazłem na pryczę i rozpłakałem się jak małe dziecko. Rodzice oddali mi może ostatni kawałek chleba, odjęli sobie od ust, żeby moc mi przysłać tyle wspaniałych rzeczy potrzebnych do życia i do przeżycia, a ja oddałem wszystko obcym ludziom, lecz życie i całe kości były mi milsze nade wszyst­ko - i to mnie uratowało.
Po kolacji Wołodia zawołał mnie do siebie i kazał pokazać, co otrzyma­łem. Wspólnie zjedliśmy królewską wprost kolację - słonina z chlebem. Cebu­lę i czosnek kazał oszczędzać. Tytoń polecił zanieść nariadczykowi, który mnie skierował do jego brygady.
Ten sposób pobrania paczki, tak przeze mnie opłakiwany, w późniejszym czasie bardzo mi pomógł, a może nawet uratował życie.
Nazajutrz przy wyjściu do roboty, Wołodia kazał mi wziąć piłę i siekierę. Uświadomiwszy konwój, że to Polaczek, i że z pewnością nie ucieknie, kazał rozpalić ogień dla żołnierzy i siebie. Następnie polecił usiąść przy ognisku i opowiadać, jak jest w Polsce, jacy są tam ludzie, jakie obyczaje, jakie życie. Było mi tak dobrze. Pierwszy raz w obozie! Prosiłem w duchu Pana Boga, aby nikt w tym czasie w naszej brygadzie nie otrzymał paczki i nie zajął mego ciepłego miejsca. Nie zdawałem sobie sprawę, że zauroczenie i zacie­kawienie Polską wynikało również stąd, że taka paczka była w ich oczach rzeczywiście majątkiem, i że taką paczkę można było dostać rzeczywiście tylko z Polski, choć była to Polska, w której władza radziecka już zdołała zaprowadzić swoje porządki i gospodarcze wyniszczenie dawało już o sobie znać.
Rosjanie śmieli się ze mnie, że w Polsce rządzi Bierut, a Ruskie wsio bierut i bierut!
Pomimo otrzymanych paczek, klimat, warunki sanitarne i załamanie psy­chiczne były tak silne, że zachorowałem na kurzą ślepotę. Ach, ileż mi się za to oberwało! Nie widziałem przed sobą nic z wyjątkiem światła elektry­cznego, idących naprzeciw więźniów albo potrącałem, albo sam się przewracałem, albo przewracałem innych. Stawało się to źródłem spięć i pokrzyki­wań.
Na miedpunkcie co rano otrzymywałem do picia stołową łyżkę cuchnące­go i śmierdzącego tranu rybiego, piłem go, mimo że był prawie nie do przeł­knięcia. Poskutkowało. Po paru tygodniach odzyskałem wzrok. Lecz nie­szczęścia chodzą parami: przyplątał się szkorbut, cynga - jak ją tutaj nazywano. Dzięki oszczędności i przezorności Wołodi, który schował czosnek, miałem czym się leczyć. Wołodia wydawał mi po jednym ząbku, każąc nacie­rać nim dziąsła, które po miesiącu przybrały normalny zdrowy wygląd.
Ciągłe rozboje, kradzieże i znęcanie się nad więźniami spowodowało, że kierownictwo karnej kolonu sprowadziło specjalną Komisję Zarządu Głów­nego NKWD Obozów w Moskwie. Podczas gdy byliśmy na robocie, przyszła Komisja do baraku zajmowanego przez złodziei. Kazali im wstać. Gdy schodzili z prycz, jednemu wypadł nóż fiński. Gdy schylił się, zęby go pod­nieść, oficer z komisji strzelił zabijając go na miejscu. A gdy koledzy rzucili się mu na pomoc, padło jeszcze kilka strzałów, raniąc następnych i po­wstrzymując ich zapędy. Wszystkich wygnano do karceru, który znajdował się pod bocianim gniazdem, ogrodzony trzymetrowej wysokości płotem. Kazano im chodzić do roboty, a jeść będą, jak inni; to, co zarobią. Jak szyb­ko ci ludzie złagodnieli, a jeszcze szybciej stali się podobni do pozostałych współwięźniów.
W obozie zapanował względny spokój. Wyżywienie się poprawiło, dyscyp­lina też. Ale złodzieje szybko zapomnieli o losie, jaki spotkał ich kolegów i od nowa zaczęli panoszyć się. Tym bardziej, że stan liczebny stale musiał być uzupełniany, w zamian za zmarłych t "istaszczionnych" (wycieńczonych), przybywali nowi, a wśród nich różni szubrawcy przywykli do tego, że wszę­dzie zaprowadzają swoje rządy i podporządkowują sobie innych.

Rok 1950.  Etap w krąg zapolarny

W tym roku zima była sroga i mróz dochodził do 60°, lecz my pracowali­śmy pod dachem, paliliśmy ognisko i ogrzewaliśmy się co pewien czas, a ciep­ło wypalanych cegieł dodatkowo nas grzało.
Praca większości kobiet nie była lekka. Złoża gliny znajdowały się około dwóch kilometrów od obozu. Glinę kopano i ładowano ręcznie na wagoniki, które pchano pod górę do fabryki cegieł. Zimą glina była rozmrażana gorącą parą i mechanicznie wyrabiana do formowania cegieł. Było kilka maszyn formujących cegły, które były ręcznie odbierane, układane na specjalne wagoni­ki i kierowane do komór, gdzie je wypalano. Po wypaleniu rozładowywano na placu, a gdy były podstawione wagony ładowano wprost do nich. Kobiety były tak sprytne, że robiły w wagonach puste miejsca, tak zwane domki, aby wagon szybciej załadować. Po przetoczeniu wagonu puste miejsca się zawalały i cegieł było zawsze za mało. Ale nikt się tym nie przejmował, bo gdzieś dalej te wagony rozładowywali też więźniowie i radzi byli, że roz­ładunek idzie bardzo szybko.
Prace ciesielskie dobiegały końca, więc dziesięć osób naszej brygady przygotowano na etap, wśród nich mnie z Łotyszem, wciąż dalej i dalej na północ, aż nieraz dziwiłem się, skąd biorą się te coraz nowe obozy, jak roz­legła jest ta kraina północy, i jak wielu tu ludzi żyje, pracuje i cierpi.
Trafiłem do obozu, numeru którego nie pamiętam, a nazwy specjalnej też nie posiadał. Miał tylko pocztowy jaszczyk. I jak wszystkie był przy magistrali Pieczora-Workuta. Skierowano mnie do brygady pracującej na kolei. Zadaniem naszym zimą było oczyszczanie toru ze śniegu, dniem i nocą, by mogły kursować pociągi z węglem, osobowe i przewożące tysiące więźniów w różnych kierunkach. Latem wymiana podkładów kolejowych szyn o długości 8 m. na nowe, wycinanie występującego błota, a na to miejsce podsypywanie kamieni i ich "sztopanie" (ubijanie).
Nieraz trzeba było nieść na plecach szynę kolejową długości ośmiu metrów, po kilka kilometrów, aby wymienić zużytą, tak samo podkłady kole­jowe. Sprzętu żadnego nie było - kilof, łopata, miara szerokości ułożonych szyn, no i "sztopka". Sztopka to drewniana łopata z wycięciem do buta. Sto­jąc na jednej nodze, drugą uderzało się i tym samym wbijało się tłuczeń kamienny pod podkłady. Robotę wykonywano przy "dwiżeniu" pociągów (nie zatrzymując ruchu na kolei), a brygadzista poganiał: sztopaj! sztopaj!
Zmorą naszego obozu były wiertuszki (nieplanowany pociąg ze żwirem). Nieraz o  12 godzinie w nocy wpadał nariadczyk do baraku i wrzeszczał podjom (pobudka)! zabierajcie się na wiertuszkę. Następnie wpadało kilku żołnierzy, zwanych w obozie nadzieratielami z kijami i wyganiali dosłownie wszystkich, wrzeszcząc i bijąc kijami. Komu udało się schować pod pryczy albo w jaki inny kąt, ten został, ale to były wyjątki. Czas rozładunku trwał od 20 do 30 minut i nie było podziału roboty, wagony obstępowaliśmy jak mrówki i musieliśmy w tym czasie wszystkie rozładować.
Pewnego dnia brygada przechodziła przez most kolejowy, pod którym płynęła średniej głębokości rzeczka, a w niej zauważyliśmy zwłoki mężczyz­ny, gdyż woda była bardzo czysta i przeźroczysta. Po przyjściu na wachty naczelnik konwoju wyznaczył nas czterech, dał nosze i kazał dostarczyć pod konwojem zwłoki do obozu. Musieliśmy wykonać rozkaz. Po przyjściu nad rzekę, zdjęliśmy buty i weszli do wody, która była zimna jak lód i głębo­ka po kolana. Złapaliśmy topielca za ręce i nogi, położyliśmy na nosze i przynieśliśmy do obozu.
Przy każdym obozie znajdował się prowizoryczny cmentarz, na którym chowano więźniów i wolnych obywateli. Więźniów zaszywano w jakieś płótno, do nogi przywiązywano numer, a drugi taki sam przybijano do kołka wbitego w ziemię. Więzień nie miał prawa do imienia i nazwiska nawet po śmierci. Wszyscy tu leżeli w zamarzniętej ziemi. Zrównani. Tylko gdzieniegdzie stał krzyż.
Pocztą pantoflową dowiedzieliśmy się, że zabitym był kolejarz, który otrzymał pensję, a ponieważ popił, został napadnięty i zabity.

Marian Dowgiałło