Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

"Ja - Polak"

 

Pod takim właśnie hasłem w dniu 4 lutego TKPZL zorganizowało okrągły stół, czyli dyskusję o polskości. Spotkanie przebiegało w dwie rundy. Pierwsza z udziałem młodzieży, druga - dorosłych.

Najpierw młodym ludziom zaproponowano wyznaczyć kryteria polskości. Młodzież postawiła na pierwszym miejscu poczucie, że się jest Polakiem, na drugim - podkreślając znaczenie kościoła w świadomości polskiej - wiarę rzymsko-katolicką. Podkreślała, że bycie Polakiem na co dzień na Białorusi nie jest łatwe, często spotyka się z negatywną oceną w szkole jak ze strony rówieśników, tak i większości nauczycieli. Praktycznie wszyscy zaznaczali, jak ważne jest poparcie kolegów i koleżanek. Jednak każdy z obecnych mówił, że warto być Polakiem, że warto demonstrować swoja polskość. Rozpoznając źródła swojej polskości mało kto powiedział, że od rodziców, w większości - dziadkowie oraz kościół. Warto zaznaczyć, że młodzież ta uczy się języka polskiego, poznaje kulturę i tradycje, a więc to są ludzie, którzy się już określili jako Polacy. W wypowiedziach młodzieży często słyszano słowa pochwały lub wyrzuty do nas, ludzi dorosłych.
Wypowiedzi dorosłych stanowiły swój rodzaj sagi rodzinnej, w której jak w zwierciadle odbijają się wszystkie problemy i tragedię naszych polskich rodzin. Jako przykład prezentujemy niżej wypowiedzi dwóch uczestniczek.

 

Kto urodził się Polakiem i ceni to, to jakie by nie było prawo i państwo, nie będzie mu na przeszkodzie pozostania Polakiem.

 Mogę opowiedzieć tylko na przykładzie swojej rodziny. U rodziców byłam ja i jeszcze dwóch braci. My wszyscy rozmawiali po polsku i dla mnie język polski był zawsze na pierwszym miejscu. Pamiętam jak to było u moich rodziców. Jak tylko do domu wchodził ktoś, kto rozmawiał po polsku - to ojciec nie wiedział, gdzie tego człowieka posadzić. Gotów był oddać temu człowiekowi wszystko, wszystko. Ojciec mówił: - To nasz człowiek.
Rodzice jednakowo nas wychowywali oraz jednako dla nas wszystkich tłumaczyli różne sprawy, w domu zanim poszliśmy do szkoły zawsze rozmawialiśmy po polsku. W szkole również nie bałam się mówić po polsku i gdy się ze mnie śmieli, to mnie zrażało. Rozumiałam, że to jest mój ojczysty język. A już bracia - nie. Jestem wdzięczna mamie, która mimo tego, że została wdową przekazała mi tę miłość do ojczystej mowy. Najbardziej to było połączone z kościołem, dlatego że pacierza uczyłam po polsku, chodziliśmy do kościoła. Patrzyłam na swoich braci i chciałam spytać swego ojca, chyba to nie są jego dzieci. Dlaczego u was nie ma miłości do języka polskiego? Oni mnie - Gdzie mieszkasz tak i rozmawiaj.
Jeżeli od urodzenia nie ma tego daru we krwi i w sercu, jest ciężko. Jak Pan Bóg widział, że ja to kocham, to przynajmniej jedna moja córka poszła w moje ślady. Starsza poszła na kursy w Mińsku, uczyła się języka polskiego, teraz czyta i pisze. Jeszcze jedna ukończyła studia w Polsce, założyła tam rodzinę. A młodszą - tak samo wychowywałam i teraz razem ze mną mieszka - mówi: - Mamo, to twoje jakieś bzdury. Ja tu mieszkam. Nie ważne jaka narodowość, oby ja byłam normalnym człowiekiem. Pytam ją jak ty pójdziesz do spowiedzi? Ja, jeśli ksiądz rozmawia ze mną nie po polsku, nic nie mogę powiedzieć. W swojej rodzinie i to trudno zrobić taki porządek jak chcesz. Kto urodził się Polakiem i ceni to, to jakie by nie było prawo i państwo, nie będzie mu na przeszkodzie pozostania Polakiem. Będzie się starał pielęgnować i tradycje, i kulturę, i język.


Janina Bartoszewicz

 

"... nauczyłam się czytać, ponieważ musiałam nauczyć się tekstów piosenek, żeby śpiewać"

Rodzice moi ślubu nie mieli, o religii w domu w ogóle nie mówiono, chociaż mieliśmy w domu obraz. Nie modliliśmy się w domu. Nas wszystkich - siostrę, brata i mnie - nauczyła pacierza Babcia. Babcia zaprowadziła mnie po raz pierwszy do kościoła. Kilka razy byłam. Ale mieszkaliśmy daleko od babci i ona nie zawsze mogła zabierać mnie do kościoła.
Później w szkole miałam taką koleżankę, która chodziła do kościoła i ona zaczęła mnie zabierać ze sobą. Ja sama chciałam tam chodzić. Pewnego razu w kościele był ślub i poszłam z koleżanką zobaczyć jak to wygląda. I od tego momentu się zaczęło (ale pierwsze miejsce, gdzie poznałam Boga, była cerkiew prawosławna). Koleżanka zaprowadziła mnie również do kościelnego chóru dziecięcego. U nas długo nie było księdza, i gdy przyjechał młody ksiądz, zaczął zachęcać przychodzić do kościoła. Na początku nic nie rozumiałam po polsku. Ale nauczyłam się czytać, ponieważ musiałam nauczyć się tekstów piosenek, żeby śpiewać. Nie rozumiałam co czytałam, ale czytałam. Słuchając kazania niezrozumiałe wyrazy starałam się kojarzyć z czymś znanym z języka rosyjskiego lub białoruskiego.
Następnym etapem była już nauka w grupie. Ksiądz zaproponował zorganizowanie takiej niedużej grupy dzieci do nauki języka polskiego. On sam nie mógł nas uczyć, więc poprosił pewną nauczycielkę, która kiedyś uczyła się w polskiej szkole i coś-niecoś znała z polskiego. Wieczorami, żeby nikt ze szkoły nie wiedział, że my się uczymy, spotykaliśmy się potajemnie w takim domku na uboczu na godzinkę-drugą. Tak zaczęłam uczyć się języka polskiego. Ksiądz pomagał zdobywać książki,  także z historii. I tak się sama uczyłam. Teraz w szkole są różne kółka, fakultatywy, ja niczego nie miałam. Bardzo pomocne były wyjazdy do Polski, które również organizował ksiądz. Ale najwięcej sama się uczyłam i po takiej samodzielnej nauce dostałam się na studia do Polski.
Zaczęłam chodzić do kościoła. Później zaprowadziłam tam swego brata i siostrę, później swoich rodziców. Rodzice wzięli ślub w kościele.


Tatiana Stacenko