Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Kresowianin Poznaniakiem roku 2006

 

Ryszard Liminowicz pochodzący z Kresów, a mieszkający w Poznaniu, został zwycięzcą VI edycji konkursu Poznaniak roku 2006 organizowanego przez codzienną gazetę Głos Wielkopolski. Oto wywiad, który z laureatem przeprowadził też kresowianin  pochodzący z Grodzieńszczyzny. 

 

Ryszardzie, proszę przypomnij mi moment swoich narodzin, o którym już kiedyś opowiadałeś.

Urodziłem się 5 maja 1944 roku w Piesiewiczach na skraju Puszczy Nalibockiej. Był to bardzo burzliwy czas. Szybko zbliżała się armia sowiecka, a Niemcy się wycofywali. Moje narodziny też nastąpiły w dramatycznych warunkach. W momencie porodu, który odbierała pani Bujakowa, wpadła nagle do chaty jej córka z okrzykiem: Mamo, Mamo!!! Zabili Staszka, czyli Bujakowej syna. Kobieta z przerażeniem w oczach chwyciła się za głowę i wybiegła na zewnątrz, a ja już zaczynałem wyglądać na ten świat. Ojciec natychmiast wyskoczył za nią, upadł na kolana i zaczął całować jej bose stopy prosząc, aby wróciła. Bujakowa w obliczu wielkiej osobistej tragedii opanowała się, wróciła do chaty i odebrała mój poród do końca.

W którym roku wyjechaliście do nowej Polski?

Był to rok 1946. Od dwóch lat mieszkaliśmy w Lidzie. W mieście tym w kościele pw. Podwyższenia Krzyża Świętego zostałem ochrzczony. Moi rodzice chrzestni byli przypadkowi i nie znam ich imion ani nazwisk. Wiem jedynie, że trzymał mnie do chrztu młody chłopak z Armii Krajowej, który z obawy przed Sowietami, szybko później wyjechał do Polski. Wpadł raz do nas w nocy, kiedy mieszkaliśmy już w Sławnie. Wypili z ojcem pół litra, porozmawiali - powiedział, że szuka go UB i nad ranem wyszedł. Więcej go nie widziałem.
Przed wojną mój ojciec pracował jako gajowy w nadleśnictwie Bakszty, w Niedźwiedzim Uchu, Piesiewiczach i Ługomowiczach. Kiedy przyszli na nasze tereny Sowieci, jego nadleśniczym został pewien Rosjanin, porządny człowiek. Ojca w lutym 1940 roku nie wywieźli, gdyż był dopiero co zatrudniony jako gajowy.
Po wielu perypetiach i kłopotach związanych z wyjazdem, opuściliśmy rodzinną ziemię i przyjechaliśmy do Słupska. Byliśmy tam tylko rok, a następnie wyjechaliśmy do Sławna w koszalińskiem, gdzie przez cały czas mieszkaliśmy. W 1978 roku przyjechałem do Poznania, gdzie założyłem rodzinę i mieszkam do dzisiaj.

Powiedz Ryszardzie, kiedy się zaczęło Twoje poważne zainteresowanie Kresami i jak się ono kształtowało?

W 1989 roku nastąpił początek końca reżymu komunistycznego w Polsce i początek nieodwracalnych zmian politycznych. Powiało prawdziwą wolnością, która udzieliła się milionom Polaków. Napełniła ich entuzjazmem i energią do różnorodnych działań w tworzącej się nowej rzeczywistości. I we mnie też to raptem wybuchło, z potężną mocą ukierunkowaną na wyśmiewaną rzeczywistość gdzieś tam jakiś Kresów. Rzeczywistość moich tam rodziców, ich opowiadań, nieomal mitomanii, a szczególnie mojej mamy, o ówczesnym wyidealizowanym i cudownym świecie. Pamiętam potyczki słowne jakie rodzice między sobą prowadzili, gdyż ojciec bardziej realnie przedstawiał niedawny jeszcze kresowy świat. Powtarzające się hasło Wileńszczyzna, to wszystko wróciło do mnie z wielką mocą, że musiałem szybko tam pojechać.
Z obywatelskiego obowiązku wziąłem jeszcze udział w wyborach parlamentarnych 4 czerwca, a już następnego dnia jechałem na Kresy.
Rodziny mamy tam sporo, szczególnie ze strony ojca. Nigdy jednak od momentu wyjazdu, nie pojechaliśmy do nich z odwiedzinami. Z krewnych raz ktoś przyjechał do nas. Pamiętam takie dramatyczne momenty w życiu naszej rodziny, kiedy otrzymaliśmy informację o śmierci ojca mojego taty, czyli mego dziadka. Klęczeliśmy wtedy wspólnie i modliliśmy się, a ojciec bardzo płakał. Tak też było, kiedy odchodziła jedna i druga babcia..
Jak tylko dowiedziałem się, że w Poznaniu tworzy się oddział Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej, natychmiast do niego wstąpiłem. Pamiętasz, bo przecież razem ze mną się zapisywałeś, chociaż wtedy jeszcze się nie znaliśmy, że na początku była niesamowita ilość osób i niesamowita ilość indywidualistów. Wszyscy po tej komunie byli wyposzczeni. Każdy chciał politykować, każdy chciał w jakiś sposób zaistnieć i coś znaczyć. Działania nasze były wówczas chaotyczne i mieliśmy mgławicowe pomysły. Utrącano wszelkie racje, które się pojawiały, wyśmiewano i krytykowano pojawiające się inicjatywy. Nie mieliśmy jeszcze żadnych doświadczeń, nie było konstruktywnych charakterów, które mogłyby zwyciężyć w gorących dyskusjach. Takie, pamiętasz, były nasze początki.

Ryszardzie, kiedy ze zwykłego szeregowego członka Towarzystwa przekształciłeś się w najbardziej aktywną osobę działającą na rzecz Ziemi Wileńskiej?

To narastało w sposób bardzo dynamiczny. Cały czas jeździłem na Kresy, nieraz nawet co miesiąc. Czułem, że muszę tam być. Poznawałem ludzi i miejsca. Dowiadywałem się, że np. tu jest szkoła, są pewne oczekiwania, potrzeby, że trzeba tu jeszcze powrócić. W moim działaniu nie było żadnego planowania. Wszystko rodziło się na bieżąco, była taka chwila, była potrzeba, że dzieciaki czegoś potrzebują, więc trzeba będzie powrócić.
Ludzie z naszego Towarzystwa też chcieli tam jechać. Były więc pierwsze wycieczki, przy okazji których realizowaliśmy pierwszą pomoc rzeczową dla naszych rodaków. Pierwsi wycieczkowicze zarażali pięknem Kresów swoich znajomych. Pojawiały się więc kolejne grupy chcące tam pojechać. Zaczęliśmy jeździć na Białoruś, potem pojawiła się Ukraina i Łotwa, i Estonia, i Polacy na rumuńskiej Bukowinie. Wynikiem tych podróży były fantastyczne zdjęcia. Zrodził się więc pomysł w mojej głowie zrobienia wystawy pt. Kresy w fotografii Wielkopolan. Stała się ona później nieodłącznym elementem poznańskiego Kaziuka.   

Kaziuk w Poznaniu odbył się w tym roku po raz 14-ty. Powiedz Ryszardzie, czy ta impreza, która już na stałe weszła do corocznych wydarzeń kulturalnych naszego miasta, to był także Twój Pomysł? 

Generalnie był to pomysł wszystkich, którzy Kaziuka przywieźli we wspomnieniach z młodych lat. Oni stamtąd przywieźli chęć zorganizowania Kaziuka w Poznaniu. Wielu znało Kaziuka Wileńskiego z rodzinnych opowiadań, inni o nim słyszeli i czytali. Na początku były mało konkretne propozycje zorganizowania tej imprezy w naszym mieście, że musimy, że Kaziuk w Wilnie to było coś. Nikt jednak nie kwapił się z podjęciem określonych działań w tym kierunku. Wszystko dojrzewało powoli, a decydującym momentem w realizacji pierwszego Kaziuka była audycja w Radiu Merkury (RM) w rocznicę powstania Kapeli Wileńskiej (audycja pt. Powstanie KW). Dorota Juszczyk z RM była wówczas w Wilnie. Ja tutaj sobie słucham pewnego dnia RM i właśnie jest audycja o kapeli. Ona rozmawia z nimi o powstaniu kapeli, prezentuje jej członków. Ja tego wszystkiego słucham bardzo podniecony, że ona tam z nimi rozmawia, a oni tak pięknie śpiewają.
Dorota się ich pyta: A jakbyście przyjechali na występy do Poznania? A jakby zaprosili? Odpowiedział Artur Płokszto, czyli wujek Maniek. No to ja za parę dni udałem się do RM, żeby Dorota opowiedziała mi jak tam dokładnie było. Następnie pojechałem do Wilna i ściągnąłem do Poznania Kapelę Wileńską. Był to rok 1991. Oni nie tylko mieli się u nas jednorazowo pokazać, ale zaistnieć i zostać w pamięci poznaniaków.
Poszedłem do Jurka Garniewicza, który też od początku był w naszym Towarzystwie i który miał niemałe doświadczenie jako konferansjer. Spytałem go, czy by nie poprowadził występu Kapeli Wileńskiej. Jurek zgodził się bez wahania i stał się naszym wileńskim konferansjerem na Kaziukach oraz innych imprezach.
Tak się właściwie zaczęły Kaziuki. Wujkowi Mańkowi i chłopakom zorganizowaliśmy tourne (Połczyn, Sławno, Słupsk, Koszalin, Białogard ), postaraliśmy się o występy w telewizji. Nawiązała się między nami przyjaźń i Kapela Wileńska jeszcze kilka razy gościła w Poznaniu i innych miastach. I tak wszystko zaczęło się kręcić samo z siebie, wokół Kaziuka. W międzyczasie powstała na Starym Rynku restauracja Kresowa. Następnie ja miałem pomysł zrobienia Kaziuka na Placu Wielkopolskim, który miał już przygotowaną infrastrukturę i było miejsce, ale nic z tego wówczas nie wyszło - i dobrze, że się tak stało.
Nasz pierwszy poznański Kaziuk odbył się na niewielkiej przestrzeni koło restauracji Kresowej na Starym Rynku i był skromny. Obecnie jest największym, miejskim widowiskiem plenerowym w Polsce i obejmuje teren połowy placu staro-rynkowego. Podczas jednego Kaziuka przewija się przez niego około 20 000 ludzi.

Powstawały i realizowały się nowe pomysły. Niektóre z nich weszły do stałego programu wydarzeń kresowych realizowanych w naszym mieście. Pojechaliście z pierwszymi darami dla naszych rodaków na Litwie.

Zgadza się. Do innych działań, których byłem przysłowiowym koniem pociągowym, inspirowały mnie różne rocznicowe uroczystości. Tak było z 200-leciem urodzin Adama Mickiewicza. Na tę okoliczność wymyśliłem Chór profesorów poznańskich wyższych uczelni. I to jest moje dziecko. Dużo mi przy tym pomógł autorytet prof. Stefan Stuligrosz, który od początku z nami współpracował wraz ze swoim chórem Poznańskie Słowiki. Powstał 50-osobowy zespół, który pojechał zaprezentować się w Wilnie. Z kolei do nas przyjechał Polski Teatr z Wilna i Kapela Wileńska, i znowu pojechaliśmy w trasę pod hasłem Bigos Nowogródzko-Wileński. Impreza ta stała się kolejnym cyklicznym kulturalnym wydarzeniem kresowym w naszym mieście, wzbudzającym duże zainteresowanie poznaniaków i poznańskich mediów. W tym roku będzie dziesiąty Bigos Nowogródzko-Wileński po Wielkopolsku.
Kolejną inicjatywą grupy osób, w którą się mocno zaangażowałem były kolonie letnie dla dzieci z Litwy i Białorusi. Pomysł zrodził się podczas wycieczek na Litwę, a konkretnie w Duksztach. Entuzjazm wycieczkowiczów podczas goszczenia nas w Duksztach był tak ogromny, wszyscy chcieli niejako w rewanżu zaprosić do siebie dzieci z tej miejscowości. W sumie były u nas pięć razy. Mieszkały w poznańskich rodzinach, zawieźliśmy je nad morze i w góry. Gościliśmy w Poznaniu dzieci i młodzież  także z Rudziszek, Wilna, Rudomina, Mostów, trzykrotnie z Lidy.
Wspomniałeś o tak zwanych darach. W 1993 roku wspólnie z Andrzejem Porawskim ówczesnym dyrektorem Związku Miast Polskich, urządziliśmy wycieczkę-pielgrzymkę na Litwę. W tym samym czasie składał wizytę w tym kraju Jan Paweł II. Już wtedy wieźliśmy pierwszą, czy też drugą partię darów do szkoły w Duksztach. Te pierwsze dary były skromne, ale przekazując je zorientowaliśmy się, że nasi rodacy tak naprawdę nie oczekują samych darów rzeczowych , że nie są żebrakami, a każdy z nich ma swoją własną dumę większą niż kto inny. Jeżeli są biedni, to chowają swoją biedę, a nie jak nieraz w Polsce usiłuje się na niej zarabiać. Bardzo chcieli żebyśmy do nich przyjechali dając w ten sposób dowód, że pamiętamy o nich. I żebyśmy zawieźli do Polski dowód, że oni są, że trwają, na ojcowiźnie, że chronią i kultywują polskie tradycje.
Zbiórkę darów dla rodaków na Litwie przeprowadziliśmy już po raz 16-sty i jak zwykle zawieliśmy je na kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Nas samych, czyli członków naszego Towarzystwa nie było stać na wysyłkę darów. Musieliśmy wydeptywać ścieżki do sponsorów, odpowiednich władz naszego miasta i województwa. Pojawili się życzliwi sponsorzy, poznańskie media wspomagają naszą akcję, przyłączyła się do niej Caritas naszej archidiecezji i stąd taki efekt. Później dla nich i dla naszych członków robimy tradycyjny już opłatek wileński na Zamku. Na opłatek, który na początku robiliśmy tylko dla naszego wąskiego grona kresowego, przychodzi około 600 osób. Przedstawiamy sprawozdanie z naszego wyjazdu, dziękujemy darczyńcom, łamiemy się opłatkiem przywiezionym z Wilna, kosztujemy wileńskiego chleba położonego na stołach przykrytych obrusami, spod których wygląda sianko zebrane na podwileńskich łąkach, popijamy kisiel żurawinowy i śpiewamy kolędy.
Tutaj chcę mocno zaznaczyć, że nasza różnorodna działalność w ramach Towarzystwa spotyka się z życzliwym przyjęciem przez władze Poznania, które w miarę swoich możliwości wspomagają nasze przedsięwzięcia.
Pielgrzymka do Katynia. Sam chciałem tam pojechać. Wielu poznaniaków i Wielkopolan tam zginęło. Zaistniała więc potrzeba tego wyjazdu, trudnego w organizacji z racji różnych przyczyn. I pojechaliśmy. Była msza św. na katyńskim cmentarzu, bicie dzwonu i odnajdywanie nazwisk bliskich, którzy tam zginęli.
W dniu 1 listopada ubiegłego roku przeprowadziliśmy już siódmą zbiórkę na rzecz cmentarza na wileńskiej Rossie. Inspiratorem tej akcji był ksiądz Edward Jaworski, który będąc kiedyś w Wilnie zobaczył ten cmentarz, zakochał się w nim i postanowił coś dla jego ratowania zrobić. Poznański Oddział Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej wraz z mediami poznańskimi, prowadzą od tego pierwszego razu kwestę na dwóch głównych cmentarzach poznańskich. Za zebrane pieniądze zostały gruntownie odremontowane kaplice: Mączyńskich, Malinowskich, Gimbutów, Strumiłłów i wiele innych mniejszych nagrobków. Jedna trzecia uzyskanych funduszy idzie na renowację cmentarza zasłużonych Wielkopolan na Wzgórzu św. Wojciecha w Poznaniu.
Pięć lat temu byłem z grupą Solidarności nauczycielskiej na cmentarzu wojskowym na Antokolu. Wpadli oni wtedy na pomysł ożywienia tego cmentarza wstęgami biało-czerwonymi zawieszonymi na każdym krzyżu. Przy następnym wyjeździe 15 sierpnia 2002 roku, po uroczystościach na Rossie, wraz z kombatantami wileńskiego AK i harcerzami udekorowaliśmy 1200 żołnierskich kwater. Była to wspaniała lekcja historii i patriotyzmu, myśmy jako sztafeta pokoleń się sprawdzili. I nie musimy gdzieś tam daniny krwi składać.
Nie mogliśmy też nie uczcić pamięci zmarłego Czesława Niemena. Tej wybitnej i znanej w całej Polsce postaci pochodzącej z Ziemi Lidzkiej. 30 lipca, sześć miesięcy po śmierci Niemena byliśmy w jego Starych Wasiliszkach. Wśród nas był Piotr Starzyński z Radia Emmaus, który przy akompaniamencie wiolonczelistki Agnieszki Pawłowskiej, zaśpiewał w kościele kilka piosenek Niemena. Wystąpiły też Kresowiacy. Odwiedziliśmy wtedy kilka miejsc upamiętnionych walkami AK. Zebraliśmy z nich polne kwiaty, które w drodze powrotnej do domu złożyliśmy w przeddzień rocznicy wybuchu powstawia warszawskiego na warszawskiej Woli.
Pojechaliśmy również na rocznicę śmierci Czesława Niemena. W kościele w Starych Wasiliszkach, została odsłonięta pamiątkowa tablica poświęcona artyście. Uroczystości rozpoczęły się wieczorem. Był olbrzymi mróz, a noc gwiaździsta jak z bajki. Do tego kościoła jak do ula garnęli się grubo okutani ludzie z różnych stron. Pośrodku świątyni stał katafalk z portretem Niemena. Śpiewano egzekwie, a ksiądz ogłosił koniec żałoby. Olek Kołyszko wraz z naszym konsulem z Grodna odsłonili pamiątkową tablicę. Piotr Kuźniak, który był kiedyś solistą w Trubadurach, śpiewał kolędy i utwory Niemena. Ludzie nie chcieli go wypuścić, kiedy koncert się skończył. Później w tę mroźną noc wyszedłem z chaty. Zobaczyłem gigantyczny kościół na tle rozgwieżdżonego nieba, tajemniczo, gdzieś w obejściu szczekał pies. Ja szedłem przez wieś sam, a wszystko dookoła mnie i nade mną wyglądało tajemniczo. Było to dla mnie cudowne doznanie, jakie mnie często ogarnia, kiedy jestem w nowym miejscu.
Wymyśliłem nagrodę Żurawiny przyznawaną podczas Kaziuka. Pytasz dlaczego Żurawiny?  Jagoda ta tak bardzo kojarzy się z moim domem rodzinnym. Była zawsze na Wigilię w postaci kisielu żurawinowego. Smak i zapach żurawin zapisał się na trwale w mojej pamięci w dziecięcych latach. Dotychczas nagrodę Żurawiny otrzymali: urodzony w Nowej Wilejce pisarz i scenarzysta Tadeusz Konwicki; prof. Stefan Stuligrosz założyciel, kierownik i dyrygent zespołu Poznańskie Słowiki; śpiewak operowy i Wilnianin Bernard Ładysz, pisarka Barbara Wachowicz autorka przedstawień Wigilie Polskie, książek o najwybitniejszych twórcach polskiej literatury i poezji, o wspaniałych postaciach polskiego harcerstwa; nestor kapłanów Wileńszczyzny 101-letni prałat Józef Obrębski z Mejszagoły, prof. Andrzej Stelmachowski prezes Stowarzyszenia Wspólnota Polska i były marszałek Senatu RP, a na Kaziuku 2007 Jan Mincewicz założyciel i kierownik Wileńszczyzny.

Ryszardzie, jak przyjąłeś swoje zwycięstwo w Plebiscycie na Wielkopolanina roku 2007?

Byłem człowiekiem listopada, a osoby z innych miesięcy zasłużyły się każdy na swoim odcinku działalności. Brałem udział w pewnej zabawie i wygrałem, oni też mogli. Mam z tego powodu pewną satysfakcję, a może jest to odrobina próżności. Koło mnie było sporo ludzi, którzy razem ze mną brali udział w wielu akcjach. Starałem się z nimi dobrze współpracować i żyć, a oni to roznosili dalej.

Bardzo lubisz śpiewać, a piosenki towarzyszą wszystkim imprezom w jakich bierzesz udział. Czy to umiłowanie śpiewu wyniosłeś z domu?

Mama śpiewała cały czas, czy były chwile wesołe, czy smutne. Natomiast każda kresowa dusza zawsze lubiła śpiewać i jak to się mówi śpiewanie ma we krwi.
W ubiegłym roku obchodziłem 60-ą rocznicę mojej artystycznej kariery. W roku 1946 mieszkaliśmy w Lidzie i wszyscy żyliśmy na walizkach. Były ciągłe pożegnania tych, którzy wyjeżdżali z tymi, co postanowili zostać. Wszyscy też tęgo pili, głównie ze strachu, co z nimi w nowej rzeczywistości będzie. Nasza najbliższa rodzina siadywała wieczorami przy zastawionym stole, moja chrzestna odsuwała na bok butelki i stawiała mnie na stole. A ja wykonywałem jakiś taniec przy oklaskach biesiadników.

Ryszardzie, dziękuję Ci bardzo za rozmowę i życzę powodzenia we wszystkich Twoich poczynaniach.

Z Ryszardem Liminowiczem rozmawiał Kazimierz Niechwiadowicz