Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

"Żyć nie dali i umrzeć nie dali"

Sortowanie więźniów

Latem 1950 roku zaczęto wybierać w naszym obozie więźniów politycz­nych sądzonych z paragrafów: rosyjskiego 58,1a i białoruskiego 63,1a. Zała­dowano nas do wagonów, których po drodze przybywało, i powieziono na południe, z czego każdy się cieszył i Bogu dziękował, że nie na północ, jak było dotychczas. Dostarczono nas z powrotem do Pieczory, gdzie było moc ludzi, że spali pod gołym niebem. Nasz wagon zapędzono do ogrodzenia, gdzie stało parę baraków, ogrodzonych jak w roku 1945 płotem o wysokości dwóch metrów, po rogach bocianie gniazda i karabiny maszynowe sprzężone z reflektorami.
Tutaj zdarzył się dziwny i niespotykany wypadek. Więźniowie polityczni z pięcioletnim stażem obozowym wystąpili przeciwko złodziejom i bandytom, wspólnie z siłami porządkowymi NKWD.
Naprzeciwko naszego baraku, za płotem, zamknięto około trzydziestu złodziei, głodnych i wynędzniałych, którzy widząc nasze przybycie z wor­kami, bo niektórzy akurat dostali "pieredaczy" (paczki), postanowili przedo­stać się do nas. Rozebrali komin w baraku, położyli deski na płot i zaczęli zjeżdżać do nas. Konwój, czy miał polecenie nie zabijać, czy bał się razić więźniów z sąsiednich "zagród" - strzelał na razie tylko w powietrze.
Przedostało się już do nas około dwudziestu złodziei. Na alarm wpadli do nas z czerwonymi naramiennikami i pałami, jakże dobrze nam znani, żołnie­rze NKWD i zaczęli wyłapywać i wyszukiwać uciekinierów. Ci bohaterowie, kiedy mają przewagę, to są bezlitośni i groźni. W tym wypadku jednak błaga­li nas: bracia, nie wydawajcie! Cóż było robić, gdy każdemu z nas, i to nie jeden raz, zabierali oni paczki, ubranie, w obozie bili, poniżali i gonili do roboty. Pomogliśmy wyszukiwać złodziei-napastników, którzy gdyby zostali w ukryciu, i tak by nas ograbili. Wtedy została nawiązana przyjaźń między więźniami różnych narodowości i solidarność obozowa. Łapaliśmy wszyscy złodziei niezależnie od ich narodowości.
Po kilku dniach załadowano nas jak zwykle do bydlęcych wagonów. Ilu nas było - trudno określić. Ale zgodnie z normą dali jeden bochenek chleba na dwóch i po dwa śledzie - znaczy, że droga przed nami daleka i nieznana. Dokąd teraz?
Podróż trwała prawie miesiąc. Parę razy wygnano nas z wagonów na kąpiel i odwszawianie. Parę razy dali ciepłą zupę. I tak dotarliśmy do Krasnojarska. Którędy nas wieźli, trudno dzisiaj nawet na podstawie mapy okreś­lić.
W Krasnojarsku zostaliśmy przegonieni do portu rzecznego - Ilisiaja, gdzie załadowali nas na barki - pod pokład, jak śledzie w beczce. Nie było żadnego ogrzewania, a światło paliło się dniem i nocą. Były jak wszędzie piętrowe nary bez pościeli, ale z pluskwami. Jedynym sygnałem, że płyniemy, był szum wody za ścianą, który się słyszało po przyłożeniu ucha.
Tutaj spotkałem bardzo wielu Polaków z różnych stron i obozów. Ciasno­ta i wąskie przejścia między pryczami utrudniały bliższe kontakty, które nastąpiły potem w obozie nr 4 w Norylsku. Obecnie tylko krótkie i szybkie rozpoznania: kto jest kto.
Leżąc i rozmyślając nad swym losem słuchałem opowieści, jak to nie­którzy budowali kanał Wołga-Don, jak tam zwały wody przerywały tamy i zgniatały więźniów na placek, a teraz to z pewnością wiozą nas na pełne morze, aby zatopić, aby nie było świadków tego, jak powstawały epokowe budowle sowieckiego komunizmu. Czyim wysiłkiem i kosztem jakich zbrodni realizował swoje gospodarcze plany sowiecki rząd. Niektórzy opowiadali o Katyniu, zaklinając się, że widzieli na własne oczy, jak polskich oficerów prowadzono na rozstrzelanie.
Nie wiedzieliśmy, że do załadowanych na barkę dołączono również złodziei, których w Pieczorze pomogliśmy wyłapać. Chcąc się zemścić napadli na nas, by zdobyć żywność. Na okrzyk: rebiata. Pieczoru bjut! wszyscy rzu­cili się do walki z nimi, chcąc ich obezwładnić. Na ten hałas wpadli konwojenci z młotkami i kijami. Po naszych głowach dotarli na środek bijąc po drodze wszystkich, kogo popadło, winnych i niewinnych, krzywdzonych i krzywdzicieli, rabusiów i broniących się przed rabunkiem. Krzyczeli przy tym: "razajdiś" (rozejść się.), jakby w tej ciasnocie można było się rozejść, tam nawet nie było miejsca, żeby usunąć się z drogi, by uniknąć uderzenia. Bardzo szybko przywrócono porządek, z tym, że niektórym bardzo mocno się dostało, ale nikogo to nie obchodziło. Jednak zakusy złodziei na naszą żywność zostały zlikwidowane już do końca podróży.
Straciliśmy poczucie czasu i miejsca. Niektórzy przy pomocy liczenia wydawanych posiłków obliczali, że płyniemy czterdzieści dni, i że jesteśmy koło bieguna. Gdy tak myśleliśmy, woda za burtą przestała szumieć. Roz­poczęto wyładunek. Było to w portowym mieście Dudince nad rzeką Jenisiej za kręgiem polarnym. Tu zwożono trofea wojenne i stąd wysyłano węgiel i wyroby hutnicze na "matierik" (do centralnej Rosji), z którym połączenie było tylko przez wodę lub drogą powietrzną.
Z barek zostaliśmy przeniesieni do wagonów, którymi przewieziono nas do Norylska. Ze stacji pognano nas do obozu nr 4, oddalonego od miasta około pięć kilometrów. Obóz bardzo się różnił od tych, w których dotychczas byłem. Budynki były murowane, jednopiętrowe, podzielone na dwie części. Obóz miał własną kotłownię i centralne ogrzewanie, kuchnię, piekarnię, łaź­nię. Jeden budynek był przeznaczony na szpital dla chorych, także z innych obozów. Za drutami mieściły się warsztaty: krawieckie, szewskie, stolarskie, naprawy samochodów oraz duże magazyny żywnościowe, również koszary wojskowe, a także psiarnia.
Całość jak wszędzie ogrodzona dwoma rzędami drutu kolczastego, które tu były podłączone do prądu wysokiego napięcia, co było dla nas nowością. Poprzednie obozy nie miały wyposażenia w to osiągnięcie dwudziestego wieku.
Rok 1950 skończył się dla nas, więźniów politycznych z całej Europy i wszystkich narodowości Związku Sowieckiego, definitywnym odebraniem nam nazwiska, bo jeszcze to można było nam odebrać.
Otrzymałem numer obozowy C-585. Tylko numer był używany przez kierownictwo obozu przy każdym kontakcie z zakluczonym, a później służył do ewidencji w oddziale specjalnym.
Komfort murowanych baraków przyćmił fakt, że byliśmy w zaostrzonym reżymie. Wprowadzono godzinę policyjną od 21 do 5 rano, baraki były zamy­kane na kłódkę. Do załatwienia potrzeb fizjologicznych służyły parasze (kible) wynoszone rano przez dyżurnych. Okna były zakratowane. Nocą baraki były kontrolowane przez "nadzieratieli", a dniem, gdy byliśmy w robo­cie, robiono systematycznie kontrolę w naszych rzeczach. Po pryczach pluskwy buszowały całymi stadami. Były duże, syberyjskie. Spadały z sufitu, z górnych półek i gryzły niemiłosiernie. Nie bały się mrozu, jedynie wrzącej wody. Gdy były dnie wolne od pracy, należało brać kipiatok z kuchni i oble­wać prycze. Pluskwy jak komary i wszy nie każdego jednakowo tną, nie każdy im smakuje. Ja wyjątkowo miałem od nich spokój. Do tych kolegów, którzy je rozgniatali, co wydzielało piekielny smród, ciągnęły całe rzesze tego paskudztwa.
W pierwszych dniach pobytu w obozie nr 4 w Norylsku uzupełniono nasze ubranie i obuwie. Otrzymaliśmy walonki, niektórzy nawet kożuchy, czapki uszanki i maski na twarz, jako ochronę przed odmrożeniem. Mrozy tutaj dochodziły do sześćdziesięciu stopni, połączone z "purgą"" (zamiecią) były nie do wytrzymania.
Po rozdaniu ubrań przyszedł "chudoźnik" (malarz) i wymalował każdemu numer, jakim został obdarowany. Na plecach - 10 cm i na prawej nogawce powyżej kolana 5 cm. Przy wyjściu do roboty numery te były systematycznie sprawdzane i poprawiane, aby konwojenci widzieli je z daleka.
Ludzie z obozu nr 4 byli zatrudnieni przy budowie nowego miasta Noryl­ska. Do roboty wychodziło się brygadami. Na teren budowy ciągnęła się sze­roka, odśnieżona droga, po jej bokach na bocianich gniazdach konwojenci z bronią maszynową czuwali, aby nikt nie uciekł.
Mój Boże, dokąd można było stąd uciec? Wszędzie jak okiem sięgnąć - goła tundra. W górach śnieg zimą i latem. A lato - dobrze, jeśli trwało dwa miesiące. Aby umilić życie "wolno" osiadłym tu ludziom, w tym czasie przywożono z matierika zielone brzózki, sadzono kwiaty, nawet przywożono wrony i kruki, które jednak bardzo szybko ginęły.
Najbliżej położonym miastem był Krasnojarsk. Dojazd - samolotem parę godzin albo pod prąd Jenisiejem przez port Dudinka. Ileż tam było zrabowanego bogactwa! Do jego segregacji i uruchomienia brano więźniów. Gdy ktoś umiał uruchomić jakąś maszynę, od razu zostawał inżynierem.
Trafiłem do brygady Ukraińca Panasiuka. Brygada pracowała przy kopa­niu "kotłowanów" (otworów) wielkości 1,5 x 1,5 i 3 m głębokości w wiecznie zamarzniętej ziemi. Służyły te otwory do wstawiania słupów nośnych pod czteropiętrowe budynki. Do jednego takiego otworu przydzielał brygadzista czterech ludzi, którzy w ciągu zmiany musieli wykopać od 15 do 30 cm głę­bokości, zależnie od tego, jaki procent wyrabiali. Ziemię wyrzucało się z półki na półkę, a do kopania służył kilof, młot, klin i łopata. Zespół ustalał między sobą robotę, kto na dole, kto na górze, kto na półkach.
Brygadzista nasz prawdopodobnie służył przed wojną w wojsku polskim, bo całkiem nieźle mówił po polsku i starał się być dobry dla wszystkich, czego nie mogli znieść ukraińscy nacjonaliści, a było ich w obozie dużo.
Gdy był duży mróz, powstawała mgła i było prawie ciemno. Pewnego takiego dnia, gdy nasz brygadzista kontrolował robotę nachylony nad otwo­rem, ktoś go uderzył z tyłu młotem, zabijając na miejscu. Nigdy się nie wydało, kto i dlaczego go zabił.
W obozie nr 4 pracowała dość duża grupa Polaków. Byli tam pracownicy umysłowi i wysokiej klasy specjaliści. Przy ich pomocy udało mi się przejść do pracy w stolarni, zatrudniającej około 60 osób. Zawsze to pod dachem i cieplej.
Były tam warsztaty stolarskie z maszynownią wyposażoną w nowoczesne maszyny "trofiejne", skompletowane w Dudince: piły wahadłowe do cięcia dłuższych pni na deski, suszarnia drewna i narzędziownia. Polacy, którzy tu pracowali, to Witek Chalecki, Władysław i Adam Guściora z Pomorza, w narzędziowni - Kazik Bujko, przy piłach Bronek Pietrzak też z Pomorza. Moim zadaniem było w ciągu jednej zmiany (stolarnia pracowała na dwie zmiany po osiem godzin) naciąć pięć tysięcy sztuk "dranki" (listewki) służącej do obijania ścian przed tynkowaniem. Przydzielono mi do pomocy Litwina, Józika, nazwiska jego już nie pamiętam. Braliśmy "garbyli" (opołki) jeszcze zmarznięte, cięliśmy je na deski długości jednego metra, potem ustawialiśmy na specjalnej maszynie cztery piły i od razu szło pięć sztuk dranki, którą wiązaliśmy w pęczki po tysiącu.
Zabierało to nam cały czas naszej zmiany i nie było wolnej chwili na fuszerkę, którą robili inni stolarze, dorabiając sobie na uzupełnienie wyży­wienia. Uprościliśmy sobie robotę kradnąc z budowy belki 20x20 cm i 5 m długości. Józik podawał mi jeden koniec belki na plecy, a ponieważ był bardzo silny, drugi koniec sam sobie zarzucał na ramię i przynosiliśmy belkę do stolarni, wykonując normę w ciągu czterech godzin. W ten sposób udało się nam wygospodarować trochę wolnego czasu, który był nam potrzebny do robienia fuch. Ja robiłem ramki do desek pralniczych - tar. Kazik Bujko, w narzędziowni, z blachy falistej wycinał potrzebnych rozmiarów kawałek i przez noc deska pralnicza była gotowa. Oddawaliśmy ją przyjeżdżającym wolnym szoferom, a ci przywozili nam za to chleb. Chleb dzieliliśmy po połowie, braliśmy po kubku zimnej wody i natychmiast zjadaliśmy. Gdy był cukier, którego dawano nam po kilogramie na kwartał, robiliśmy ciurę (woda osłodzona z wrzuconym chlebem).
Ponieważ można było zarobić w rożny sposób, a młodość ma swoje prawa (mieliśmy po 25 i wiecej lat), niektórzy w 1953 r. zaczęli chodzić kanałem do sąsiadującego z nami miejsca pracy kobiet. Kobiety pracowały tylko nocą na Gorstroju (instytucja państwowa, która budowała to miasto) przy pracach wykończeniowych jak tynkowanie, malowanie, sprzątanie. Wcześniej, przed 1953 r. kobiety pracowały wyłącznie nocą przy robotach ziemnych - wykopy pod kolektory i fundamenty. Część placu budowy, gdzie pracowały kobiety, oddzielona była od naszej części rzędami drutów kolczastych i ochroną kon­woju.
W wolnych chwilach pisało się kartkę "ksiwionkę" po polsku, z prośbą o oddanie pracującej rodaczce, przywiązywało się do kawałka cegły i prze­rzucało przez płot. I tutaj panowała ogromna solidarność. Nigdy taka kart­ka nie zaginęła, nie została zniszczona złośliwie lub bezmyślnie, zawsze docierała do adresatki. A były to kartki ogromnie ważne, zawierały nieraz czułe wyrazy lub wyznania miłosne. Tym sposobem nawiązywała się znajo­mość i powstawały wspólne plany na przyszłość.
Kolektory były tak duże, że można było w nich iść wyprostowanym, trzeba było tylko mieć gumowe buty, bo dniem płynęły nieczystości i pano­wał niesamowity smród.
Gdy kierownictwo spostrzegło spacery zakochanych, bo i kobiety z tego przejścia korzystały, postanowiło na granicy obozu kobiecego i męskiego zamontować kratę. A że kratę tę robili sami więźniowie, więc ją skonstruo­wali tak, że można ją było wyjmować, a po przejściu zakładać z powrotem.
W ten sposób kojarzyło się wiele par różnonarodowościowych, ale nie polskich. Wiele padło przyrzeczeń dotyczących przyszłości. Ci, co byli ze sobą po słowie, z jeszcze większą niecierpliwością i utęsknieniem oczekiwali, kiedy wyjdą z obozu, aby połączyć się węzłem małżeńskim.
Budowa miasta miała również swoje biura konstrukcyjne i planowania przestrzennego, w którym pracowali Polacy: Józef Wójcik, Heniek Szumski, Karol Dorożyński, Henryk Ochocki i inni. W betoniarni, gdzie było również laboratorium, pracowali. Tadek Nagłowski i Zbyszek Szelking. W warsztatach krawieckich Zygmunt Adamowicz, Olek Misiura, w kuźni Wacław Woronowicz, Wacław Suchocki i Wacek Mizgir. Jak z tego widać, Polacy unikali pracy na mrozie, przy łopacie. Jak dostał się gdzieś jeden, robił natychmiast miejsce dla innych. Tak było w obozie nr 4 i w innych obozach też.
Niestety nie wszyscy mieli zdolności, żeby wyuczyć się pracy bardziej precyzyjnej i musieli pracować przy robotach ziemnych w brygadach Michała Skirtuna z Bieniakoń i Józefa Linkiewicza. Byli w tych brygadach Józef Aksztulewicz, Julek Nowogrodzki i Edek Janczurewicz, Czesiek Szupluk, Piotr Romanowski, bracia Józef i Stanisław Mogielniccy i wielu, wielu innych.
W obozie naszym było też dwóch księży: rzymsko-katolicki ksiądz Walter Ciszek i greko-katolicki Edward Kotiw. Ksiądz Ciszek został zwolniony z obozu później od nas i tranzytem przez Polskę, wyjechał do USA. Niektórzy koledzy po powrocie do Polski byli u niego. Ksiądz Kotiw był z nami w Norylsku do końca i tam został, połączył więzami małżeństwa niejedną parę Co się z nim potem stało, nie wiem.

Marian Dowgiałło.